niedziela, 1 czerwca 2014

Dzień Dziecka

Dzisiaj wyczerpałem limit dziwnych wydarzeń przynajmniej na okres dwóch tygodni.
Eh, niech będzie tydzień.
No dobra. Niech chociaż poniedziałek będzie spokojny.
Żeby się nie rozpisywać, to przedstawię fakty w telegraficznym skrócie.
Podkreślę tylko, że jest to zapis jednego dnia i dotyczy tramwaju typu SWING.

Wsiada jakaś banda młodych żołnierzy dowodzona przez samozwańczego geniusza taktyki. 
Dowódca rozkazał im wchodzić ostatnimi drzwiami, czyli tam, gdzie jest najmniej miejsca, co zmusiło ich do wsiadania pojedynczo (jeden za drugim znaczy się).
Jako, że było ich chyba piętnastu, to proces ładowania zajął im ponad pół minuty.
Dodam, że wszystkie, pozostałe drzwi tramwaju były otwarte.
Dla mnie była to strata dwóch minut, bo cykl świetlny się zmienił.

Jedna pani zapomniała wyjąć torebki z tramwaju.
Torebka została w tramwaju, a pani wysiadła.
Ale nie puściła torebki, żeby nie było zbyt łatwo.
Dobrze, że zawsze przed ruszeniem z przystanku patrzę w boczne lusterko, bo by było nieszczęście.
Otworzyłem drzwi ponownie i problem zniknął. Pani tuląc uratowaną torebkę bezpiecznie się oddaliła.
Powtarzam to do znudzenia.
Sygnał zamykania drzwi nie jest po to by wysiadać, ale po to, żeby wiedzieć iż drzwi właśnie się zamykają.

Sytuacja przy dojeżdżaniu do pętli na ulicy Czynszowej.
Zakręt tam występuje dość nieprzyjemny i przy tym zakręcie chodzą sobie ludzie. Pchają przed sobą wózki, rowery, a czasami poganiają pacholęta. Bywa, że ciągną żywy inwentarz. 
Ruch jest duży, bo to i miejsce urokliwe i przedszkole blisko, a i pewnikiem meta niejedna się znajdzie w okolicznych budynkach.
Ale wracając do sytuacji.
Idzie małżeństwo. Para znaczy się (gwoli ścisłości heteroseksualna para, czyli chłopak i dziewczyna).
Kobieta dzielnie pcha wózek, a mężczyzna prowadzi małego mlekosysa za rękę.
Niestety oboje wykonują te czynności bardzo blisko torowiska.
No to ja sobie delikatnie, powolutku podjeżdżam i używam sygnału dźwiękowego typu dzwonek by poinformować spacerowiczów, że oto nadciąga 40 ton wesołego żelastwa.
Na moje drrrring dziecko czujnie się obejrzało i chciało od torów odejść, ale dzielny ojciec (chyba ojciec) nie dał sobie w kaszę dmuchać i pociągnął pociechę w swoją stronę, wykonując dodatkowo krok w stronę nadjeżdżającego mnie (czyli tramwaju linii 23).
Oj zrobiło mi się gorąco. Hamulcom na pewno też, bo użyłem wszystkich.

Też na Pradze.
Zatrzymuję się na przystanku. Uruchamiam otwieranie drzwi "ciepłym guzikiem" (bo to SWING).
Wysiadła jakaś babcia (typ TIRówka ze względu na doczepioną przyczepkę na kółkach), wysiadł jakiś dziadek o kulach (typ Narciarz bo kule były dwie). Trochę im to zajęło, bo obydwoje w latach byli posunięci.
Zerknąłem w lusterko. Zaobserwowałem ciszę i spokój, to i drzwi postanowiłem zamknąć
I to był błąd.
Jak się ktoś nie wydrze zza kabiny.
- No i co krowa (użyłem krowy, bo drażni oczy, a nie jest wulgarna) zamykasz drzwi. Ja tu wysiąść chciałam!!!
Cóż było robić. Otworzyłem wszystkie drzwi, żeby pasażerom było łatwiej, bo użycie przycisku najwyraźniej ich przerosło.

Dysfunkcja umysłowa nie upoważnia do korzystania z rampy dla wózków inwalidzkich.
Naciskanie z uporem maniaka przycisku do uruchamiania rampy nic nie da.
I nie mówię tu o ludziach, którzy się pomylą, a zauważywszy swój błąd albo pójdą do innych drzwi, albo użyją innego przycisku.
Chodzi mi o takich, którzy nacisną raz.
Potem drugi raz, i trzeci i czwarty i piąty. I oczywiście kogo wina? 
Motorniczego, bo złośliwie drzwi nie otwiera.

Otyła pani na wózku inwalidzkim prowadzona przez małego dziadka, chudego nota bene (pewnie mąż, bo na syna nie wyglądał).
Podchodzą do tramwaju, ja oczywiście fafarafa używam magicznego przycisku do wysuwania rampy dla wózków inwalidzkich bo jestem fajnym motorowym i domyślam się z prędkością błysku między neuronami, że oni na pewno będą chcieli wsiadać do tramwaju. 
Rampa się wysuwa, dziadek dojeżdża wózkiem do wysuniętej ramy, pani wstaje z wózka i wchodzi po rampie, pan wtacza wózek za nią.
Kurtyna chciałoby się powiedzieć, ale nie.
Wysiadali na następnym przystanku, a było to Stare Miasto.
Ambaras polega na tym, że rampa nie działa poza przystankami (nie wysuwa się na tyle daleko, żeby dotknąć jezdni), a na Starym Mieście przystanek jest usytuowany bezpośrednio na ulicy.
Wysiadłem tedy z kabinki i pomogłem pani wysiąść, bo dziadek wyszedł i lekko zdezorientowany nie mógł wykoncypować jak kobietę z tego tramwaju wyprowadzić.
Mam nadzieję, że ktoś mi zrobił zdjęcie i trafię do mediów.
Na marginesie dodam, że rozkład jazdy nie uwzględnia tego typu kurtuazji. Na pętlę dojechałem opóźniony o 4 minuty.

Dworzec Wileński (przystanek taki).
Zamykam drzwi, bo już się wszyscy nawsiadali i nawysiadali.
Drzwi w SWINGu zamykają się wolno, bo proces ten trwa około 5 sekund.
Co robi kobieta, która chce wsiąść, a stoi na wprost drzwi, które jeszcze nie zaczęły się zamykać?
Myślicie, że wsiada? Bynajmniej.
Otóż ona stoi i dusi guzik. Wsiadłaby dwa razy, ale wolała ponaciskać sobie.
Otworzyłem drzwi ponownie, pani sobie wsiadła, a ja straciłem minutę bo cykl się zmienił i nie zdążyłem odjechać z przystanku na czas.

Otwieram wszystkie drzwi w tramwaju, bo podjeżdżając zauważyłem wyczekującą na przystanku starowinkę.
Myślę sobie, że jak otworzę wszystkie drzwi, to babcia wsiądzie sobie środkowymi, bo tam łatwiej i więcej miejsca i jest się czego złapać i ktoś pomoże w razie co.
Co robi babcia?
Ano babcia rusza w podróż do drzwi pierwszych, a stała dokładnie na wprost drzwi środkowych.
Dzięki temu wyrafinowanemu manewrowi nie udało mi się ruszyć z przystanku i odstałem minutę czekając na kolejny cykl świetlny (czyli na zielone światło zwane przez motorowych pałką).

I na koniec taka cyrkumstancja.
Jak nazwać sytuację, w której kobieta wskakuje do tramwaju środkowymi drzwiami już po sygnale zamykania.
Druga niewiasta dopada do ostatnich drzwi i próbuje je otworzyć przyciskiem - jak to w SWINGu.
Ja jestem miły to otwieram drzwi, ale kobieta, która dusiła przycisk nie wsiada.
No to zamykam drzwi, ale w tym momencie pojawia się trzeci bohater opowieści i mężnie blokuje zamykające się odrzwia. Jednak również nie wsiada.
No ciemna śrubka (bo jasny gwint jest zbyt mainstreamowy), o co chodzi?
No więc chodzi o to, że kobieta, która wskoczyła środkowymi drzwiami, teraz wysiada ostatnimi, przebiegając w tym czasie pół tramwaju.
Ktoś odważy się to skomentować?

Było jeszcze kilka innych incydentów, ale już śpiący jestem, a jutro też trzeba pracować.
Wiem, że miało być o nieumawianiu się z motorniczym, ale dzień dziecka wygrał w przedbiegach.

piątek, 23 maja 2014

Ciepłe dni

Co ci powiem, to ci powiem, ale ci powiem.
Ciepło.

Ot taka myśl przewodnia mnie naszła dzisiaj.  Pewnie dlatego, że wczoraj słoneczko mocno przygrzało.
A jak słoneczko mocno grzeje, to motorowy w kabinie się rozpuszcza.
Owszem, są szczęśliwcy, którym działa klimatyzacja. Wtedy da się pracować, bo cierpią tylko pasażerowie.
Ale bywa i tak, że motorowy musi wykazać się odpornością na wysokie temperatury.
Kumpel ostatnio zanotował u siebie w kabinie 44 stopnie.
Przypominam, że białko zaczyna się ścinać przy 42 stopniach Celsjusza.
Oto obrazek poglądowy dotyczący temperatury w kabinie:


To jest zdjęcie tak zwanego klimatyzatora. Umieszczone są te dziwaczne urządzenia na suficie. Czasami działają.

Też taki miałem u siebie wczoraj i również odmówił posłuszeństwa. Znaczy nie pracował.
Nie poddawałem się jednak łatwo i uruchomiłem nawiew zimnego powietrza. Dmuchawę znaczy się. Dałem na maxa, bo sobie będę żałował na stare lata.
Po kilku minuta zrobiło się dużo cieplej. Zimne powietrze okazało się być powietrzem zdradliwie gorącym.
Zrezygnowałem zatem z tej formy chłodzenia i przeszedłem na otwarte okienka.
Działały jedynie podczas jazdy, ale lepsze to, niż nic.
Po dwóch godzinach zacząłem mieć zawroty głowy. Dobrze, że trafił mi się SWL i mogłem pojazd przekazać kolejnemu motorowemu.
Mam nadzieję, że zdrowo zakończył swoją zmianę.

Jednak bywa i tak, że w podobnych warunkach przychodzi nam pracować nie przez 2 godzinki, ale przez całą zmianę.
Dlatego jak mi czasami jakiś pracownik biurowy mówi, że też ma ciężką pracę, to nawet nie chce mi się tego komentować i tylko potakuję w milczeniu.
Moja żoneczka skwitowała to dość rozsądnie, że to prawie jak w saunie.
Szybciutko jej wyjaśniłem, że z sauny możesz wyjść kiedy chcesz, a poza tym siedzisz tam sobie na golaska.
My musimy pracować w długich spodniach bez większej możliwości ruchu.

Ciekawe jaki wóz trafi mi się dzisiaj.

sobota, 17 maja 2014

Skarga

"Siły regeneracyjne bezinteresownego skurwysyństwa są nieograniczone".
Pewnie sparafrazowałem ten cytat, ale sens wypowiedzi pozostał.
Tak to jest, jak się czyta poważne książki będąc mlekosysem. Prawdy życiowe zapadają głębiej w pamięć.
Swoją drogą polecam do przeczytania to dzieło. Chodzi o Konkwistę Waldemara Łysiaka. Napisał ją pod pseudonimem Baldhead (o ile mnie pamięć nie myli).

Wracając do myśli przewodniej, czyli skargi na motorowego.
Jest to zmora i utrapienie. Dusiołek taki, który siedzi na człowieku i oddychać nie pozwala.
Można być wzorowym motorowym, jeździć przepisowo, czekać na dobiegających, pomagać staruszkom i wnosić wózki dziecięce, a i tak znajdzie się jakiś ktoś, kto będzie miał zły dzień i dla czystej złośliwości napisze skargę.
I nie mówię tu o skargach uzasadnionych, bo niestety i takie się zdarzają.

Dwa dni temu miałem właśnie taką podbramkową sytuację. Niby drzwi zamknąłem, niby dostałem zielone światło (znaczy pionową kreskę) i niby nawet ruszyłem. Jednak ku mojemu przerażeniu zauważyłem, że po czerwonym świetle, lawirując między ruszającymi samochodami biegnie z wywalonym jęzorem jakiś jegomość w garniturze.
Oczywiście w pełnym galopie dopadł do ruszającego tramwaju i chciał sobie drzwi otworzyć.
Nawet nie wiecie, jak mocno szarpie tramwaj, gdy chce się go zatrzymać tuż po ruszeniu. SWING dodatkowo ostro kolebie się na boki.
I teraz weź człowieku i bądź mądry.
Zatrzymasz wóz, to się ludzie poprzewracają i złożą skargę, że motorowy szarpie i naraża zdrowie pasażerów.
Nie zatrzymasz wozu, to pan biegacz złoży skargę, że motorowy zamknął mu drzwi przed nosem.
Wybrałem mniejsze zło i pojechałem dalej.
Zresztą gdybym  nie ruszył, to ten pan następnym razem znowu na czerwonym by galopował, a tak, to może zapadnie mu w pamięć, że nie opłaca się narażać życia swojego i innych, bo tramwaj rusza z przystanku od razu po otrzymaniu zielonego światła i nie da się w takiej sytuacji otworzyć drzwi.

Jak tylko pomyślałem o popełnieniu wpisu związanego ze skargami, to ani chybi ściągnąłem myślami
innych motorowych, bo jednego dnia trzech z nich skontaktowało się ze mną, opowiadając, że właśnie trafiło im się nieszczęście spotkania na swojej drodze takich właśnie bezinteresownych osobników.
Pozwolę sobie zatem przytoczyć ich historie.

I
Jestem na maxa wkurzony, bo w tym przypadku byłem "grzeczny" na 100% i nie ma w tym mojej winy. W 116Na (taki model tramwaju) nie można wyłączyć automatycznego zamykania drzwi po otwarciu z ciepłego guzika. Jakaś pani napisała, że stałem z otwartymi drzwiami i jak podeszła, to złośliwie zamknąłem jej drzwi przed nosem (ale czy odjechałem, to już nie wspomniała). Napisałem już wyjaśnienie, w którym udowadniam, że nie jestem wielbłądem, ale czuję, że premia poszła się paść, bo zawsze jest wina motorowego.

II
Przyszła na mnie skarga, że nie poczekałem na biegnącą matkę z trójką dzieci i bezczelnie pojechałem na czerwonym świetle i że jestem złym motorowym i trzeba mnie ukarać, bo pani tak napisała i na pewno ma rację.
Na szczęście prowadziłem SWINGa, a jak wszyscy wtajemniczeni wiedzą, SWING jest wyposażony w kamery.
Oczywiście nie obyło się bez nerwów, pisania odpowiedzi na raport i wizycie u kierownika na dywaniku.
Na szczęście pomimo tego, że kierownik jest kosa straszna, to spokojnie obejrzał nagrania z kamer i (tu pełne zaskoczenie) przyznał mi rację. Na nagraniu było widać (bez stereo, ale w kolorze), że tak zwana poszkodowana, ciągnąc dzieci za chude rączki, biegła przez czerwone światło, a ja uczciwie ruszyłem z przystanku, gdy dostałem świetlny znak pozwolenia na jazdę.
Tym razem obyło się bez konsekwencji, ale nie chcę myśleć co by było, gdybym nie miał kamer.

III
Tu przytoczę zapis z kartki, którą znalazłem na jednej z ekspedycji. Mam nadzieję, że jej autor się nie obrazi.
Skarga dotyczyła odmowy sprzedania biletów.
Oto odpowiedź motorowego, którą musiał sprokurować na tę okoliczność.
Pasażer stał przy drzwiach i coś mówił.
Byłem przekonany, że ktoś znów stojąc blisko kabiny rozmawia przez telefon.
Po dojechaniu do świateł usłyszałem trzy uderzenia w drzwi kabiny i słowa "mówię do pana".
Po dojeździe do przystanku otworzyłem klapkę umożliwiającą sprzedaż biletów, ale wtedy już nikt do kabiny nie podszedł.
- Nie prowadzę rozmów z pasażerami podczas jazdy.
- Jeżeli pukał wcześniej to ja tego nie słyszałem, lub pukał zbyt słabo, albo wcale nie pukał.
- Włączona klimatyzacja w kabinie również nie pomaga w kontaktowaniu się z pasażerami.
Poważnie, klima skutecznie zagłusza wszelkie dźwięki. Po kilku godzinach pracy w głowie huczy jak po dobrym, rockowym koncercie.

Fakt, sprzedawanie biletów to czasami horror. Ludzie myślą, że mogą sobie pohandlować w trakcie jazdy.
Otóż - NIE MOGĄ!
Ale i tak to robią. I co im zrobisz.

A propos biletów, ostatnia opowieść

IV
Czekam teraz na skargę.
W SWINGu facet chciał kupić bilet. Przyszedł pod kabinkę i daje mi 10 pln. Mówię mu, że jest biletomat i niech tam kupi, ale on stwierdził, że nie ma bilonu i musi kupić bilet.
Więc co? Trzy razy mu tłumaczę, że nie wydaję reszty, a poza tym niech sobie przeczyta na drzwiach kabiny informację (chodzi o to, że trzeba dawać odliczoną kwotę motorowemu).
Facet skłamał, że nie zależy mu by otrzymać resztę, ale bardzo chce mieć bilet.
Zaproponowałem mu więc dopłatę 3,20 pln, żeby miał 3 bilety.
Stwierdził, że przecież nie ma bilonu, a przecież reszty nie trzeba, więc ostatecznie dałem mu dwa bilety normalne (te po 4.40 pln) zaznaczając jeszcze raz, że nie wydam mu reszty.
OK. Nie ma problemu. Wziął bilety.
I NAGLE mu się jednak odwidziało. Chce reszty.
Powiedziałem po raz kolejny, że reszty mu nie wydam, a jeżeli to nie jest po jego myśli, to niech odda bilety.
Na to on powiedział, że biletów mi nie odda i napisze skargę, że go okradłem.
Opisałem całe zdarzenie w karcie drogowej, żeby nikt mi nie zarzucił, że coś kombinuje i czekam co będzie dalej.

Nie ma lekko.
Bywa, że pasażerowie chcą płacić banknotami 20 pln lub 50 pln.
Zawsze grzecznie mówię, że nie mam wydać, lub proponuję zakup hurtowy.
Trochę drobnych przeważnie przy sobie mam, ale może zdarzyć się tak, ze wszystkie tynfy oddam i wtedy następuje skucha taka, jak opisana powyżej.
Pasażerowie nie zdają sobie sprawy z faktu, że nie jesteśmy kioskiem i nie mamy miejsca na trzymanie kilku kilogramów bilonu.
Te bilety to naprawdę poważny problem.
I dlatego pamiętajcie wszyscy, którzy to czytacie (motorowi też).
Jeżeli trafi się Wam miły motorowy, albo będzie się wam wygodnie jechało, albo zobaczycie coś, co wam się spodoba - nie zastanawiajcie się ani chwili.
Napiszcie POCHWAŁĘ. Bardzo tego potrzebujemy. Jako ta sójka dżdżu.
A robi się to banalnie.
Wystarczy wejść na stronę ZTM (kontakt -> napisz do nas) i tam wypełnić krótki formularz.
Oto link: ZTM.waw.pl -> kontakt -> napisz do nas.
Tam wybieramy kategorię "Podziękowania" i wysyłamy.
Żeby łatwiej było znaleźć motorowego (tego miłego) to warto dopisać numer linii, numer brygady, numer boczny tramwaju i przybliżoną godzinę.
Nie wahajcie się tego używać często.

A następnym razem postaram się wyjaśnić, dlaczego nie warto umawiać się z motorowym.

piątek, 9 maja 2014

Przyszpilony

Zdarzyło mi się przyjść do pracy.
Ochoczo zmierzałem ku dyspozytorni by odebrać kartę wozu i znów cieszyć się możliwością sterowania szesnastokołowym kolosem.
Wzrok mój przykuła wiata przystankowa postawiona na terenie zajezdni. Nie to, żeby tam tramwaj się zatrzymywał. Ot po prostu wiata z ławeczką i napisem "Tu wolno palić".
Z możliwości tej korzysta każdy, kogo chęć na magiczne pałeczki dosięgnie.
Jednym z miłośników dymka na wolnym powietrzu jest również mój kierownik.
Takoż i on we własnej osobie stał i dymił. Znaczy z papierosa dymił, czyli wydmuchiwał dym.
Nasz wzrok się spotkał, a że chłop porządny jest, to i prawicę do przywitania wyciągnął.
Uścisk odwzajemniłem, a kierownik się w te słowa do mnie odzywa:
- No jak tam? Dobrze się pracuje?
No i tu trzeba być politycznie poprawnym. Nie ma, że się powie, co ślina na język przyniesie. Elokwencją trzeba się wykazać i poczuciem humoru. Żadne "eee może być", czy proste "no" nie wchodzi w rachubę.
Zatem wdałem się w krótką polemikę.
- Całkiem i owszem, dobrze się jeździ, pracuje jeszcze lepiej. Praca marzeń można powiedzieć, gdyby nie dziesięciogodzinne zmiany. Człowiek po nich wyżęty jest jak ten kot po praniu.
(a wiadomo, że kota się nie wyżyma).
- Panie Jarku - odzywa się na to kierownik - taka praca. Twardym trzeba być. Nikomu nie odpuszczamy. Na osłodę przecież macie pięcio czy sześciogodzinne zmiany.
- Fakt niezaprzeczalny, ale nie wyrównują one zmęczenia, które następuje po tych dłuższych chwilach na wozie. Nie ma co marudzić. Dobrze jest, firma uczciwa, pieniądze na czas się pojawiają. No, muszę lecieć na wóz. Czas na mnie - zakończyłem politycznie konwersację i szybciutko, uśmiechając się miło pomknąłem do budynku.

Fakt, że te długie służby dają w kość, a w tygodniu już trzy takie na mnie czyhały. Nie było co robić uników, tylko brać na klatę co dają.
Byleby trafić na SWINGi - myślałem. W tych nowych maszynach się tak nie męczę. Pewnie wynika to z mniej zużytych foteli. Po prostu jest mi wygodniej.

No i jak raz trafiły mi się SWINGi we wszystkie dni. Żyć nie umierać.
Ale 10 godzin robi swoje (dokładnie to 9,7 czy 9,8), bo gdyby ktoś nie wiedział, to godzina w Tramwajach Warszawskich dzielona jest na sto jednostek, a nie na sześćdziesiąt. Ot takie ułatwienie przy liczeniu roboczogodzin.

Pod koniec tygodnia tak czy siak byłem zmęczony.
Nie omieszkałem o tym wspomnieć mojej Agnieszce (najmłodszej żonie, tej ulubionej). Trochę pomarudziłem, ponarzekałem sobie, poutyskiwałem.
Na co żoneczka podsumowała całe to moje zawodzenie jednym, bardzo mądrym i celnym zdaniem.
- A jak tam sobie u was radzą kobiety?
Ugh! No taka szpila to potrafi utknąć na dłużej. Celnie została wbita.
Trzeba było szybko wymyślić ripostę na takie dictum.
No i wymyśliłem.
- Nie mi się mierzyć z kobietami motorowymi, albowiem nie są one zwykłymi śmiertelniczkami. To prawdziwe walkirie, boskie istoty, które mają niespożytą moc i upór godny bogów Asgardu.
Są niepokonane, dają radę pomimo wszelkich przeciwności losu, a do tego rodzą dzieci, ciężko pracują w domu po pracy, a do tego często są honorowymi dawcami krwi.
Ślady ich stóp w piasku niegodnym całować.

Ale co bym nie wymyślił prawda jest taka, że marudzić nie ma co.
I tak po prawdzie, to od tego pamiętnego wbicia szpilki pracuje mi się dużo lepiej. Mniej się męczę i szybciej mijają dziesięciogodzinne zmiany.
A następnym razem skrobnę coś na temat skarg i moich wniosków.

niedziela, 27 kwietnia 2014

Skupienie

Dzisiaj będzie naukowo.
Będę się wymądrzał, bo akurat jestem świeżo po lekturze nowego FOCUSa. Swoją drogą polecam gazetkę, bo ciekawa jest.

Czytając ją, pomyślałem sobie, jakby to było, gdybym na rozmowie o pracę usłyszał te wszystkie mądrości.

"W czasie długiego siedzenia praktycznie nie używamy wielu dużych grup mięśni. Należą do nich np. mieśnie brzucha, odpowiedzialne za jego atletyczny wygląd. W efekcie brzuch zaczyna wystawać lub robi się obwisły. Osłabione zostają także mięśnie uda i mięśnie biodrowe, zapewniające stabilność podczas chodzenia. Po wielu latach może to prowadzić do zaburzeń równowagi i upadków, szczególnie niebezpiecznych dla osób starszych."

Nie jest lekko dla brzucha i ud jednym słowem.

"Brak aktywności organizmu oznacza mniejsze zużycie energii, a to sprzyja odkładaniu się tkanki tłuszczowej i zwiększeniu poziomu cholesterolu we krwi. Wolniejsze krążenie przyśpiesza powstawanie blaszek miażdżycowych w ścianach tętnic. Bezczynne mięśnie słabiej reagują na insulinę - hormon wytwarzany przez trzustkę, obniżający poziom glukozy we krwi. Efektem jest zwiększone ryzyko zachorowania na cukrzycę typu II. Siedzący tryb życia wiąże się też z częstszym występowaniem raka (...)."

Trzeba się zatem ruszać i okresowo podnosić sobie ciśnienie różnymi sytuacjami.

"Na krew działa siła ziemskiej grawitacji, utrudniając jej odpływ z dolnej części ciała. Gdy chodzimy, kurczące się mięśnie przepompowują krew w kierunku serca. Brak aktywności sprawia, że zaczyna ona zalegać w żyłach. Objawia się to obrzękami kostek i podudzi oraz żylakami. W takich warunkach mogą też powstać groźne dla życia zakrzepy."

Dlatego nie zdziwcie się, jak zauważycie motorowego wyczyniającego kuriozalne wygibasy na pętli tramwajowej. My po prostu musimy dbać o naszą krew, bo wielu z nas jest honorowymi jej dawcami.

"Układ nerwowy zużywa aż 20 proc. tlenu docierającego do organizmu przez płuca. W pozycji siedzącej oddychamy płytko, a brak naturalnej aktywności mięśni utrudnia krążenie krwi. W efekcie mózg jest niedotleniony, pojawiają się trudności z koncentracją i bóle głowy. Te ostatnie mogą też wynikać ze zmian w kręgosłupie szyjnym, obciążonym przez nienaturalne pochylenie głowy (...)."

Oj tak. Czasami łapię się na tym, że prowadzę tramwaj lekko nachylony ku przodowi. Fotele nie zawsze są dopasowane do ciała, a wyregulować ich się nie da. Najlepsze dla mnie są siedziska w SWINGach, chociaż siedząc wygodnie zupełnie nie widać tego, co dzieje się z lewej strony (obudowa wewnętrzna zasłania widok).

"Kręgosłup jest unieruchomiony w jednej pozycji, co "zgniata" krążki międzykręgowe (dyski) i prowadzi do zaburzeń ich ukrwienia i odżywienia. W czasie siedzenia ciężar górnej części naszego ciała nie rozkłada się równomiernie na całym kręgosłupie. Zamiast tego skupia się na guzach kości kulszowych ukrytych pod mięśniami pośladkowymi. W efekcie pośladki robią się (...) 
(eee nie, nie będę o tym pisał)
Przeciążony zostaje dolny, lędźwiowy odcinek kręgosłupa. Jego fizjologiczna krzywizna zmniejsza się, co może doprowadzić do wypadania dysków i dotkliwego bólu, zwanego lumbago."

Co prawda, to prawda, ale po dziesięciogodzinnej służbie plecy bolą czasami znacznie.
Potem firma się dziwi, że ludzie na zwolnienia chodzą i kombinują jak tu ominąć długie zmiany.
Kolana też wysiadają, bo zgięte w jednej pozycji przez tyle godziny dają się we znaki mocno.
Dlatego też nasza praca zalicza się do zajęć szkodliwych dla zdrowia i o podwyższonym ryzyku.
Dzięki temu możemy iść na wcześniejszą emeryturę.
Hahahahaha w wieku sześćdziesięciu lat.
Dlatego jak mnie coś strzyka i zaczynam marudzić, to przypominam sobie, że są motorowi pracujący w zawodzie od 30 lat.
Oni dają radę, to ja też dam!
Twardkim trzeba być Słowianinem, a nie mnientką ninją.

wtorek, 15 kwietnia 2014

Urodziny, szafka i światła.

W każdym roku jest tak, że ktoś ma urodziny.
Tym razem byłem to ja.
Ale nie o tym będzie dzisiejszy wpis.

W sumie to będzie o kilku rzeczach.
Piwie, Tramwaju Warszawskim, otwartej skrzynce i sygnałach dźwiękowych.

Minął rok od momentu, gdy pierwszy raz usiadłem za konsoletą tramwaju.
Mroczne to były czasy, ale dzięki dobremu trenerowi pomroczność jasna zamieniła się w umiejętności przynoszące wymierne korzyści.
Jest co wspominać, jest o czym gadać, jest na co marudzić i jest się z czego cieszyć.
O takich ważnych sprawach najlepiej rozmawia się oczywiście w doborowym towarzystwie.
A towarzystwo musi mieć miejsca siedzące (takie wiecie, przyzwyczajenie z pracy).
Zatem znaleźliśmy sobie całkiem przytulne lokum o swojsko brzmiącej nazwie:
Tramwaj Warszawski.
Poważnie, jest takie miejsce w Warszawie. Oto dowód:



W takich oto okolicznościach przyrody, niepowtarzalnych, snujemy motorowe opowieści dziwnej treści.
Niektóre śmieszą, inne budzą grozę w sercach, a jeszcze inne nie nadają się do tego, by ich treść wydostała się poza zamknięty krąg wtajemniczonych.
Jedną z opowieści postaram się tu przytoczyć.
Będą krew i łzy, czyli powinno się dobrze sprzedać.

Był ciepły, wiosenny poranek. Słońce świeciło na nieboskłonie, ptaszki ćwierkały, samochody nie zajeżdżały drogi, a drzwi kabiny drżały od uderzeń wyprowadzanych celnie przez jednego z pasażerów.
Powaga łomotania wskazywała na inny cel niż zakup biletów. Trzeba było sprawdzić.
Okazało się, że szafka skrywająca tajemne przełączniki, bezpieczniki i inne łączniki otworzyła się, a jedna z pasażerek przeoczyła ten fakt i z pełną mocą hamującego tramwaju zahaczyła czołem o wystające na pół metra metalowe odrzwia.
Nic śmiesznego, bo takie drzwi jak się otworzą to faktycznie stwarzają zagrożenie i to dość poważne.
Tak było i tym razem.
Krew się leje, kobieta cierpi, tramwaj stoi. Trzeba było wezwać Nadzór Ruchu i karetkę.
NR pojawił się jak zwykle szybciej. Potem przyjechała karetka i fachowo zajęła się poszkodowaną.
Niestety, takie sytuacje się zdarzają. System zamykania tych szafek jest fatalny, a drgania wywołane jazdą powodują, że zamek (tak go umownie nazwijmy) czasami puszcza.
Nijak nie może być to wina motorowego. Ale nie o tym chciałem napisać.
Urzekła mnie reakcja jednego z pasażerów, który z ryjem (bo inaczej się tego nazwać nie da) naskoczył na motorowego, że szafka się otworzyła już z pięć przystanków temu i takie niebezpieczeństwo i w ogóle on się czuje zagrożony i odszkodowanie! Hańba ci Morris! I inne pierdolety wygłaszał.
Na co mój dobry kolega, który wówczas kierował tym składem, grzecznie się tego pieniacza zapytał:
- To nie mógł pan od razu dać znać, że coś jest nie tak z szafką?
Nagle się okazało, że pan już nie czuł się zagrożony. Cichcem oddalił się w drugi koniec wagonu i tam zaległ na krzesełku.
Tramwaj musiał i tak wysadzić wszystkich pasażerów, bo się okazało, iż krew cieknąca z rany dość mocno zrosiła pokład wozu, a zakrwawionym tramwajem nie godzi się wozić ludzi.
Wystarczyło, żeby ktoś wcześniej ruszył mózgownicą i powiedział motorowemu, że drzwiczki od szafki stoją otworem.

Sam osobiście miałem raz taki przypadek.
Jakiś pan zastukał do kabiny i w te słowa się do mnie odezwał.
- Szafka Ci się otworzyła. Daj klucz to Ci ją zamknę.
Dałem klucz, pan zamknął i było po kłopocie. Nawet tramwaju nie musiałem zatrzymywać.
Można?
Można.

I na zakończenie o sygnałach.
Chodzi o te cholerne NIUT NIUT NIUT, rozlegające się tuż przed zamknięciem drzwi.
Ostatnio jadąc incognito tramwajem zapytałem jednego znajomego, jak sprawdzić czy tramwaj odjeżdża już, czy za chwil kilka. Byliśmy wtedy akurat na Patelni (czyli w samym Centrum miasta).
On mi beztrosko odpowiedział, że jak słychać sygnał dźwiękowy, to znaczy, że się jeszcze zdąży.
O bogowie!
Jeżeli takie herezje głoszą ludzie z głową na karku, to nic dziwnego, że jest tyle skarg na motorowych, którzy zamykają drzwi "przed nosem".
Ten sygnał nie jest znakiem by rozpocząć proces wsiadania.
Sygnał jest nadawany po to, by nikogo nie przycięło przez przypadek.
Jedynym, sensownym systemem sprawdzenia ile czasu nam zostało do odjazdu jest rzut oka na sygnalizację świetlną.
Na Patelni widać to bardzo dobrze. Zdradzę Wam ten sekret, bo mnie to nic nie kosztuje.
Cykl od strony tramwaju wygląda tak:
Wpierw zapala się zielona strzałka dla samochodów skręcających w lewo na rondzie.
Potem zapala się zielone światło dla jadących na wprost (równolegle do tramwaju).
Następnie pojawia się żółte światło dla skręcających w lewo.
Dwie sekundy później tramwaj dostaje swoją, pionową pałeczkę i może ruszać.
Jeżeli widzicie dwa, zielone światła, to macie jeszcze czas (albo inną kombinację zielonego z czerwonym).
Jeżeli widzicie żółte światło na lewoskręcie, to właściwie powinniście odpuścić bieganie.
Ja wiem, że to trudne i jak się wybiega z przejścia podziemnego to niewiele widać, ale gdybym tego nie napisał, to nie mógłbym dobrze spać.

Warto poznać cykle świetlne. Ułatwiają przetrwanie w miejskiej dżungli.

czwartek, 3 kwietnia 2014

Wykolejony temat

Czasami się zastanawiam, czy te całe rozkłady jazdy to w ogóle są potrzebne.
Codziennie po kilka razy słyszę pytania typu:
- A za ile pan jedzie?
- A ten tramwaj to tutaj skręca?
- A czy ja dojadę gdzieśtam?
Nie wspomnę o ludziach gnających na złamanie karku po czerwonym świetle do tramwaju, który jest opóźniony o 3 minuty. Przecież teoretycznie tego wozu już tam nie ma.
Albo trafiają się tacy gawędziarze, co to przy otwartych drzwiach zaczynają się pytać pasażerów o trasę. Takie dywagacje potrafią trwać nawet i pół minuty.
A wystarczy wsiąść do tramwaju, przejechać przystanek i w trakcie podróży przeczytać rozkład jazdy umieszczony w wagonie. Przecież i tak nigdzie nie skręcę.
No dobra, czasami skręcam, ale tylko w wyznaczonych miejscach.
Uważam, że lepiej poczytać sobie rozkład na przystanku, albo ewentualnie skorzystać z aplikacji w telefonie.
Osobiście polecam mobileMPK - bardzo przydatne i działa offline. Warto jednak codziennie sprawdzić, czy nie ma aktualizacji oprogramowania.

Ostatnio był spory ambaras na skrzyżowaniu ul. Jana Pawła i al. Solidarności.
Tramwaj wyskoczył z szyn - znaczy się wykoleił, czyli skręcił nie do końca tak jak było trzeba. Oba wagony znalazły się na żywym betonie.
Awaria była poważna na tyle, że zatrzymanie trwało ponad godzinę.


Nie wiem czy motorowy jechał zbyt szybko, czy tory zniszczone przez SWINGi nie wytrzymały parcia.
Faktem jest, że ruch został wstrzymany we wszystkich kierunkach.
Tramwaje stały i na Stawkach i na Rondzie babki Radosława i Okopowa była zawalona.
Oczywiście Solidarności i Jana Pawła w obu kierunkach też.

Najgorsze w takim zatrzymaniu jest to, że nie wiadomo kiedy się skończy.
Na początku to można sobie z kolegami pogadać, kanapkę zjeść czy wypalić papierosa (elektronicznego).
Ale po 30 minutach zaczyna być niewesoło.
Ludzie mają swoje potrzeby.
Po godzinie niektórzy zaczęli widzieć na żółto (to od zwiększonego poziomu bilirubiny w organizmie).
Ale motorowi twardzi są - nie takie rzeczy musieli wstrzymywać.
Trzymaliśmy zatem, a czas mijał.


W końcu upłynęło go na tyle dużo, że zawalidroga został postawiony na nogi - czyli na szyny - a ruch został przywrócony.
Oczywiście z takim opóźnieniem nie da się realizować rozkładu, więc skończyło się na tym, iż dostałem od ekspedytorki na Żeraniu FSO trasę skróconą.
Tak zwany skrót pozwolił mi na skorzystanie z zupełnie innej trasy w kompletnie innych rejonach Warszawy.
Zamiast linią 20 pojechać do Centrum, to pognałem na Marymont.
Dzięki tej sztuczce udało mi się wyrównać  czas, a nawet go nieco zakrzywić.


Czary z mleka normalnie.
Co nie zmienia faktu, że jeden półkurs zniknął, ale za to kolejny został zrealizowany w normalnych przedziałach czasowych.
Co to się ludzie dziwowali, że linia 20 jeździ sobie przez Rondo babki Radosława, a i na samym Marymoncie miałem wielu pytających o tajemnicę linii 20.
Na szczęście nie trwało to długo, więc i tłumaczyć nie musiałem wiele.
Zauważyłem też, że większość wsiadała do tramwaju kompletnie nie zwracając uwagi na oznaczenia.
W końcu nigdzie przecież nie skręcę.

I na zakończenie.
Dzisiaj prowadziłem linię 10 i miałem okazję pokonywać to nieszczęsne skrzyżowanie.
Postawiono tam znak ograniczenia prędkości do 10 km/h oraz samochód Nadzoru Ruchu.
Myślę, że spokojnie można było sobie darować to ograniczenie - widok auta działał znacznie lepiej.
No to turlałem się z prędkością 10 km/h.
Przy idealnym ruszeniu z początkiem cyklu świetlnego, tramwaj docierał do przejścia dla pieszych dokładnie w momencie, kiedy dostawali oni swoje, zielone światło.
Jeżeli piesi dostali zielone, to tramwaj powinien się zatrzymać. Takie zatrzymanie zablokowałoby oba kierunku i żaden inny tramwaj już by skrzyżowania nie przejechał.
Rozstaje opuszczał jeden wóz na cykl świetlny - czyli co dwie minuty.
Raz trafiłem na sytuację, że byłem trzeci w kolejce. Straciłem 6 minut na pokonanie tego cholernego skrzyżowania.
I niech mi ktoś powie, że to jest normalne.
Wyobraźcie sobie, co by się stało z ruchem ulicznym, gdyby wszystkie tramwaje jeździłyby w stylu "włoskiego strajku".

Idę spać. Kolejny dzień i kolejna służba dziesięciogodzinna.
W takich okolicznościach przyrody nawet Rambo zacząłby sypać :)