piątek, 14 listopada 2014

Riposta

Po przeczytaniu niektórych komentarzy do ostatniego wpisu straciłem wszelkie złudzenia.
Zrozumiałem też, z czego wynika specyfika relacji między Zarządem, a Związkami Zawodowymi.
Teraz już wiem dlaczego jest tak, a nie inaczej.
Starałem się do tej pory nie robić wycieczek osobistych i tego się będę trzymał.
W pierwszej chwili chciałem zrobić epicki wpis, w którym przedstawiłbym sceny rodem z horrorów, filmów szpiegowskich z domieszką science fiction (nie zapominając o tramwajach), ale doszedłem do wniosku, że ktoś może coś znowu opacznie zrozumieć.
Dlatego musicie się zadowolić reklamą napoju.
N razie zawieszam działalność blogową. Szkoda mi nerwów.
Bo Polak to nawet porażki zazdrości.

Szacunek.


czwartek, 13 listopada 2014

Władza

Władza. Władza nigdy się nie zmienia (to taka parafraza dla miłośników gier komputerowych).
Za to może zmienić ludzi. Tak używających jej, jak i tych, na których jest używana.
Trzeba tylko robić to z głową.

Jest takie kontrowersyjne miejsce w Warszawie.
Trudne głównie dla motorowych, ze względu na pobłażliwość władz w stosunku do gapowatych kierowców.
Chodzi o skręt w lewo przy Ratuszowej (lub przy ZOO, jak kto woli) w kierunku dworca Wileńskiego.
W sumie to tego skrętu tam nie ma i w tym cały jest ambaras.
Wielu automobilistów jeździ na pamięć i zapomina zerknąć od czasu do czasu na znaki.
A stoi tam jak wół taki o:


Sytuacja z lotu motorowego wygląda tak:

fot. Jacek Król

Dzisiaj też trafił się taki zawodnik, a że wyjątkowo dobrze mi się jeździło na linii 23 (brygada 08), to stwierdziłem, że nie ma co mitrężyć czasu i cyklu świetlnego.
Założyłem moją czapeczkę z daszkiem i ubrany w uniform motorowego wyskoczyłem z wozu.
Podszedłem do jegomościa i zastukałem w szybkę.
- Dzień dobry panie kierowco - zagaiłem tonem nie znoszącym sprzeciwu - Proszę natychmiast opuścić ten pas. Tu jest zakaz skrętu w lewo.
- O matko! Przepraszam panie władzo. Już zjeżdżam. Nie widziałem.
I zjechał.
Super.
Wróciłem do kabiny i nienerwowo pokonałem skrzyżowanie na swoim świetle bez strat czasowych.
Wystarczyłoby postawić tam jednego stójkowego i problem by się rozwiązał.
A pieniądze z mandatów byłyby jak znalazł dla niedofinansowanej policji.

Ktoś tu gra w WoW?
Wiecie, nowy dodatek wyszedł. Idę się odstresować.

środa, 12 listopada 2014

Dzień Niepunktualności

Zima co roku zaskakuje drogowców, a dzień 11 listopada to samo robi z ZTM.
Jednak nie ma co ronić łez gdy burdel płonie.
Było, minęło i odeszło w zapomnienie.
Wnioski i tak nie zostaną wyciągnięte. Za rok ponownie będziemy jeździć jak kot z pęcherzem lub będzie nami miotać jak szatan.
A szatan miota tak:


Na szczęście tramwaje się nie przewracały, ale i tak było zajebiście.
Dzień zleciał jak z bicza by ktoś strzelił.
No i dobrze, bo kociokwiku dostawali wszyscy z przepracowania.
Szczerze współczuję dyspozytorom i ekspedytorom. Oni naprawdę mieli urwanie głowy.
Byłem osobiście naocznym świadkiem, gdy podchmielony mocno napojami wyskokowymi osobnik próbował wdać się w spór ręczno - przepychankowy z grupą motorowych.
Jednak opanowanie i doświadczenie nabyte w podobnych sytuacjach pozwoliło nam nie dopuścić do sporu zbiorowego.
Pijany jegomość oddalił się niepocieszony, gdy został poinformowany o cenie pobytu w hotelu na ulicy Kolskiej.
Najlepsze jest to, że sygnał wzywania policji nie zrobił na nim większego wrażenia.
Jednak pieniądze potrafią dużo zmienić.

Ale były również miłe akcenty.
Najmilszym jaki ostatnio zanotowałem w Tramwajach Warszawskich był nowy system wyświetlania informacji o punktualności. Dla motorowych to jedna z najważniejszych wiadomości.
Dzięki nim wiemy, jak rozplanować trasę, bo w odróżnieniu od zwykłych kierowców, my musimy planować drogę na kilku przystanków do przodu.
Już klaruję o co mi się rozchodzi. Tylko znajdę zdjęcie.

O. Jest.

Dla mniej zorientowanych w temacie.
Chodzi o to, że drzewiej wyświetlała się tylko godzina (w lewym rogu) i minuty opóźnienia / przyśpieszenia (w prawym rogu).
Teraz dodano nazwę następnego przystanku i godzinę (z minutami) punktualnego odjazdu z tegoż.
Dzięki temu jesteśmy lepiej zorientowani w czasie.
Drobnostka, a jakże pomocna.
BRAWO! Sława i Chwała dla osoby, która przeforsowała to udogodnienie.
Związki Zawodowe od dawna prokurowały pisma w tej sprawie. Widziałem nawet projekty, ale wdrożenie tego rozwiązania przeciągało się niemożliwie.

I tym optymistycznym akcentem kończę środowy poranek. Idę się byczyć, bo po ostatnich dniach samopoczucie mocno siadło na zadzie. Co prawda w jeden dzień go nie podniosę do pozycji stojącej, ale może uda mi się osiągnąć pozycję pół klęczącą.

środa, 29 października 2014

Fajtłapa

Dzisiaj środa, czyli dla mnie niedziela. Znaczy dzień wolny.
I bardzo dobrze. Czułem przez skórę, że ten miesiąc nie może się skończyć dobrze.
Rozkłady niedopasowane do warunków drogowych doprowadziły w końcu do bardzo poważnego zdarzenia, a ostatnie dni obfitowały w kolizje, potrącenia i zatrzymania. O zapadnięciu się torowiska nawet nie będę wspominał.
Oczywiście nie jest to tylko wina rozkładów, bo jak wiecie kartka papieru sama w sobie krzywdy zrobić nie może, lecz gdy połączymy ją z czynnikiem ludzkim, to zaczynają dziać się cuda.

Tym razem doszło do mega karambolu przy kinie Femina.
Można by pomyśleć, że to jest nie do pomyślenia, bo przecież jakże to tak.
Ano można. Chwila nieuwagi, zmęczenie dziesięciogodzinnymi zmianami, brak normalnego snu i poczucie, że wszystko robisz źle (chociaż bardzo się starasz).
I BUM. (nie chodzi tu o środek przeciwbólowy).
Jedno, złe przełożenie zwrotnicy.


źródło: http://oognet.pl

Niedawno dostałem linię 9. Wcześniej nie miałem przyjemności jej obsługiwać, a jak wiadomo za pierwszym razem zawsze jeździ się kiepsko. Do tego doszła wszechobecna mgła (ani chybi spisek), która ograniczała widoczność znacznie. No i na pętlę Gocławek  dotarłem z opóźnieniem 9 minut.
Swojego czasu podjąłem decyzję, że będę jeździł zgodnie z przepisami.
Zwyczajnie ustawiłem sobie priorytety w pracy.

1. Bezpieczeństwo moje i pasażerów.
2. Przepisy ruchu drogowego.
3. Rozkład jazdy.

I tego się trzymam.
Fakt - jeżdżę czasami opóźniony, ale do domu wracam mniej wyprany psychicznie niż kiedyś.
Bywa, że da się realizować rozkład, ale są takie linie, że nie ma bata, żebyś nawet ten bat z piasku ukręcił.
Takie właśnie sytuacje dotyczą linii kursujących ulicą Targową, czyli nowym odcinkiem przywróconym do ruchu po latach dłubania i kopania.
Motorowi się stresują, gonią, śpieszą, denerwują i ogólnie nie jest fajnie.
A ja cały czas powtarzam - jedź spokojnie, jedź ostrożnie. Nie przejmuj się rozkładem. Firma sobie poradzi.
Ty masz bezpiecznie dowieźć pasażerów i siebie z krańca na kraniec.
Ktoś chce kupić bilet? Nie odjeżdżaj. Sprzedaj bilet, a dopiero potem rusz z przystanku.
W karcie odpisz powód opóźnienia "sprzedaż biletów". Niech firma wie, że ten handel rujnuje punktualność.
Jeżeli będziesz gnał na złamanie karku i łamał przepisy, to może i dojedziesz o czasie, ale firma będzie święcie przekonana, że rozkład jest rozpisany prawidłowo.
Przecież zdążyłeś.

Niestety nie z każdym motorowym da się o tym porozmawiać.
Sam byłem świadkiem, jak jeden, który mówił że jeździ zgodnie z przepisami był zakrzyczany przez inną motorową, która darła się, że ona BĘDZIE zapierdalać, że BĘDZIE sprzedawać bilety w ruchu, a on pewnie nie ma jaj, bo żeby prowadzić tramwaj to trzeba mieć jaja.

Fakt. Trzeba mieć i to z kamienia. Ale jest jeszcze jedna rzecz, która jest nieodzowna przy prowadzeniu składu.
Mózg.
Samymi jajami tramwaju nie poprowadzisz.

O mnie pewien ekspedytor mówił, że jestem fajtłapa, bo się nie wyrabiam (oczywiście za plecami, bo w oczy mi tego nie powiedział).
W sukurs o dziwo przyszedł mi jeden z "szybkich" motorowych.
Lekko naskoczył na gościa, że nie godzi się tak mówić o ludziach, którzy chcą dobrze wykonywać swój zawód i wozić pasażerów zgodnie z zasadami ruchu.
Chwała mu i sława za te słowa.
Może kiedyś zmieni się mentalność niektórych pracowników i wszyscy zaczniemy jeździć tak, jak się jeździ w Europie.

A miało być o Związkach Zawodowych.
No bo się zapisałem do ZZPR i nawet mam być przedstawicielem tegoż związku na zajezdni Wola.
Zobaczymy co kot przyniesie.
Więcej w tym temacie następnym razem.

piątek, 24 października 2014

Zmiany, zmiany, zmiany.

W głowie ciągle widzę sceny z "Co mi zrobisz jak mnie złapiesz", czy "Nie lubię poniedziałków".
O filmie "Miś" nawet nie będę wspominał.
Powiem tylko jedno, a będą to dwa słowa - przyszło nam żyć w ciekawych czasach.
Przynajmniej jeżeli chodzi o Tramwaje Warszawskie.

Zmienia się miasto, zmieniają się linie tramwajowe, zmieniają się rozjazdy, przystanki i tylko chaos pozostaje ten sam.
Czasami wystarczy, że jedna linia zmieni trasę, a ludzie wpadają w popłoch i biegają jak kot z pęcherzem (pewnie chodzi o pęcherz na łapce) próbując dociec, gdzie dokładnie dany tramwaj jedzie.
A teraz nie dość, że zmianie ulegną trasy, to dojdzie jeszcze kilka nowych numerków.
Na ten przykład pojawi się linia 13.
Oj będzie się działo. Prawie jak na Przystanku Woodstock.

Sam trochę w nerwach chodzę, bo nasza zajezdnia dostała właśnie linię 13. Ostatni raz na pętli Kawęczyńska byłem w trakcie robienia kursu na motorowego, a to i tak tylko w przelocie.
Na szczęście od czego dobrzy kumple.
Zawsze powtarzam, że trzeba znać wszystkich. Nigdy nie wiadomo, kiedy znajomości mogą się przydać (takie zboczenie zawodowe z dawnych lat).
Tym razem nieoceniony okazał się Jacek Król (zgodził się na wymienienie z imienia i nazwiska).
Poprzednio, gdy dostałem tramwaj, który kończył trasę na Mokotowie bardzo pomógł mi Tomek Radomski, z którym o umówionej wcześniej godzinie w dzień wolny pojechałem oglądać układy zwrotnic na zajezdni R3.
To się nazywa koleżeństwo. Niezależnie z jakiej zajezdni jesteśmy - nadal pozostajemy kumplami.
Pozwolę sobie zatem umieścić kilka ciepłych słów od Jacka dla motorowych, którzy nie pamiętają jak się tę nieszczęsną Kawęczyńską pętlę zalicza.

Wiem, że Wola nie zna dokładnie północnopraskich okolic (nie licząc Czynszowej), więc postanowiłem ułatwić Ci pierwszy kurs.
Jadąc w stronę Bazyliki masz ograniczenie prędkości do 15 km/h wzdłuż muru zajezdni.
To jest odcinek pomiarowy, więc widać każde przekroczenie prędkości.
Na Kawęczyńskiej, przy bramie wjazdowej na R2 jest podwójna zwrotnica.
Jest tam Z STOP, ale i tak masz tam przystanek Wojnicka. Układ jest jak przy Metro Marymont.

Żeby pojechać prosto daj zwrotnicę na lewo. Na pętli - zwrotnica w prawo.
Na Kawęczyńskiej jest ograniczenie do 30 km/h. Bywa, że Nadzór Ruchu stoi z radarem.

Jadąc z powrotem za przystankiem Wojnicka jest ręczna zwrotnica.
Trzeba tam uważać, bo jest używana przy zjeżdżaniu na zakład.
Już na Kijowskiej, przed przystankiem Dw. Wschodni Kijowska jest znak Z STOP (przed zjazdem na żeberko). Trzeba się tam bezwzględnie zatrzymać, bo jakiś ch... (uprzejmy donosiciel - społecznik) filmuje tramwaje z długiego bloku (zwanego długasem) i wysyła filmy do Tramwajów Warszawskich.
Dzięki temu od pewnego czasu stoi tam w krzakach NR i pilni obserwuje.
Wielu motorowych poczuło na własnym portfelu skutki braku zatrzymania się przed Z STOP.

I jeszcze jedno.
Jeżeli ruszysz z Bazyliki równo o czasie to pamiętaj, że pierwsze trzy przystanki będziesz jechał zgodnie z rozkładem, ale stracisz punktualność gdy zatrzymasz się na znaku Z STOP przy skrzyżowaniu Kijowskiej i Targowej.
Pamiętaj, że nie możesz ruszyć 30 sekund przed czasem wyjeżdżając z pętli, więc nawet tego nie próbuj.

Na dzisiaj tyle.
W kolejny, wolny dzień skrobnę małe co nieco.
Będzie o Związku Zawodowym ZZRP.
 

niedziela, 10 sierpnia 2014

Linia T

Po tygodniu psujących się tramwajów, kolizji i innych dziwnych sytuacji, przeznaczenie rzuciło mnie na trasę tramwaju linii T.

Na początku podchodziłem do niego jak pies do jeża, ale okazało się, że Duch Maszyny jest w nim silny i całkiem dobrze się dogadujemy.
Co prawda pod koniec kursu staruszkowi puściły lekko hamulce, ale doświadczenie zdobyte na zajezdni R4 pozwoliło mi zapanować na maszyną i zatrzymać wóz bezpiecznie, chociaż z lekkim szarpnięciem.
Po szybkim resecie mogliśmy dokończyć przygodę z tramwajem, w którym nie tylko dusza grała, ale dodatkowo muzyka sączyła się przez głośniki.
Dodam, że w środku znajduje się pianino. Trochę się oszukałem sprawdzając, bo okazało się, iż nie jest ono prawdziwe. Znaczy jest, bo można na nim grać, ale do prawdziwego pianina trochę mu brakuje (głównie strun w pudle). Instrument okazał się być zwykłym syntezatorem firmy Korg.
W sumie dzięki temu można go bez problemu podłączyć pod wzmacniacz, ale jednak co stare pianino, to stare pianino.

Sama jazda sprawiała mi wiele radości. Nie dość, że nie byłem popędzany przez wskazania infotronu, to jeszcze nie musiałem się zatrzymywać na każdym przystanku.
Już tłumaczę w czym rzecz.
Ten tramwaj ma ograniczoną liczbę miejsc, a jest ich 28.
Wszystkie siedzące.
Nie ma opcji stania (chociaż zdarzały się indywidua, które lekce sobie ważyły uwagi konduktora).
Aha! Bo jeździł ze mną prawdziwy konduktor. Taki co to bilety sprawdza i je dziurkuje dziurkaczem (firmowym, żeby nie było) i ma plakietkę i w ogóle.
Przy każdej okazji pytał pasażerów gdzie jadą, gdzie chcą wysiąść i ogólnie był miły w trzech językach.
Pozyskiwanie tego typu informacji było bardzo ważne (żeby nie powiedzieć kluczowe), bo z powodu ograniczonej liczby miejsc, przy pełnej obsadzie pasażerskiej po prostu nie zatrzymywaliśmy się na wszystkich przystankach.
Wystarczyła jednak lekka sugestia pasażera, aby magiczny tramwaj linii T zatrzymał się we wskazanym miejscu jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki (o ile oczywiście to miejsce było przystankiem tramwajowym).

Jeszcze nigdy nie usłyszałem tylu miłych słów wypowiedzianych przez pasażerów.
Każdy (no, prawie każdy) wysiadający używał magicznych haseł typu "dziękuję" czy "do widzenia" (dlatego sam tramwaj wydawał się być jakby z innej bajki).
To pewnie dlatego, że kabina motorniczego nie była odgrodzona od przedziału, a sam kierujący nie był zestresowany uciekającymi minutami (brak infotronu, o którym wcześniej wspomniałem).
Był czas i na wymianę uprzejmości i na pokazanie kilku tramwajowych tajników i nawet naukę przekładania zwrotnicy przeprowadzonej pod czujnym wzrokiem moim i konduktora.
Nauki pobierał młody padawan z Niemiec w wieku wczesno podstawówkowym.

Ogólnie z trasy wróciłem zmordowany jak wół pociągowy (albo jak kto woli - koń tramwajowy), ale zadowolony.
Kumple straszyli, że w kabinie jest mało miejsca, ale nie było tragicznie. Pewnie gdybym jeździł tym wozem codziennie, to kolana wysiadłyby mi po miesiącu, ale gdy takie cacko trafia się raz od wielkiego dzwonu, to da się przeżyć.
Kiedyś, gdy jeszcze nie było infotronów mierzących czas na każdym przystanku, musiało się jeździć dużo lepiej.

Pozdrowienia dla konduktorów Krzysztofa i Wojciecha, którzy dotrzymywali mi towarzystwa.

środa, 6 sierpnia 2014

Wymuszenie

Dzisiaj miałem bardzo nieprzyjemne zdarzenie.
W sumie to bardziej zderzenie, a nawet trzeba powiedzieć - kolizję.
Na szczęście nie był to wypadek, ale o tym dowiedziałem się dopiero po tym, jak panowie ze szpitala zadzwonili do panów policjantów i uprzejmie donieśli że poszkodowany jednak nie jest ranny.
Bo jak pewnie wiecie, jest zasadnicza różnica między kolizją, a wypadkiem.
Ale od początku.

Jechałem sobie jak Duch Maszyny przykazał, nie przekraczając 50 km/h. Długa prosta, same zielone światła.
Żyć nie umierać.
Niestety pan w Volvo wybrał opcję "umierać".

Motorowy jest w stanie przewidzieć wiele sytuacji. Niektórzy śmieją się, że firma powinna nam płacić za dodatkowe usługi.
Widzimy kobiety z dziećmi zanim wejdą na torowisko, widzimy samochody wjeżdżające pod ruszający z przystanku wóz, widzimy nawet auta, które ni z tego ni z owego potrafią zawrócić na podwójnej ciągłej, bo im się stanie w korku znudziło.
Ale czasami nasze moce nie są w stanie ogarnąć bezdennej studni ludzkiej głupoty.

No bo co trzeba mieć w głowie, żeby z lewego pasa (dla jadących na wprost) wykonać manewr skrętu w prawo, zajechać drogę innym samochodom jadącym skrajnym, prawym pasem i wpieprzyć się wprost pod jadący na zielonym świetle tramwaj?
Przepraszam za wulgaryzmy, ale pomimo upływu kilku godzin nadal targają mną emocje.

Taki manewr jest NIE DO PRZE WI DZE NIA!
No i przywaliłem panu mocno.
Auto odbiło się od tramwaju, skosiło nowiuteńki słupek sygnalizacji świetlnej i zatrzymało się na samochodzie monterów, którzy ten słupek właśnie osadzili w betonie.
Gdy jechałem tą trasą ponownie, zauważyłem, że dodatkowo został zdemolowany znak drogowy.
Potężny ambaras.
Można mówić, że motorowi to twarde ludzie są, ale w takich sytuacjach nerwy siadają.
Zebrałem się jednak w sobie i wykonałem telefon na Centralę. Szybkie podanie danych, miejsca zdarzenia, krótki opis sytuacyjny i już jechały ku mnie jednostki wsparcia.
Na miejsce pierwsi dojechali Ratownicy. Potem praktycznie równo dotarła Policja, Straż Pożarna i Nadzór Ruchu.
W trakcie dzwonienia kilka razy sprawdzałem jak mają się ludzie z feralnego samochodu, ale na szczęście wszystko wyglądało w miarę dobrze. W końcu trafiłem w Volvo.

Potem było dużo spisywania danych, dmuchania w "balonik", opowiadania o zaistniałej sytuacji i odpowiadania na pytania typu: dlaczego tramwaj nie może zawieźć pani do fryzjera, bo ona przecież taka bardzo umówiona była raz w roku.
Serio.
Tu auto rozwalone stoi, ludzie na noszach są wynoszeni, a jakieś osobniki co chwilę podchodzą i pytają, kiedy będą mogli jechać dalej.

Tu muszę podziękować panom z Nadzoru, bo swoją profesjonalną postawą uratowali moje nerwy i pomogli ogarnąć sytuację dużo sprawniej, niż zrobiłaby to policja.
Dzięki nim zatrzymanie trwało tylko 40 minut, a nie godzinę.

Na szczęście najbardziej poszkodowany pan kierowca Volvo po odwiezieniu do szpitala okazał się być tylko lekko splątanym. Znaczy nie był ranny, a co za tym idzie zdarzenie zostało zakwalifikowane jako kolizja, a nie jako wypadek.
To pozwoliło również uniknąć ściągania policyjnej załogi wypadkowej.

Potem był tylko powrót do bazy przez pętlę Gocławek.
Po dotarciu na miejsce musiałem jeszcze wypełnić raport opisujący cały ten bałagan.
Uczciwie się przyznam, że wspomniałem, iż dobrze by było, gdybym już dzisiaj nie wsiadał za stery tramwaju, bo nerwy mam napięte, a samopoczucie lekko mi szwankuje.
Jednak dyspozytor zaproponował, żebym sobie usiadł na godzinkę, odsapnął i podjął decyzję jeszcze raz.
Wiecie co? Miał facet rację.
Pogadałem z innymi motorowymi, usłyszałem kilka dobrych słów wsparcia i po 30 minutach poczułem się dużo lepiej.
Napięcie zeszło, humor się poprawił i mogłem dalej jeździć po Warszawie.

Na zakończenie porównanie obrażeń auta i tramwaju.



Jeszcze raz dziękuję za słowa otuchy i przyjazne poklepywanie po plecach. To było dla mnie bardzo ważne.

wtorek, 5 sierpnia 2014

Legowisko

Ostatnio co bym nie napisał, to bardziej kwalifikowało się to do Tramwaju Zagłady niż Przeznaczenia.
No to nie pisałem nic.
Tak chyba jest lepiej dla wszystkich.
Ale dzisiaj urzekł mnie pewien dziadek z wnuczkiem. Tak myślę, że to był wnuczek, bo na syna nie wyglądał, a i nie sprawiał wrażenie osoby uprowadzonej (ten domniemany wnuczek znaczy się).
Akcja rozgrywała się w tramwaju, ale nie w wygodnym i klimatyzowanym SWINGu, a w zwykłym, nagrzanym Delfinie (to taki trochę nowszy, ale stary tramwaj).
No i ten dziadek wprowadził oseska do środka i mu klaruje:
- To teraz sobie pojedziemy. O widzisz, to jest przystanek Radiowa, a teraz o popatrz - Wrocławska.
A zaraz będzie Nowe Bemowo, to sobie wysiądziemy i pojedziemy w drugą stronę.
Zapomniałem dodać, że mlekosys miał 2 lata. Dowiedziałem się tego z konwersacji jaką przeprowadziła losowa babcia z tym jakże uroczym bobasem.
Dziadek tłumaczył, bo dziecko potrafiło powiedzieć jedynie geglebeble i prffffpt.

Dane mi to było obserwować z poziomu pasażera, więc wiem jak było gorąco w wagonie. Co trzeba mieć w głowie, żeby dziecko katować takimi rozrywkami w ponad trzydziestostopniowym upale.

A wystarczyło skorzystać z internetu, albo inszej gazety i dowiedzieć się, że w Pałacu Kultury i Nauki jest organizowana wystawa klocków LEGO pod zawadiacką nazwą Legowisko.

Zorganizowali to miłośnicy tychże klocuszków z portalu LUGPOL i Stowarzyszenia Zbudujmy.to.
Poważna sprawa, bo budowle zajęły trzy piętra Pałacu. Jest co zwiedzać i oglądać.
Dzieciak na pewno miałby większy ubaw, a może odkryłby w sobie żyłkę kolekcjonera czy budowniczego.
A tak, to się tylko zgrzał.
I żeby nie było, że to z tramwajami nie ma nic wspólnego, to załączam zdjęcie na zachętę:


Cały album autorstwa Rafała Boczka można znaleźć pod TYM adresem.

Jest jeszcze sporo czasu by zbadać te cuda techniki LEGO. Wystawa trwa od 2 sierpnia do 27 września.


wtorek, 22 lipca 2014

I wylądował

Zwlekałem z tym wpisem, bo sprawa jest kontrowersyjna i bulwersująca, a jak wiadomo wszystkich zadowolić się nie da. Za to bardzo łatwo wszystkich wk... zdenerwować.
Od razu uprzedzam, że nie chodzi o seks w pracy.
Sprawa dotyczy cholernych ograniczeń prędkości, cholernych rozkładów jazdy, cholernych świateł i zapracowanych chłopaków z Nadzoru Ruchu uzbrojonych w pistolety laserowe.
Wszystko to wrzucone do warszawskiego tygla tramwajowego daje mieszankę iście wybuchową.
Do tego wszystkie związane z tym sprawy są owiane nimbem tajemnicy.
Nikt nic oficjalnie nie wie, nikt nic nie powie.
Za to legendy i opowieści o żelaznych wilkach rosną w siłę.
I po co?
Dochodzi do skrajności, w których motorowi "boją się" jeździć z obawy o utratę premii.
Kończy się na opóźnieniach sięgających kilkunastu minut. Tramwaje stoją w kolejkach na światłach po cztery, pięć składów.
Ja wszystko rozumiem. Trzeba przestrzegać zasad ruchu i trzeba dbać o torowiska, które niekontrolowana i szybka jazda wypacza w stopniu masakrycznym.
Jednak nie da się tych dwóch rzeczy pogodzić z rozkładem jazdy, który nie przewiduje ani dodatkowych świateł ustawionych na okoliczność robót drogowych, ani ograniczeń prędkości postawionych często w miejscach blokujących ruch. Często nie uwzględnia również pasażerów na przystankach, ale to już na inną opowieść.
A strach ma wielkie oczy i każdy średnio rozgarnięty przedszkolak Ci to powie.
W końcu pracujemy by zarabiać pieniądze, a gdy pracując uczciwie traci się je, to frustracja urasta do gargantuicznych wprost rozmiarów.
No i tu przechodzę do meritum. Dlaczego zwlekałem.
Przez cały czerwiec jeździłem spięty i zdenerwowany. Czyhający Nadzór Ruchu, ograniczenia prędkości często pochowane na zakrętach czy między drzewami, opóźnienia na krańcach, brak przerw i wizja utraty premii wpływały na mnie wysoce deprymująco.
Do domu przychodziłem zgorzkniały, zły i zdenerwowany.
Jeżeli straciłbym kawałek premii chociaż raz, to cały misterny plan bycia wzorowym motorowym bierze w łeb i ląduje jak zabójca wynajęty przez Siarę.


Oczywiście łączy się to ze zniknięciem całkiem pokaźnych zasobów finansowych, które otrzymam po roku
(i w kolejnych latach) jeżeli będę się dobrze sprawiał w roli motorowego.
A w pracy zawsze chodzi o pieniądze (czasami o awans, ale wtedy też liczy się mamona).

Szarpałem sobie włosy z głowy do tego stopnia, że w końcu się ogoliłem.
Na głowie znaczy, bo broda została na swoim miejscu.

W końcu nadszedł dzień rozliczenia punktualności i co się okazało?
Ano okazało się, że jednak osoby zajmujące się rozliczaniem czasu pracy motorowych mają głowy na karkach i biorą pod uwagę zawirowania na mieście.
Norma punktualności została wyrobiona ze sporym zapasem, a nagroda w postaci pełnej premii trafiła na moje konto bankowe.
Czyli nie ma się co turbować. Trzeba jeździć uczciwie i robić swoje. Nie panikować!

Mój mentor powiedział kiedyś mądre zdanie:
"Za opóźnienia nikt Cię nie ukarze".
I tego się będę trzymał.

środa, 16 lipca 2014

Coś się kończy, coś się zaczyna.

Umowa podpisana.
Mogę spokojnie powiedzieć, że zakończył się pewien etap mojego życia, a jak pisał jeden z mych ulubionych twórców - "coś się kończy, coś się zaczyna".
Pamiętam, gdy przychodziłem do pracy w Tramwajach, to zadawano mi pytania, kim chciałbym być w firmie, czy mam jakiś plan na awans i jak widzę swoją przyszłość.
Ciężko mi było odpowiedzieć, bo kompletnie nie znałem struktury firmy. W sumie to niewiele się w tej materii zmieniło.
W pierwszych miesiącach chciałem być patronem bo lubię przekazywać swoją wiedzę i być pomocnym, ale dowiedziałem się, że to zaszczytne stanowisko dostaje się minimum po pięciu latach nienagannej pracy.
Potem zastanawiałem się, czy może moja przyszłość będzie związana z Nadzorem Ruchu, ale i tutaj szybko wyleczyłem się z aspiracji. Posada okazała się być jeszcze trudniej dostępna.
Im dłużej pracowałem, tym bardziej zdawałem sobie sprawę, że w sumie nie zależy mi na awansowaniu, a przynajmniej nie na szybkiej jego odmianie.
Jeżdżenie tramwajami jest całkiem spoko, jeżeli się wie, jak to robić.
Praca stabilna, wypłaty przychodzą zawsze na czas, a jak Duch Maszyny pozwoli, to i premia wpadnie.
Jestem zadowolony. Zmęczony, ale zadowolony.
No dobra, czasami utyskuję sobie na brak czasu i na to że wciąż brakuje mi czasu na hobby. Zwyczajnie nie ma kiedy spotkać się z kumplami czy wyjechać na konwenty. Chyba będę musiał sobie wymyślić coś innego niż gry strategiczne czy planszowe.
Ale nie oszukujmy się - jeszcze się taki nie urodził, żeby mu się wszystko podobało.
Zatem kontynuuję rozwożenie ludzi i staram się z tego czerpać jak najwięcej przyjemności.
Pozostała jeszcze kwestia Związków Zawodowych. Ciągle się zastanawiam co z tym fantem zrobić.

To tak króciutko tym razem bo to w sumie zakończenie.
Ciekawe jak długo dam radę i jak bardzo ta praca mnie zmieli. To znaczy zmieni.


poniedziałek, 14 lipca 2014

Wahania nastrojów

Czasami trafia się taki dzień, że człowiek najchętniej usiadłby cichutko w kącie i zaskowyczał jak pies, którego kleszcz dopadł.

Kilka ostatnich dni dało mi ostro po nerwach.
Niby nic takiego strasznego się nie stało, ale widocznie były to przysłowiowe krople na brzegu pucharu (czy innej czary niekoniecznie ognia).
Dziesięciogodzinna zmiana, słabo jeżdżący tramwaj, ciężki do zrealizowania rozkład jazdy (dokładnie rzecz ujmując to niemożliwy do zrealizowania), ciągłe opóźnienia na trasie, brzydka pogoda i ogólna melancholia ostro zniszczyły mi samopoczucie.
Następne dni wypadały podobnie, a do tego trafił się pracujący weekend.
Ogólnie depresja gotowa.
Zacząłem myśleć, że może dopada mnie ten słynny stan młodych motorowych po pierwszym roku pracy.
Wtedy właśnie uświadomiłem sobie, że faktycznie mija właśnie rok, od kiedy podpisałem umowę z Tramwajami Warszawskimi.
Paradoksalnie podniosło mi to poziom hormonów zadowolenia zwanych potocznie endorfinami.
Od razu w niepamięć poszły złe dni i myśli o rzuceniu wszystkiego w cholerę.
Do domu tym razem wróciłem zadowolony z przeświadczeniem, że skoro dałem radę wytrzymać rok, to na pewno dam radę i dłużej.
Pomimo wielu dysonansów ta praca daje niebywałą satysfakcję, szczególnie gdy bierze się wszystkie premie regulaminowe.
No właśnie. To jest moje take małe życzenie jednoroczne.
Zdobyć tytuł Motorniczego Roku.
Nie jest to proste, bo ostatnio na mieście pojawiło się wiele ograniczeń prędkości, które nie są brane pod uwagę przez ZTM podczas tworzenia rozkładów jazdy.
Siłą rzeczy wszystkie kursy są opóźnione. Niewiele, ale jednak są.
I żebyś nie wiem jak się wytężał, to nie przyjedziesz na czas (nie ma rymu, ale jakoś trzeba z tym żyć).
Oczywiście piszę tu o jeżdżeniu zgodnie z przepisami ruchu drogowego i przepisami wewnętrznymi firmy.
Wszystkim powtarzam, że da się tak jeździć i nie trzeba rwać ile fabryka dała, ale czasami sam tracę wiarę w swoje słowa gdy widzę, że na każdym krańcu jestem opóźniony o kilka minut.
Ludzie mówią, że im szkoda pieniędzy i że jak się będą opóźniać to nie wezmą premii za punktualność.
A kiedy raz nie weźmiesz chociaż części premii, to tracisz szansę na status Motorniczego Roku i na nagrodę półroczną i na tytuł Super Motorniczego (to po trzech latach nienagannego jeżdżenia).
No i tu się zaczyna zgrzyt. Bo faktycznie gdyby to była kwestia poświęcenia 250 pln miesięcznie, to na pewno więcej motorowych zdecydowałoby się jeździć przepisowo, a tak to nie mam właściwie żadnych argumentów.
Zresztą dlaczego to motorowi mają płacić za dziwaczne rozkłady jazdy ja się pytam?

Zostawiam ten temat. Jutro na pewno nastanie lepszy dzień.
Lepszy bo będzie to dzień wolny, a do tego minie równy rok mojej pracy dla Tramwajów Warszawskich.
Szkoda, że nie można negocjować umowy. Wykreśliłbym dziesięciogodzinne zmiany.
Reszta mi pasuje.
15 lipca 2014 rok - podpisanie umowy na czas nieokreślony. To bardzo ważna data.

A na samo koniec śmieszny gif obrazujący obecny sposób jeżdżenia tramwajem po Warszawie.


niedziela, 6 lipca 2014

Tuż za rogiem

Już lipiec.
Niby normalny miesiąc, lecz dla mnie bardzo ważny.
Ważny z na tę okoliczność, że 15 tegoż miesiąca zostałem zatrudniony na czas określony w spółce Tramwaje Warszawskie na okres jednego roku.
Wtedy też założyłem blog Tramwaj Przeznaczenia.
Początkowo zapiski miały służyć odreagowywaniu na stres i inne nieprzychylne zdrowiu psychicznemu sytuacje w pracy, jednak po kilku wpisach doszedłem do wniosku, że nie ma co utyskiwać na niesprawiedliwość społeczną i zły świat, bo wtedy generuje się zbyt dużo złej energii.
Trzeba się uśmiechać (czasem przez łzy) i brnąć do przodu, bo tuż za rogiem może czekać skrzynia ze skarbami, albo przynajmniej ładna dziewczyna.
Takoż i starałem się trzymać tejże myśli oraz pisać pozytywnie.
Nie zawsze oczywiście się udaje, bo praca w tramwajach niesie ze sobą wiele niespodziewanych i nie zawsze miłych sytuacji. Czasami w pisaniu przeszkadzają zwariowane godziny pracy, a bywa, że zdrowie nie dopisuje tak, jakbym chciał.
A tu trzeba pracować, robić i zasuwać bo w tej pracy wyjątkowo nie opłaca się chodzić na zwolnienia. W sumie na urlopy też się nie opłacają, ale czasami jak człowiek nie odpocznie to we łbie może się poprzewracać.
Zatem nie chodzę na zwolnienia i nie korzystam zbyt ostro z przysługujących dni wolnych. Staram się robić dobrą minę do nie zawsze wspaniałej gry i jakoś to leci.
A leci bardzo szybko. Czasami gubię dni, czasami mylę tygodnie, bywa również, że zapominam o ważnych datach.
Czasami budzę się w środku nocy i chcę iść do pracy, a czasami kładę się spać cały w nerwach, że zaśpię.
Rok minął, a ja jeszcze nie do końca przyzwyczaiłem się do tych warunków.
Bo w pracy biurowej jak spóźnisz się 3 minuty to najwyżej zbierzesz burę od szefa i tyle, a tutaj tramwaj nie wyjedzie na szlak i ambaras przybiera całkiem inny wymiar.
Co prawda większość strachów mija gdy zasiadam za konsoletą tramwaju, ale przed rozpoczęciem pracy zawsze towarzyszy mi odrobina niepokoju.
Jednak jest zawsze ktoś, kto pomaga mi utrzymać zdrowy rozsądek na powierzchni.
Ktoś, to pomaga, wspiera i podnosi na duchu.
Tym kimś jest moja ulubiona (również pierwsza i najmłodsza) żoneczka.
Słyszałem, że tryb pracy motorniczego nie wpływa dobrze na związki, dlatego tym bardziej jestem wdzięczny za jej cierpliwość i wyrozumiałość.
Wstawanie o 3 rano by zrobić mi herbatę, czekanie do 2 w nocy by dać buziaka na dobranoc, pocieszanie gdy wszystkie witki opadają, kanapki, które magicznym sposobem zawsze znajdują się w mojej roboczej torbie.
To jest nieoceniona pomoc. Bez jej wsparcia wytrzymanie tego trybu pracy byłoby niewspółmiernie trudniejsze.
Jeżeli macie takie połowice w domu, to przytulcie je mocno, dajcie buziaka i powiedzcie, że są nieocenionym skarbem.
A jeżeli nie macie, to być może właśnie czekają tuż za rogiem. Trzeba tylko być wytrwałym.

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Kulą w tramwaj

Wiele słów - kamieni zostało rzuconych w kierunku ZTMu. Bywało, że i pies jakiś się zaplątał.
Jednak gdy zobaczyłem link do tego, co zaraz wam udostępnię, to nadzieja wypełniła me serce wielce.
Każdy potencjalny pasażer powinien to przeczytać. Na zachodzie nazywa się to FAQ (Częste Pytania i Odpowiedzi).
http://www.ztm.waw.pl/pytania.php?c=111&l=1
Pozycja obowiązkowa, zanim ktokolwiek zabierze się do pisania skargi na motorowego.
Najbardziej do serca przypadł mi punkt 2, który przytoczę w całości:

  • Prowadzący zamknął mi drzwi "przed nosem"!
- Kierowca, przed odjazdem z przystanku sprawdza, czy wszyscy pasażerowie opuścili pojazd i czy do pojazdu wsiedli już wszyscy oczekujący. Wtedy włącza sygnał dźwiękowy, zamyka drzwi i odjeżdża z przystanku. Z powodów bezpieczeństwa kierowca nie może otworzyć spóźnionemu pasażerowi drzwi po sygnale. Poza tym ze względu na rozkład jazdy prowadzący pojazd nie mogą zbyt długo czekać na wszystkich spóźnionych pasażerów.

Jest tam również zapis o "pierwszych drzwiach", które wbrew powszechnej opinii wcale nie są bezpieczne, a tym bardziej nie są przeznaczone dla osób z dysfunkcją ruchową.
Czyż to nie jest piękne?
Ano jest.

Oczywiście w FAQ ZTMu znajdziemy również odpowiedzi na te mniej przyjemne dla motorniczych pytania, ale wszystko jest wyklarowane prosto i logicznie.
Gdyby pani, która jest bohaterką poniższej opowieści przeczytała te zapiski, to sytuacja w ogóle by się nie zdarzyła, a gazety nie miałby o czym pisać.

Tramwaj stojący na przystanku podał sygnał zamykania drzwi.
W tym momencie pojawiła się (nie chodzi o standardowy przykład teleportacji) niepełnosprawna kobieta.
Przebiegła (sic!) ona przed tramwajem i wsadziła swoją kulę w zamykające się drzwi.
Ponoć pukała w okienko, ale motorniczy jej nie słyszał.
Oczywiście nie bronię tu motorniczego, bo ZAWSZE przed odjazdem trzeba zerknąć w lusterko.
Prawda jest jednak taka, że pasażerów (szczególnie tych niższego wzrostu) stojących przy pierwszych drzwiach zwyczajnie w lusterku NIE WIDAĆ.
Również ich nie słychać jeżeli załączona jest klimatyzacja. Hurgot panujący w kabinie skutecznie zagłusza większość dźwięków dobiegających z zewnątrz (czasami nie słychać własnego śpiewu).
W efekcie kula utknęła w drzwiach, a tramwaj ruszył.
Pani w krzyk! (poniekąd słusznie). Szybko w sukurs przyszli jej inni pasażerowie, którzy łomocząc w drzwi kabiny zwrócili uwagę motorowego. Tramwaj po przejechaniu kilku metrów zatrzymał się.
Całe szczęście, że pani puściła kulę, bo słyszałem o podobnej sytuacji, która skończyła się tragicznie właśnie dlatego, że staruszek nie puścił swojej laski i został pociągnięty przez tramwaj.

Pamiętajcie.
Kula, czy parasol (czasami mała dłoń również) nie jest wykrywana przez "rewers" drzwi, czyli nie można liczyć na to, że takim przedmiotem wymusimy automatyczne, ponowne otwarcie drzwi po sygnale zamykania.
Jeżeli już wskakujecie po sygnale, to nie róbcie tego "na supermana" (jedna ręka wyciągnięta przed siebie), tylko "na pływaka stylu żabkowego" (ręce przed siebie rozchylane na zewnątrz).
Wtedy jest dużo większa szansa, że wam się uda.
Tylko pamiętajcie - nie przeczytaliście tego w Tramwaju Przeznaczenia.

I na koniec moje własne wspomnienie z ulicy Czynszowej na Pradze.
Jest tam jak wiecie pętla, lub kraniec jak kto woli.
Stałem sobie grzecznie SWINGiem linii 23 i czekałem, aż infotron wskaże czas odjazdu.
W tego typu tramwajach stosuje się sekundowe zamykanie drzwi.
Siedzę więc sobie wygodnie, wcinam kanapkę, którą żoneczka przygotowała mi poprzedniego dnia i rozmyślam o niebieskich migdałach (chociaż niektórzy twierdzą, że mężczyznom to tylko seks w głowie).
Jakaś pani sobie wsiadła, zajęła miejsce, a drzwi samoistnie zaczęły się zamykać.
Wtedy to właśnie pojawił się niewielki, srebrnowłosy szatan.
Dopadł do drzwi, gdy te właśnie się zamknęły.
Demon dysponował bronią zaczepną typu kula ortopedyczna, której nie zawahał się użyć.
Nastąpiło donośne ŁUPS! w boczną szybę.
Na szczęście drugi cios nie nastąpił, bo zareagowałem z szybkością, którą dysponują jedynie bohaterowie komiksów.
Poderwałem się z krzesła i mętnym wzrokiem popatrzyłem na zjawisko pieklące się przed drzwiami.
Dla świętego spokoju otworzyłem wszystkie drzwi, a kaduk ciskając gromy z oczu zaczął wtaczać się do wagonu.
Twardy jestem i odważny, przeto uchyliłem lekko drzwi kabiny i w te słowa odezwałem się do kobiety.
- Dlaczego szanowna pani bije tramwaj?
- A bo ja myślałam, że pan odjeżdża - lekko zbita z pantałyku odpowiedziała starowinka.
- Aha, czyli gdybym odjeżdżał, to można przywalić w maszynę?
- To ja pana bardzo przepraszam - odpowiedziała już całkiem skruszona niewiasta i chyłkiem oddaliła się w dalszą część tramwaju.

I na sam koniec końców zdjęcie tramwaju, który już niedługo będzie jeździł po warszawskich torowiskach.
Oto JAZZ.

sobota, 28 czerwca 2014

Terminator

Powoli zbliża się moja rocznica.
Zostało ciut ponad dwa tygodnie do 15 lipca. Wtedy będę fetował niejakie osiągnięcie.
Nadal jednak czuję się tak, jakbym dopiero terminował.
Rok to niby dużo, bo większość osób zmienia pracę właśnie po roku, ale z drugiej strony mało, bo praca w tramwajach wciąga (prawie jak chodzenie po bagnach) niczym niezdrowa fascynacja, gdy delikatnie rozdrapujesz rankę.
Może ciut przesadzam, ale coś w tym jest.
Najbardziej zauważalne po tym roku jest u mnie zobojętnienie na ludzi.
Nie to, żebym kompletnie przestał reagować, ale na pewno przestałem ich słuchać.
Nawet gdy wsiadają do tramwaju, to nie postrzegam ich jako jednostki, które mają własne cele, problemy czy marzenia, ale jak fale przyboju. Coś nieuniknionego.
Tłuszcza wlewa się do wagonu, zamykam drzwi (żeby się nic nie ulało) i ruszam w trasę.
Nie zawsze tak jest, czasami trzeba poczekać na kropelki, które dobiegają, czy mają inne kłopoty z załadowaniem się do wagonu.
Z wysiadaniem też jest podobnie. Patrząc w boczne lusterko często widzę jedynie ruch, a nie osobę. Nie wyobrażam sobie jak dana postać wygląda, tylko uważam, czy komuś krzywdy nie zrobię zamykając drzwi zbyt wcześnie.
Problem dotyczy głownie starszych osób w drugim wagonie, które do wysiadania zbierają się z niejakim opóźnieniem. Ich tam po prostu, zwyczajnie nie widać.
Trzeba się też uodparniać na osobników, którzy z uporem maniaka próbują wymuszać pierwszeństwo na tramwaju.
I nie piszę tu o samochodach, ale o pieszych działających na zasadzie:
"O! Tramwaj jedzie. A to wejdę na torowisko".
Siłą rzeczy empatia wśród motorniczych bywa mocno osłabiona.
Oczywiście nie zanika zupełnie i każdy kto tak twierdzi nie zna się na rzeczy.
Motorniczy czasami ma gorszy dzień, a gorszy dzień motorowego przekłada się na tysiące osób, z którymi podczas służby ma się kontakt.
Jedni to rozumieją, a inni piszą skargi.
Czasami wystarczy nie zażyć odpowiedniej ilości snu. Uwierzcie mi, że prowadzenie tramwaju po jedynie trzech godzinach w objęciach Morfeusza może powodować sytuacje dużo bardziej groźne niż te, które mogłyby wystąpić po wypiciu lampki wina do obiadu.

Powiało grozą, to trzeba nieco rozładować sytuację.
Niekwestionowany Król opowieści przytoczył mi kolejną historię, której był świadkiem.
Uwaga, kurtyna w górę:

Do drzwi kabiny przykleiło się dwóch chłopaczków, na oko jakieś 8-9 wiosen.
Nie wiem czy jechali sami, czy w towarzystwie opiekunów. Mało to ważne jest dla historii.
Byli pewnie świeżo po oglądaniu Terminatora (Elektroniczny morderca po polsku), Man in Black czy czegoś zbliżonego.
Było słonecznie, więc jeździłem w bardzo ciemnych okularach.
Nagle jeden z nich (tych dzieciaków znaczy się) stwierdził, że tramwajów nie prowadzą ludzie, tylko roboty.
Na co to ten drugi żachnął się i zanegował wypowiedź kolegi.
Siłą rzeczy wywiązał się dialog.
- Noo terminatory.
- Eee, to nieprawda.
- Prawda! Wojtek chodzi do 5 klasy i to on mi mówił.
- Nooo, Wojtek się zna (pełny szacunek w głosie).
- Zobacz. Oni wszyscy wyglądają tak samo. Ten co go mijaliśmy też miał takie same okulary.
- Ale zobacz, ta pani nie jest terminatorem (obok przejężdżał kolejny skład prowadzony przez babeczkę bez okularów).
- Ludzie też muszą pracować, bo jak tramwaj się popsuje, to ktoś musi go naprawić.
- No ale skąd wiesz, że ten nasz (czyli niby ja) jest terminatorem?
- No popatrz. Nie rusza się, nie mówi, nie uśmiecha. Tylko głową za każdym razem w ten sam sposób rusza.
Wtedy dotarło do mnie, że to co ten dzieciak mówi ma sens. Moje ruchy głowy za każdym razem wyglądały tak samo: lusterko - prawa strona, lusterko - wenętrze, lusterko - lewa strona. Na każdym przystanku ciągle to samo. Dzieciaki rozochociły się swoją wyobraźnią i wóciły do rozmowy.
- A ten terminator oddycha?
Po pytaniu zapadła dłuższa przerwa wykorzystana do wzmożonej obserwacji zachowań potencjalnego robota. Celowo w pewnym momencie kaszlnąłem.
Odskoczyli jak oparzeni od drzwi kabiny.
- Widzisz? To człowiek, a nie żaden terminator.
Moja ludzka reakcja trochę ich zawiodła i zaczęli odwracać się od kabiny. Jednak jeden z nich na odchodne rzucił jeszcze stwierdzenie pozostawiające szansę na drugi odcinek:
- Bo oni tylko tak udają, żeby nie można ich było odróżnić.

Zatem więcej uśmiechu i kaszlnijcie od czasu do czasu w pracy.
Może wasi pracodawcy wtedy zauważą, że nie jesteście maszynami.


poniedziałek, 23 czerwca 2014

Wieczorne Polaków rozmowy.

Wychodząc z pracy mijam bramę zakładową (taką specjalną, ze szlabanami).
Przy bramie stoi budka, a w tej budce siedzą sobie mili państwo ochroniarze i ochraniają.
I zawsze jak opuszczam teren zajezdni, to staram się rzucić jakieś miłe słowo, albo żarcik, albo chociaż uśmiechnąć się przyjaźnie. Jak jestem mocno przemęczony, to ograniczam się do zwykłego pożegnania lub zasalutowania ręką.
Ostatnio też chciałem tak zrobić i obmyśliłem plan, by użyć starego powiedzenia na zakończenie pracy typu:
"No, na dzisiaj wystarczy".
Ale na chceniu się skończyło, bo uświadomiłem sobie, że jest już po pierwszej w nocy, a do pracy wrócę tego samego dnia.
Jakoś mi humor nieco opadł i na pożegnanie rzuciłem tylko zdawkowe darz bór (uśmiech numer trzy dorzuciłem do zestawu).
Powolnym krokiem udałem się na przystanek autobusowy, a tam skonstatowałem, że za wcześnie wyszedłem z pracy i teraz będę musiał sobie poczekać na nocny.
Jednak nie stałem długo sam.
Po kilku minutach dołączył do mnie inny motorowy. Młody, silny, zmotywowany.
I wywiązała się miła konwersacja na tematy okołofirmowe.
Nie nie, żadnego marudzenia  i utyskiwania nie było, jaki to świat jest podły, a zasady firmowe okrutne.
Nic z tych rzeczy.
Przepraszam, jeżeli zawiodłem malkontentów.
Było o jeździe przepisowej.
Padło pytanie:
- A ty zawsze jeździsz przepisowo?
Ja uczciwy chłopak jestem, więc i odpowiedziałem zgodnie z prawdą - Staram się, ale nie zawsze się da.
Czasami lekko za mocno wychylę drążek (zadajnik jazdy się to fachowo nazywa) i na krzyżakach osiągam zawrotną prędkość 20 km/h (obowiązuje nas ograniczenie do 15 km/h), Czasami ruszę z przystanku na kocich oczach (żółte światło dla tramwajów), żeby nie stać dwóch minut bez sensu. Czasami ciut nagnę ograniczenie prędkości.
Ale staram się jeździć zgodnie z przepisami.
- Ooo, ja to zawsze jeżdżę zgodnie z przepisami - odpowiedział mój rozmówca.
- Poważnie? I nigdy nie przekroczyłeś prędkości na ograniczeniu 10 km/h? Nigdy nie przejechałeś skrzyżowania na "czerwonym" bo nie zdążyłeś wyhamować? Moim zdaniem nie da się być krystalicznie przepisowym.
Dajmy na to nowe ograniczenia prędkości na Bemowie (właściwie to chyba Jelonki są). Przed przystankiem Synów Pułku. Znaki postawione są albo na łukach, albo między drzewami. Nie są widoczne, dopóki do nich nie dojedziesz, a stoją w miejscu, w którym tramwaj daje pełną mocą elektryczną, bo jak nie osiągnie tam prędkości minimum 55 kh/h, to nie wyrabia się na światła i grzęźnie na półtorej minuty. Nawet gdybyś chciał wyhamować, to się fizycznie nie da.
Albo ograniczenie przed przystankiem Bemowo Ratusz. To samo. Tam tramwaj musi jechać szybko, bo nie zdąży na cykl świetlny, który trwa dwie minuty, a jeżeli nie wiesz, że jest tam umieszczone ograniczenie, to nie zdążysz zmniejszyć prędkości do odpowiedniej.
Albo gdy zamykasz drzwi. Ktoś w ostatniej chwili wskoczy i drzwi zrewersują. Ponowne zamknięcie trwa 5 sekund. Ruszysz, a tu nagle "CYK" światełko się zmienia. Zahamujesz? Narazisz pasażerów na poprzewracanie się? Czy raczej zadasz więcej jazdy i "prześlizgniesz się" przez skrzyżowanie?
W oczach motorniczego pojawiło się pewne zwątpienie.
- Faktycznie, jak tak sobie pomyślę, to pewnie mi się zdarzyło. No i te ograniczenia to też mnie złapały. Tam jak się nie ma wiedzy o nich, to nijak nie można się dostosować do przepisów.
Ale po krzyżakach to maksymalnie 18 km/h. Nigdy więcej.
- Powiem uczciwie, że gdyby dało się jeździć zawsze zgodnie z przepisami, gdybym nie martwił się o to, czy ktoś mi cyknie fotkę, albo czy zmieszczę się w rozkładzie jazdy, to byłbym bardzo szczęśliwym i zadowolonym pracownikiem.

Pokiwaliśmy głowami w zamyśleniu i szybko zmieniliśmy temat na przyjemniejszy.

środa, 11 czerwca 2014

Szort nius

Tak na szybko, bo zapomnę, albo mi z głowy wyleci.
Kumpla spotkałem. Takiego z kursu dla motorowych. Nie widzieliśmy się bardzo długo, a że on na Pradze jeździ, a ja na Woli, to i zejść się jest niebywale trudno (problemy umówienia się z motorowym opiszę innym razem).
No i mając całe 3 minuty na pogaduszki (albowiem spotkaliśmy się na pętli, a czas naglił), kumpel ów opowiedział mi krótką dykteryjkę.
Otóż.
Siedzą sobie dwie psiapsióły w tramwaju i gawędzą o tym i owym.
Jako, że dokazywały dość głośno, to i otoczenie mogło usłyszeć, o czym sobie rzeczone dziewczyny rozmawiają.
A rozmawiały o tramwajach.

- I wiesz moja droga, bo ja to chciałam się przesiąść z jednego tramwaju do drugiego. Sprytna jestem niebywale, to sobie sprawdziłam rozkłady jazdy. No i wynikało z nich, że ten tramwaj, do którego mam się przesiąść, to przyjedzie trzy minuty po tym, którym akurat jechałam.
No to wysiadam sobie na przystanku, patrzę, a tu mój tramwaj zamiast być trzy minuty za mną, to stoi przede mną.
Znaczy nie stoi, a właśnie odjeżdża.
O drań! Cztery minuty przed czasem. To świnia, cham! Już ja mu dam!
No i napisałam skargę, bo co będzie cham taki, cztery minuty przed czasem odjeżdżał.

Usłyszawszy to, ręce mi opadły do samego chodnika, a smutek przeszył me serce wielce.
Bo wystarczy pomyśleć chwilę, a dojdzie się do wniosku, że pan nie odjechał cztery minuty za wcześnie, tylko był zwyczajnie opóźniony.
Taki przykład z mojego, osobistego doświadczenia.
Pomagałem pani na wózku inwalidzkim. Na jednym przystanku wsiadała, na drugim wysiadała.
Trzeba było wysunąć specjalną rampę, trzeba było wysiąść, pomóc wózek wyprowadzić, potem tę samą rampę schować. Wszystko zabiera czas.
Taka obsługa pasażera to właśnie magiczne cztery minuty opóźnienia.
TADAM! Badam TSSS (taki werbelek na koniec sztuczki magicznej).
Ale skarga poszła i biedny motorowy musiał się tłumaczyć.

A propos skarg.
Ostatnio w modzie wózki inwalidzkie, to i mi się przytrafiła nie do końca miła cyrkumstancja.
Miły pan na wózku okrzykując mnie z przystanku zapytał, czy dojedzie do pewnej apteki.
Jako, że apteka była na mojej trasie, to odkrzyknąłem z kabiny, że i owszem uda mu się dojechać.
Na to pan poprosił, żebym mu rampę wysunął.
Ochoczo na to przystałem, ale że drzwi w SWINGU już miałem otwarte, to krzyknąłem żeby poczekał, bo wpierw muszę wszystkie drzwi zamknąć, żeby rzeczoną rampę wysunąć.
Niestety już tego nie usłyszał i zaczął się tarabanić w zamykające się drzwi.
Nawet nie zdążyłem wysiąść z kabiny.
Nauczony doświadczeniem i obcowaniem z pasażerami, wyszedłem z kabiny i prostych słowach przeprosiłem pana za niedogodność.
Dodam, że już się larum podnosiło, że motorowy świnia i chciał zabić, albo co gorsza przytrzasnąć drzwiami.
Pan był wyrozumiały, tłumaczenie przyjął do wiadomości i również mnie przeprosił.
Pewnie dlatego, że zdążył na mnie kilka psów rasy mieszanej powiesić podczas wsiadania.
Nie zdążyłem wrócić do kabiny, a jakiś jegomość z przystanku, wygrażając mi ponurym wzrokiem zaczął opierniczać za przytrzaskiwanie inwalidów w drzwiach.
Też spokojnie wyjaśniłem, na czym polega problem z wysunięciem rampy.
Nie wiem, czy zrozumiał problem, bo machnął ręką i odszedł.
Obawiam się tylko, że ktoś obserwujący zdarzenie z oddalenia, mógł z naszej konwersacji wyciągnąć zgoła dziwne wnioski, a jako że napisanie skargi niewiele kosztuje, to mogę się liczyć z potrzebą tłumaczenia się z braku posiadania garba.
Całość zakończyła się jednak miło.
Pan inwalida na kolejnym przystanku wyjechał sobie sprawnie po rampie, zatrzymał wózek przed przodem tramwaju i pomachał mi życzliwie, na co skwapliwie odpowiedziałem i rozjechaliśmy się w nieco lepszych humorach.
Dobrze, że w SWINGU są kamery.

Tak na zakończenie.
Pomimo tego, że użyłem informacji pasażerskiej, ogłaszającej że drzwi są zamknięte bo rampa się wysuwa, to pasażerowie i tak nerwowo naciskali guzik otwierania, powarkiwali i nerwowo obracali głowy w stronę mojej kabiny.
Eh nerwy moje nerwy.

niedziela, 1 czerwca 2014

Dzień Dziecka

Dzisiaj wyczerpałem limit dziwnych wydarzeń przynajmniej na okres dwóch tygodni.
Eh, niech będzie tydzień.
No dobra. Niech chociaż poniedziałek będzie spokojny.
Żeby się nie rozpisywać, to przedstawię fakty w telegraficznym skrócie.
Podkreślę tylko, że jest to zapis jednego dnia i dotyczy tramwaju typu SWING.

Wsiada jakaś banda młodych żołnierzy dowodzona przez samozwańczego geniusza taktyki. 
Dowódca rozkazał im wchodzić ostatnimi drzwiami, czyli tam, gdzie jest najmniej miejsca, co zmusiło ich do wsiadania pojedynczo (jeden za drugim znaczy się).
Jako, że było ich chyba piętnastu, to proces ładowania zajął im ponad pół minuty.
Dodam, że wszystkie, pozostałe drzwi tramwaju były otwarte.
Dla mnie była to strata dwóch minut, bo cykl świetlny się zmienił.

Jedna pani zapomniała wyjąć torebki z tramwaju.
Torebka została w tramwaju, a pani wysiadła.
Ale nie puściła torebki, żeby nie było zbyt łatwo.
Dobrze, że zawsze przed ruszeniem z przystanku patrzę w boczne lusterko, bo by było nieszczęście.
Otworzyłem drzwi ponownie i problem zniknął. Pani tuląc uratowaną torebkę bezpiecznie się oddaliła.
Powtarzam to do znudzenia.
Sygnał zamykania drzwi nie jest po to by wysiadać, ale po to, żeby wiedzieć iż drzwi właśnie się zamykają.

Sytuacja przy dojeżdżaniu do pętli na ulicy Czynszowej.
Zakręt tam występuje dość nieprzyjemny i przy tym zakręcie chodzą sobie ludzie. Pchają przed sobą wózki, rowery, a czasami poganiają pacholęta. Bywa, że ciągną żywy inwentarz. 
Ruch jest duży, bo to i miejsce urokliwe i przedszkole blisko, a i pewnikiem meta niejedna się znajdzie w okolicznych budynkach.
Ale wracając do sytuacji.
Idzie małżeństwo. Para znaczy się (gwoli ścisłości heteroseksualna para, czyli chłopak i dziewczyna).
Kobieta dzielnie pcha wózek, a mężczyzna prowadzi małego mlekosysa za rękę.
Niestety oboje wykonują te czynności bardzo blisko torowiska.
No to ja sobie delikatnie, powolutku podjeżdżam i używam sygnału dźwiękowego typu dzwonek by poinformować spacerowiczów, że oto nadciąga 40 ton wesołego żelastwa.
Na moje drrrring dziecko czujnie się obejrzało i chciało od torów odejść, ale dzielny ojciec (chyba ojciec) nie dał sobie w kaszę dmuchać i pociągnął pociechę w swoją stronę, wykonując dodatkowo krok w stronę nadjeżdżającego mnie (czyli tramwaju linii 23).
Oj zrobiło mi się gorąco. Hamulcom na pewno też, bo użyłem wszystkich.

Też na Pradze.
Zatrzymuję się na przystanku. Uruchamiam otwieranie drzwi "ciepłym guzikiem" (bo to SWING).
Wysiadła jakaś babcia (typ TIRówka ze względu na doczepioną przyczepkę na kółkach), wysiadł jakiś dziadek o kulach (typ Narciarz bo kule były dwie). Trochę im to zajęło, bo obydwoje w latach byli posunięci.
Zerknąłem w lusterko. Zaobserwowałem ciszę i spokój, to i drzwi postanowiłem zamknąć
I to był błąd.
Jak się ktoś nie wydrze zza kabiny.
- No i co krowa (użyłem krowy, bo drażni oczy, a nie jest wulgarna) zamykasz drzwi. Ja tu wysiąść chciałam!!!
Cóż było robić. Otworzyłem wszystkie drzwi, żeby pasażerom było łatwiej, bo użycie przycisku najwyraźniej ich przerosło.

Dysfunkcja umysłowa nie upoważnia do korzystania z rampy dla wózków inwalidzkich.
Naciskanie z uporem maniaka przycisku do uruchamiania rampy nic nie da.
I nie mówię tu o ludziach, którzy się pomylą, a zauważywszy swój błąd albo pójdą do innych drzwi, albo użyją innego przycisku.
Chodzi mi o takich, którzy nacisną raz.
Potem drugi raz, i trzeci i czwarty i piąty. I oczywiście kogo wina? 
Motorniczego, bo złośliwie drzwi nie otwiera.

Otyła pani na wózku inwalidzkim prowadzona przez małego dziadka, chudego nota bene (pewnie mąż, bo na syna nie wyglądał).
Podchodzą do tramwaju, ja oczywiście fafarafa używam magicznego przycisku do wysuwania rampy dla wózków inwalidzkich bo jestem fajnym motorowym i domyślam się z prędkością błysku między neuronami, że oni na pewno będą chcieli wsiadać do tramwaju. 
Rampa się wysuwa, dziadek dojeżdża wózkiem do wysuniętej ramy, pani wstaje z wózka i wchodzi po rampie, pan wtacza wózek za nią.
Kurtyna chciałoby się powiedzieć, ale nie.
Wysiadali na następnym przystanku, a było to Stare Miasto.
Ambaras polega na tym, że rampa nie działa poza przystankami (nie wysuwa się na tyle daleko, żeby dotknąć jezdni), a na Starym Mieście przystanek jest usytuowany bezpośrednio na ulicy.
Wysiadłem tedy z kabinki i pomogłem pani wysiąść, bo dziadek wyszedł i lekko zdezorientowany nie mógł wykoncypować jak kobietę z tego tramwaju wyprowadzić.
Mam nadzieję, że ktoś mi zrobił zdjęcie i trafię do mediów.
Na marginesie dodam, że rozkład jazdy nie uwzględnia tego typu kurtuazji. Na pętlę dojechałem opóźniony o 4 minuty.

Dworzec Wileński (przystanek taki).
Zamykam drzwi, bo już się wszyscy nawsiadali i nawysiadali.
Drzwi w SWINGu zamykają się wolno, bo proces ten trwa około 5 sekund.
Co robi kobieta, która chce wsiąść, a stoi na wprost drzwi, które jeszcze nie zaczęły się zamykać?
Myślicie, że wsiada? Bynajmniej.
Otóż ona stoi i dusi guzik. Wsiadłaby dwa razy, ale wolała ponaciskać sobie.
Otworzyłem drzwi ponownie, pani sobie wsiadła, a ja straciłem minutę bo cykl się zmienił i nie zdążyłem odjechać z przystanku na czas.

Otwieram wszystkie drzwi w tramwaju, bo podjeżdżając zauważyłem wyczekującą na przystanku starowinkę.
Myślę sobie, że jak otworzę wszystkie drzwi, to babcia wsiądzie sobie środkowymi, bo tam łatwiej i więcej miejsca i jest się czego złapać i ktoś pomoże w razie co.
Co robi babcia?
Ano babcia rusza w podróż do drzwi pierwszych, a stała dokładnie na wprost drzwi środkowych.
Dzięki temu wyrafinowanemu manewrowi nie udało mi się ruszyć z przystanku i odstałem minutę czekając na kolejny cykl świetlny (czyli na zielone światło zwane przez motorowych pałką).

I na koniec taka cyrkumstancja.
Jak nazwać sytuację, w której kobieta wskakuje do tramwaju środkowymi drzwiami już po sygnale zamykania.
Druga niewiasta dopada do ostatnich drzwi i próbuje je otworzyć przyciskiem - jak to w SWINGu.
Ja jestem miły to otwieram drzwi, ale kobieta, która dusiła przycisk nie wsiada.
No to zamykam drzwi, ale w tym momencie pojawia się trzeci bohater opowieści i mężnie blokuje zamykające się odrzwia. Jednak również nie wsiada.
No ciemna śrubka (bo jasny gwint jest zbyt mainstreamowy), o co chodzi?
No więc chodzi o to, że kobieta, która wskoczyła środkowymi drzwiami, teraz wysiada ostatnimi, przebiegając w tym czasie pół tramwaju.
Ktoś odważy się to skomentować?

Było jeszcze kilka innych incydentów, ale już śpiący jestem, a jutro też trzeba pracować.
Wiem, że miało być o nieumawianiu się z motorniczym, ale dzień dziecka wygrał w przedbiegach.

piątek, 23 maja 2014

Ciepłe dni

Co ci powiem, to ci powiem, ale ci powiem.
Ciepło.

Ot taka myśl przewodnia mnie naszła dzisiaj.  Pewnie dlatego, że wczoraj słoneczko mocno przygrzało.
A jak słoneczko mocno grzeje, to motorowy w kabinie się rozpuszcza.
Owszem, są szczęśliwcy, którym działa klimatyzacja. Wtedy da się pracować, bo cierpią tylko pasażerowie.
Ale bywa i tak, że motorowy musi wykazać się odpornością na wysokie temperatury.
Kumpel ostatnio zanotował u siebie w kabinie 44 stopnie.
Przypominam, że białko zaczyna się ścinać przy 42 stopniach Celsjusza.
Oto obrazek poglądowy dotyczący temperatury w kabinie:


To jest zdjęcie tak zwanego klimatyzatora. Umieszczone są te dziwaczne urządzenia na suficie. Czasami działają.

Też taki miałem u siebie wczoraj i również odmówił posłuszeństwa. Znaczy nie pracował.
Nie poddawałem się jednak łatwo i uruchomiłem nawiew zimnego powietrza. Dmuchawę znaczy się. Dałem na maxa, bo sobie będę żałował na stare lata.
Po kilku minuta zrobiło się dużo cieplej. Zimne powietrze okazało się być powietrzem zdradliwie gorącym.
Zrezygnowałem zatem z tej formy chłodzenia i przeszedłem na otwarte okienka.
Działały jedynie podczas jazdy, ale lepsze to, niż nic.
Po dwóch godzinach zacząłem mieć zawroty głowy. Dobrze, że trafił mi się SWL i mogłem pojazd przekazać kolejnemu motorowemu.
Mam nadzieję, że zdrowo zakończył swoją zmianę.

Jednak bywa i tak, że w podobnych warunkach przychodzi nam pracować nie przez 2 godzinki, ale przez całą zmianę.
Dlatego jak mi czasami jakiś pracownik biurowy mówi, że też ma ciężką pracę, to nawet nie chce mi się tego komentować i tylko potakuję w milczeniu.
Moja żoneczka skwitowała to dość rozsądnie, że to prawie jak w saunie.
Szybciutko jej wyjaśniłem, że z sauny możesz wyjść kiedy chcesz, a poza tym siedzisz tam sobie na golaska.
My musimy pracować w długich spodniach bez większej możliwości ruchu.

Ciekawe jaki wóz trafi mi się dzisiaj.

sobota, 17 maja 2014

Skarga

"Siły regeneracyjne bezinteresownego skurwysyństwa są nieograniczone".
Pewnie sparafrazowałem ten cytat, ale sens wypowiedzi pozostał.
Tak to jest, jak się czyta poważne książki będąc mlekosysem. Prawdy życiowe zapadają głębiej w pamięć.
Swoją drogą polecam do przeczytania to dzieło. Chodzi o Konkwistę Waldemara Łysiaka. Napisał ją pod pseudonimem Baldhead (o ile mnie pamięć nie myli).

Wracając do myśli przewodniej, czyli skargi na motorowego.
Jest to zmora i utrapienie. Dusiołek taki, który siedzi na człowieku i oddychać nie pozwala.
Można być wzorowym motorowym, jeździć przepisowo, czekać na dobiegających, pomagać staruszkom i wnosić wózki dziecięce, a i tak znajdzie się jakiś ktoś, kto będzie miał zły dzień i dla czystej złośliwości napisze skargę.
I nie mówię tu o skargach uzasadnionych, bo niestety i takie się zdarzają.

Dwa dni temu miałem właśnie taką podbramkową sytuację. Niby drzwi zamknąłem, niby dostałem zielone światło (znaczy pionową kreskę) i niby nawet ruszyłem. Jednak ku mojemu przerażeniu zauważyłem, że po czerwonym świetle, lawirując między ruszającymi samochodami biegnie z wywalonym jęzorem jakiś jegomość w garniturze.
Oczywiście w pełnym galopie dopadł do ruszającego tramwaju i chciał sobie drzwi otworzyć.
Nawet nie wiecie, jak mocno szarpie tramwaj, gdy chce się go zatrzymać tuż po ruszeniu. SWING dodatkowo ostro kolebie się na boki.
I teraz weź człowieku i bądź mądry.
Zatrzymasz wóz, to się ludzie poprzewracają i złożą skargę, że motorowy szarpie i naraża zdrowie pasażerów.
Nie zatrzymasz wozu, to pan biegacz złoży skargę, że motorowy zamknął mu drzwi przed nosem.
Wybrałem mniejsze zło i pojechałem dalej.
Zresztą gdybym  nie ruszył, to ten pan następnym razem znowu na czerwonym by galopował, a tak, to może zapadnie mu w pamięć, że nie opłaca się narażać życia swojego i innych, bo tramwaj rusza z przystanku od razu po otrzymaniu zielonego światła i nie da się w takiej sytuacji otworzyć drzwi.

Jak tylko pomyślałem o popełnieniu wpisu związanego ze skargami, to ani chybi ściągnąłem myślami
innych motorowych, bo jednego dnia trzech z nich skontaktowało się ze mną, opowiadając, że właśnie trafiło im się nieszczęście spotkania na swojej drodze takich właśnie bezinteresownych osobników.
Pozwolę sobie zatem przytoczyć ich historie.

I
Jestem na maxa wkurzony, bo w tym przypadku byłem "grzeczny" na 100% i nie ma w tym mojej winy. W 116Na (taki model tramwaju) nie można wyłączyć automatycznego zamykania drzwi po otwarciu z ciepłego guzika. Jakaś pani napisała, że stałem z otwartymi drzwiami i jak podeszła, to złośliwie zamknąłem jej drzwi przed nosem (ale czy odjechałem, to już nie wspomniała). Napisałem już wyjaśnienie, w którym udowadniam, że nie jestem wielbłądem, ale czuję, że premia poszła się paść, bo zawsze jest wina motorowego.

II
Przyszła na mnie skarga, że nie poczekałem na biegnącą matkę z trójką dzieci i bezczelnie pojechałem na czerwonym świetle i że jestem złym motorowym i trzeba mnie ukarać, bo pani tak napisała i na pewno ma rację.
Na szczęście prowadziłem SWINGa, a jak wszyscy wtajemniczeni wiedzą, SWING jest wyposażony w kamery.
Oczywiście nie obyło się bez nerwów, pisania odpowiedzi na raport i wizycie u kierownika na dywaniku.
Na szczęście pomimo tego, że kierownik jest kosa straszna, to spokojnie obejrzał nagrania z kamer i (tu pełne zaskoczenie) przyznał mi rację. Na nagraniu było widać (bez stereo, ale w kolorze), że tak zwana poszkodowana, ciągnąc dzieci za chude rączki, biegła przez czerwone światło, a ja uczciwie ruszyłem z przystanku, gdy dostałem świetlny znak pozwolenia na jazdę.
Tym razem obyło się bez konsekwencji, ale nie chcę myśleć co by było, gdybym nie miał kamer.

III
Tu przytoczę zapis z kartki, którą znalazłem na jednej z ekspedycji. Mam nadzieję, że jej autor się nie obrazi.
Skarga dotyczyła odmowy sprzedania biletów.
Oto odpowiedź motorowego, którą musiał sprokurować na tę okoliczność.
Pasażer stał przy drzwiach i coś mówił.
Byłem przekonany, że ktoś znów stojąc blisko kabiny rozmawia przez telefon.
Po dojechaniu do świateł usłyszałem trzy uderzenia w drzwi kabiny i słowa "mówię do pana".
Po dojeździe do przystanku otworzyłem klapkę umożliwiającą sprzedaż biletów, ale wtedy już nikt do kabiny nie podszedł.
- Nie prowadzę rozmów z pasażerami podczas jazdy.
- Jeżeli pukał wcześniej to ja tego nie słyszałem, lub pukał zbyt słabo, albo wcale nie pukał.
- Włączona klimatyzacja w kabinie również nie pomaga w kontaktowaniu się z pasażerami.
Poważnie, klima skutecznie zagłusza wszelkie dźwięki. Po kilku godzinach pracy w głowie huczy jak po dobrym, rockowym koncercie.

Fakt, sprzedawanie biletów to czasami horror. Ludzie myślą, że mogą sobie pohandlować w trakcie jazdy.
Otóż - NIE MOGĄ!
Ale i tak to robią. I co im zrobisz.

A propos biletów, ostatnia opowieść

IV
Czekam teraz na skargę.
W SWINGu facet chciał kupić bilet. Przyszedł pod kabinkę i daje mi 10 pln. Mówię mu, że jest biletomat i niech tam kupi, ale on stwierdził, że nie ma bilonu i musi kupić bilet.
Więc co? Trzy razy mu tłumaczę, że nie wydaję reszty, a poza tym niech sobie przeczyta na drzwiach kabiny informację (chodzi o to, że trzeba dawać odliczoną kwotę motorowemu).
Facet skłamał, że nie zależy mu by otrzymać resztę, ale bardzo chce mieć bilet.
Zaproponowałem mu więc dopłatę 3,20 pln, żeby miał 3 bilety.
Stwierdził, że przecież nie ma bilonu, a przecież reszty nie trzeba, więc ostatecznie dałem mu dwa bilety normalne (te po 4.40 pln) zaznaczając jeszcze raz, że nie wydam mu reszty.
OK. Nie ma problemu. Wziął bilety.
I NAGLE mu się jednak odwidziało. Chce reszty.
Powiedziałem po raz kolejny, że reszty mu nie wydam, a jeżeli to nie jest po jego myśli, to niech odda bilety.
Na to on powiedział, że biletów mi nie odda i napisze skargę, że go okradłem.
Opisałem całe zdarzenie w karcie drogowej, żeby nikt mi nie zarzucił, że coś kombinuje i czekam co będzie dalej.

Nie ma lekko.
Bywa, że pasażerowie chcą płacić banknotami 20 pln lub 50 pln.
Zawsze grzecznie mówię, że nie mam wydać, lub proponuję zakup hurtowy.
Trochę drobnych przeważnie przy sobie mam, ale może zdarzyć się tak, ze wszystkie tynfy oddam i wtedy następuje skucha taka, jak opisana powyżej.
Pasażerowie nie zdają sobie sprawy z faktu, że nie jesteśmy kioskiem i nie mamy miejsca na trzymanie kilku kilogramów bilonu.
Te bilety to naprawdę poważny problem.
I dlatego pamiętajcie wszyscy, którzy to czytacie (motorowi też).
Jeżeli trafi się Wam miły motorowy, albo będzie się wam wygodnie jechało, albo zobaczycie coś, co wam się spodoba - nie zastanawiajcie się ani chwili.
Napiszcie POCHWAŁĘ. Bardzo tego potrzebujemy. Jako ta sójka dżdżu.
A robi się to banalnie.
Wystarczy wejść na stronę ZTM (kontakt -> napisz do nas) i tam wypełnić krótki formularz.
Oto link: ZTM.waw.pl -> kontakt -> napisz do nas.
Tam wybieramy kategorię "Podziękowania" i wysyłamy.
Żeby łatwiej było znaleźć motorowego (tego miłego) to warto dopisać numer linii, numer brygady, numer boczny tramwaju i przybliżoną godzinę.
Nie wahajcie się tego używać często.

A następnym razem postaram się wyjaśnić, dlaczego nie warto umawiać się z motorowym.

piątek, 9 maja 2014

Przyszpilony

Zdarzyło mi się przyjść do pracy.
Ochoczo zmierzałem ku dyspozytorni by odebrać kartę wozu i znów cieszyć się możliwością sterowania szesnastokołowym kolosem.
Wzrok mój przykuła wiata przystankowa postawiona na terenie zajezdni. Nie to, żeby tam tramwaj się zatrzymywał. Ot po prostu wiata z ławeczką i napisem "Tu wolno palić".
Z możliwości tej korzysta każdy, kogo chęć na magiczne pałeczki dosięgnie.
Jednym z miłośników dymka na wolnym powietrzu jest również mój kierownik.
Takoż i on we własnej osobie stał i dymił. Znaczy z papierosa dymił, czyli wydmuchiwał dym.
Nasz wzrok się spotkał, a że chłop porządny jest, to i prawicę do przywitania wyciągnął.
Uścisk odwzajemniłem, a kierownik się w te słowa do mnie odzywa:
- No jak tam? Dobrze się pracuje?
No i tu trzeba być politycznie poprawnym. Nie ma, że się powie, co ślina na język przyniesie. Elokwencją trzeba się wykazać i poczuciem humoru. Żadne "eee może być", czy proste "no" nie wchodzi w rachubę.
Zatem wdałem się w krótką polemikę.
- Całkiem i owszem, dobrze się jeździ, pracuje jeszcze lepiej. Praca marzeń można powiedzieć, gdyby nie dziesięciogodzinne zmiany. Człowiek po nich wyżęty jest jak ten kot po praniu.
(a wiadomo, że kota się nie wyżyma).
- Panie Jarku - odzywa się na to kierownik - taka praca. Twardym trzeba być. Nikomu nie odpuszczamy. Na osłodę przecież macie pięcio czy sześciogodzinne zmiany.
- Fakt niezaprzeczalny, ale nie wyrównują one zmęczenia, które następuje po tych dłuższych chwilach na wozie. Nie ma co marudzić. Dobrze jest, firma uczciwa, pieniądze na czas się pojawiają. No, muszę lecieć na wóz. Czas na mnie - zakończyłem politycznie konwersację i szybciutko, uśmiechając się miło pomknąłem do budynku.

Fakt, że te długie służby dają w kość, a w tygodniu już trzy takie na mnie czyhały. Nie było co robić uników, tylko brać na klatę co dają.
Byleby trafić na SWINGi - myślałem. W tych nowych maszynach się tak nie męczę. Pewnie wynika to z mniej zużytych foteli. Po prostu jest mi wygodniej.

No i jak raz trafiły mi się SWINGi we wszystkie dni. Żyć nie umierać.
Ale 10 godzin robi swoje (dokładnie to 9,7 czy 9,8), bo gdyby ktoś nie wiedział, to godzina w Tramwajach Warszawskich dzielona jest na sto jednostek, a nie na sześćdziesiąt. Ot takie ułatwienie przy liczeniu roboczogodzin.

Pod koniec tygodnia tak czy siak byłem zmęczony.
Nie omieszkałem o tym wspomnieć mojej Agnieszce (najmłodszej żonie, tej ulubionej). Trochę pomarudziłem, ponarzekałem sobie, poutyskiwałem.
Na co żoneczka podsumowała całe to moje zawodzenie jednym, bardzo mądrym i celnym zdaniem.
- A jak tam sobie u was radzą kobiety?
Ugh! No taka szpila to potrafi utknąć na dłużej. Celnie została wbita.
Trzeba było szybko wymyślić ripostę na takie dictum.
No i wymyśliłem.
- Nie mi się mierzyć z kobietami motorowymi, albowiem nie są one zwykłymi śmiertelniczkami. To prawdziwe walkirie, boskie istoty, które mają niespożytą moc i upór godny bogów Asgardu.
Są niepokonane, dają radę pomimo wszelkich przeciwności losu, a do tego rodzą dzieci, ciężko pracują w domu po pracy, a do tego często są honorowymi dawcami krwi.
Ślady ich stóp w piasku niegodnym całować.

Ale co bym nie wymyślił prawda jest taka, że marudzić nie ma co.
I tak po prawdzie, to od tego pamiętnego wbicia szpilki pracuje mi się dużo lepiej. Mniej się męczę i szybciej mijają dziesięciogodzinne zmiany.
A następnym razem skrobnę coś na temat skarg i moich wniosków.

niedziela, 27 kwietnia 2014

Skupienie

Dzisiaj będzie naukowo.
Będę się wymądrzał, bo akurat jestem świeżo po lekturze nowego FOCUSa. Swoją drogą polecam gazetkę, bo ciekawa jest.

Czytając ją, pomyślałem sobie, jakby to było, gdybym na rozmowie o pracę usłyszał te wszystkie mądrości.

"W czasie długiego siedzenia praktycznie nie używamy wielu dużych grup mięśni. Należą do nich np. mieśnie brzucha, odpowiedzialne za jego atletyczny wygląd. W efekcie brzuch zaczyna wystawać lub robi się obwisły. Osłabione zostają także mięśnie uda i mięśnie biodrowe, zapewniające stabilność podczas chodzenia. Po wielu latach może to prowadzić do zaburzeń równowagi i upadków, szczególnie niebezpiecznych dla osób starszych."

Nie jest lekko dla brzucha i ud jednym słowem.

"Brak aktywności organizmu oznacza mniejsze zużycie energii, a to sprzyja odkładaniu się tkanki tłuszczowej i zwiększeniu poziomu cholesterolu we krwi. Wolniejsze krążenie przyśpiesza powstawanie blaszek miażdżycowych w ścianach tętnic. Bezczynne mięśnie słabiej reagują na insulinę - hormon wytwarzany przez trzustkę, obniżający poziom glukozy we krwi. Efektem jest zwiększone ryzyko zachorowania na cukrzycę typu II. Siedzący tryb życia wiąże się też z częstszym występowaniem raka (...)."

Trzeba się zatem ruszać i okresowo podnosić sobie ciśnienie różnymi sytuacjami.

"Na krew działa siła ziemskiej grawitacji, utrudniając jej odpływ z dolnej części ciała. Gdy chodzimy, kurczące się mięśnie przepompowują krew w kierunku serca. Brak aktywności sprawia, że zaczyna ona zalegać w żyłach. Objawia się to obrzękami kostek i podudzi oraz żylakami. W takich warunkach mogą też powstać groźne dla życia zakrzepy."

Dlatego nie zdziwcie się, jak zauważycie motorowego wyczyniającego kuriozalne wygibasy na pętli tramwajowej. My po prostu musimy dbać o naszą krew, bo wielu z nas jest honorowymi jej dawcami.

"Układ nerwowy zużywa aż 20 proc. tlenu docierającego do organizmu przez płuca. W pozycji siedzącej oddychamy płytko, a brak naturalnej aktywności mięśni utrudnia krążenie krwi. W efekcie mózg jest niedotleniony, pojawiają się trudności z koncentracją i bóle głowy. Te ostatnie mogą też wynikać ze zmian w kręgosłupie szyjnym, obciążonym przez nienaturalne pochylenie głowy (...)."

Oj tak. Czasami łapię się na tym, że prowadzę tramwaj lekko nachylony ku przodowi. Fotele nie zawsze są dopasowane do ciała, a wyregulować ich się nie da. Najlepsze dla mnie są siedziska w SWINGach, chociaż siedząc wygodnie zupełnie nie widać tego, co dzieje się z lewej strony (obudowa wewnętrzna zasłania widok).

"Kręgosłup jest unieruchomiony w jednej pozycji, co "zgniata" krążki międzykręgowe (dyski) i prowadzi do zaburzeń ich ukrwienia i odżywienia. W czasie siedzenia ciężar górnej części naszego ciała nie rozkłada się równomiernie na całym kręgosłupie. Zamiast tego skupia się na guzach kości kulszowych ukrytych pod mięśniami pośladkowymi. W efekcie pośladki robią się (...) 
(eee nie, nie będę o tym pisał)
Przeciążony zostaje dolny, lędźwiowy odcinek kręgosłupa. Jego fizjologiczna krzywizna zmniejsza się, co może doprowadzić do wypadania dysków i dotkliwego bólu, zwanego lumbago."

Co prawda, to prawda, ale po dziesięciogodzinnej służbie plecy bolą czasami znacznie.
Potem firma się dziwi, że ludzie na zwolnienia chodzą i kombinują jak tu ominąć długie zmiany.
Kolana też wysiadają, bo zgięte w jednej pozycji przez tyle godziny dają się we znaki mocno.
Dlatego też nasza praca zalicza się do zajęć szkodliwych dla zdrowia i o podwyższonym ryzyku.
Dzięki temu możemy iść na wcześniejszą emeryturę.
Hahahahaha w wieku sześćdziesięciu lat.
Dlatego jak mnie coś strzyka i zaczynam marudzić, to przypominam sobie, że są motorowi pracujący w zawodzie od 30 lat.
Oni dają radę, to ja też dam!
Twardkim trzeba być Słowianinem, a nie mnientką ninją.

wtorek, 15 kwietnia 2014

Urodziny, szafka i światła.

W każdym roku jest tak, że ktoś ma urodziny.
Tym razem byłem to ja.
Ale nie o tym będzie dzisiejszy wpis.

W sumie to będzie o kilku rzeczach.
Piwie, Tramwaju Warszawskim, otwartej skrzynce i sygnałach dźwiękowych.

Minął rok od momentu, gdy pierwszy raz usiadłem za konsoletą tramwaju.
Mroczne to były czasy, ale dzięki dobremu trenerowi pomroczność jasna zamieniła się w umiejętności przynoszące wymierne korzyści.
Jest co wspominać, jest o czym gadać, jest na co marudzić i jest się z czego cieszyć.
O takich ważnych sprawach najlepiej rozmawia się oczywiście w doborowym towarzystwie.
A towarzystwo musi mieć miejsca siedzące (takie wiecie, przyzwyczajenie z pracy).
Zatem znaleźliśmy sobie całkiem przytulne lokum o swojsko brzmiącej nazwie:
Tramwaj Warszawski.
Poważnie, jest takie miejsce w Warszawie. Oto dowód:



W takich oto okolicznościach przyrody, niepowtarzalnych, snujemy motorowe opowieści dziwnej treści.
Niektóre śmieszą, inne budzą grozę w sercach, a jeszcze inne nie nadają się do tego, by ich treść wydostała się poza zamknięty krąg wtajemniczonych.
Jedną z opowieści postaram się tu przytoczyć.
Będą krew i łzy, czyli powinno się dobrze sprzedać.

Był ciepły, wiosenny poranek. Słońce świeciło na nieboskłonie, ptaszki ćwierkały, samochody nie zajeżdżały drogi, a drzwi kabiny drżały od uderzeń wyprowadzanych celnie przez jednego z pasażerów.
Powaga łomotania wskazywała na inny cel niż zakup biletów. Trzeba było sprawdzić.
Okazało się, że szafka skrywająca tajemne przełączniki, bezpieczniki i inne łączniki otworzyła się, a jedna z pasażerek przeoczyła ten fakt i z pełną mocą hamującego tramwaju zahaczyła czołem o wystające na pół metra metalowe odrzwia.
Nic śmiesznego, bo takie drzwi jak się otworzą to faktycznie stwarzają zagrożenie i to dość poważne.
Tak było i tym razem.
Krew się leje, kobieta cierpi, tramwaj stoi. Trzeba było wezwać Nadzór Ruchu i karetkę.
NR pojawił się jak zwykle szybciej. Potem przyjechała karetka i fachowo zajęła się poszkodowaną.
Niestety, takie sytuacje się zdarzają. System zamykania tych szafek jest fatalny, a drgania wywołane jazdą powodują, że zamek (tak go umownie nazwijmy) czasami puszcza.
Nijak nie może być to wina motorowego. Ale nie o tym chciałem napisać.
Urzekła mnie reakcja jednego z pasażerów, który z ryjem (bo inaczej się tego nazwać nie da) naskoczył na motorowego, że szafka się otworzyła już z pięć przystanków temu i takie niebezpieczeństwo i w ogóle on się czuje zagrożony i odszkodowanie! Hańba ci Morris! I inne pierdolety wygłaszał.
Na co mój dobry kolega, który wówczas kierował tym składem, grzecznie się tego pieniacza zapytał:
- To nie mógł pan od razu dać znać, że coś jest nie tak z szafką?
Nagle się okazało, że pan już nie czuł się zagrożony. Cichcem oddalił się w drugi koniec wagonu i tam zaległ na krzesełku.
Tramwaj musiał i tak wysadzić wszystkich pasażerów, bo się okazało, iż krew cieknąca z rany dość mocno zrosiła pokład wozu, a zakrwawionym tramwajem nie godzi się wozić ludzi.
Wystarczyło, żeby ktoś wcześniej ruszył mózgownicą i powiedział motorowemu, że drzwiczki od szafki stoją otworem.

Sam osobiście miałem raz taki przypadek.
Jakiś pan zastukał do kabiny i w te słowa się do mnie odezwał.
- Szafka Ci się otworzyła. Daj klucz to Ci ją zamknę.
Dałem klucz, pan zamknął i było po kłopocie. Nawet tramwaju nie musiałem zatrzymywać.
Można?
Można.

I na zakończenie o sygnałach.
Chodzi o te cholerne NIUT NIUT NIUT, rozlegające się tuż przed zamknięciem drzwi.
Ostatnio jadąc incognito tramwajem zapytałem jednego znajomego, jak sprawdzić czy tramwaj odjeżdża już, czy za chwil kilka. Byliśmy wtedy akurat na Patelni (czyli w samym Centrum miasta).
On mi beztrosko odpowiedział, że jak słychać sygnał dźwiękowy, to znaczy, że się jeszcze zdąży.
O bogowie!
Jeżeli takie herezje głoszą ludzie z głową na karku, to nic dziwnego, że jest tyle skarg na motorowych, którzy zamykają drzwi "przed nosem".
Ten sygnał nie jest znakiem by rozpocząć proces wsiadania.
Sygnał jest nadawany po to, by nikogo nie przycięło przez przypadek.
Jedynym, sensownym systemem sprawdzenia ile czasu nam zostało do odjazdu jest rzut oka na sygnalizację świetlną.
Na Patelni widać to bardzo dobrze. Zdradzę Wam ten sekret, bo mnie to nic nie kosztuje.
Cykl od strony tramwaju wygląda tak:
Wpierw zapala się zielona strzałka dla samochodów skręcających w lewo na rondzie.
Potem zapala się zielone światło dla jadących na wprost (równolegle do tramwaju).
Następnie pojawia się żółte światło dla skręcających w lewo.
Dwie sekundy później tramwaj dostaje swoją, pionową pałeczkę i może ruszać.
Jeżeli widzicie dwa, zielone światła, to macie jeszcze czas (albo inną kombinację zielonego z czerwonym).
Jeżeli widzicie żółte światło na lewoskręcie, to właściwie powinniście odpuścić bieganie.
Ja wiem, że to trudne i jak się wybiega z przejścia podziemnego to niewiele widać, ale gdybym tego nie napisał, to nie mógłbym dobrze spać.

Warto poznać cykle świetlne. Ułatwiają przetrwanie w miejskiej dżungli.

czwartek, 3 kwietnia 2014

Wykolejony temat

Czasami się zastanawiam, czy te całe rozkłady jazdy to w ogóle są potrzebne.
Codziennie po kilka razy słyszę pytania typu:
- A za ile pan jedzie?
- A ten tramwaj to tutaj skręca?
- A czy ja dojadę gdzieśtam?
Nie wspomnę o ludziach gnających na złamanie karku po czerwonym świetle do tramwaju, który jest opóźniony o 3 minuty. Przecież teoretycznie tego wozu już tam nie ma.
Albo trafiają się tacy gawędziarze, co to przy otwartych drzwiach zaczynają się pytać pasażerów o trasę. Takie dywagacje potrafią trwać nawet i pół minuty.
A wystarczy wsiąść do tramwaju, przejechać przystanek i w trakcie podróży przeczytać rozkład jazdy umieszczony w wagonie. Przecież i tak nigdzie nie skręcę.
No dobra, czasami skręcam, ale tylko w wyznaczonych miejscach.
Uważam, że lepiej poczytać sobie rozkład na przystanku, albo ewentualnie skorzystać z aplikacji w telefonie.
Osobiście polecam mobileMPK - bardzo przydatne i działa offline. Warto jednak codziennie sprawdzić, czy nie ma aktualizacji oprogramowania.

Ostatnio był spory ambaras na skrzyżowaniu ul. Jana Pawła i al. Solidarności.
Tramwaj wyskoczył z szyn - znaczy się wykoleił, czyli skręcił nie do końca tak jak było trzeba. Oba wagony znalazły się na żywym betonie.
Awaria była poważna na tyle, że zatrzymanie trwało ponad godzinę.


Nie wiem czy motorowy jechał zbyt szybko, czy tory zniszczone przez SWINGi nie wytrzymały parcia.
Faktem jest, że ruch został wstrzymany we wszystkich kierunkach.
Tramwaje stały i na Stawkach i na Rondzie babki Radosława i Okopowa była zawalona.
Oczywiście Solidarności i Jana Pawła w obu kierunkach też.

Najgorsze w takim zatrzymaniu jest to, że nie wiadomo kiedy się skończy.
Na początku to można sobie z kolegami pogadać, kanapkę zjeść czy wypalić papierosa (elektronicznego).
Ale po 30 minutach zaczyna być niewesoło.
Ludzie mają swoje potrzeby.
Po godzinie niektórzy zaczęli widzieć na żółto (to od zwiększonego poziomu bilirubiny w organizmie).
Ale motorowi twardzi są - nie takie rzeczy musieli wstrzymywać.
Trzymaliśmy zatem, a czas mijał.


W końcu upłynęło go na tyle dużo, że zawalidroga został postawiony na nogi - czyli na szyny - a ruch został przywrócony.
Oczywiście z takim opóźnieniem nie da się realizować rozkładu, więc skończyło się na tym, iż dostałem od ekspedytorki na Żeraniu FSO trasę skróconą.
Tak zwany skrót pozwolił mi na skorzystanie z zupełnie innej trasy w kompletnie innych rejonach Warszawy.
Zamiast linią 20 pojechać do Centrum, to pognałem na Marymont.
Dzięki tej sztuczce udało mi się wyrównać  czas, a nawet go nieco zakrzywić.


Czary z mleka normalnie.
Co nie zmienia faktu, że jeden półkurs zniknął, ale za to kolejny został zrealizowany w normalnych przedziałach czasowych.
Co to się ludzie dziwowali, że linia 20 jeździ sobie przez Rondo babki Radosława, a i na samym Marymoncie miałem wielu pytających o tajemnicę linii 20.
Na szczęście nie trwało to długo, więc i tłumaczyć nie musiałem wiele.
Zauważyłem też, że większość wsiadała do tramwaju kompletnie nie zwracając uwagi na oznaczenia.
W końcu nigdzie przecież nie skręcę.

I na zakończenie.
Dzisiaj prowadziłem linię 10 i miałem okazję pokonywać to nieszczęsne skrzyżowanie.
Postawiono tam znak ograniczenia prędkości do 10 km/h oraz samochód Nadzoru Ruchu.
Myślę, że spokojnie można było sobie darować to ograniczenie - widok auta działał znacznie lepiej.
No to turlałem się z prędkością 10 km/h.
Przy idealnym ruszeniu z początkiem cyklu świetlnego, tramwaj docierał do przejścia dla pieszych dokładnie w momencie, kiedy dostawali oni swoje, zielone światło.
Jeżeli piesi dostali zielone, to tramwaj powinien się zatrzymać. Takie zatrzymanie zablokowałoby oba kierunku i żaden inny tramwaj już by skrzyżowania nie przejechał.
Rozstaje opuszczał jeden wóz na cykl świetlny - czyli co dwie minuty.
Raz trafiłem na sytuację, że byłem trzeci w kolejce. Straciłem 6 minut na pokonanie tego cholernego skrzyżowania.
I niech mi ktoś powie, że to jest normalne.
Wyobraźcie sobie, co by się stało z ruchem ulicznym, gdyby wszystkie tramwaje jeździłyby w stylu "włoskiego strajku".

Idę spać. Kolejny dzień i kolejna służba dziesięciogodzinna.
W takich okolicznościach przyrody nawet Rambo zacząłby sypać :)

sobota, 29 marca 2014

Zielone światło

Czasami widać, jak motorowy "wyprzedza" światło.
Nie chodzi o to, że jesteśmy szybsi od prędkości światła.
Nie wyrywamy w kosmos jak jakiś Sokół Millenium z Hanem Solo na pokładzie (chociaż niektórzy z nas wyglądają jak Chewbacca albo Leia).
Chodzi o to, że staramy się uniknąć kolizji.
Już tłumaczę.
Sygnały świetlne to zmora motorowych.
Większość świateł jest ustawiona tak, że pierwsze ruszają samochody, a dopiero potem tramwaj, który powinien być pojazdem lekko uprzywilejowanym.
Trudniej nam ruszyć z miejsca, trudniej zahamować, mamy na pokładzie niejednokrotnie setki pasażerów i musimy zachować dodatkową czujność.
Prawda jest taka, że samochody często i gęsto dostają zielone światło przed tramwajem.
Skutkuje to tym, że radośnie wjeżdżają sobie na tory (skręcając w lewo) i blokują przejazd.
Dla tramwaju strata 5 sekund jest równoważna z utknięciem na światłach, a co za tym idzie - stratą niejednokrotnie dwóch minut.
Dlatego tramwaj często rusza z przystanku (albo ze skrzyżowania), gdy jeszcze świeci się czerwone światło.
Takie sytuacje możecie zaobserwować np. na Kercelaku, gdy 27 skręca w lewo w Okopową, lub przy kinie Femina, gdy tramwaj zamyka drzwi i "dotacza" się do sygnalizatora pomimo tego, że ma jeszcze czerwone światło.
Daje to dodatkową szansę kierowcom samochodów na zauważenie tak niewielkiego obiektu jakim jest tramwaj.
Ostatnio miałem tego typu sytuację.
Musiałem ciut dłużej stać na przystanku, bo to godziny szczytu, więc i chętnych na przejażdżkę więcej.
Ruszyłem równo z zielonym światłem (czyli pionową pałeczką dla tramwaju), ale jeden z samochodów był szybszy. Bo on tu przecież musi w lewo skręcić i nie będzie marnował czasu na jakieś czterdziestotonowe pierdolety.
Prawie zdążył wbić się w przód tramwaju. Na szczęście usłyszał dzwonek ostrzegawczy i zatrzymał auto w ostatniej chwili. Dodam, że musiałem mocno przycisnąć pedał hamulca.
Niestety auto zatrzymało się już na torowisku.
Zanim mężny kierowca wpadł na pomysł, że dysponuje możliwością jazdy do tyłu, zanim skonstatował jaką odległość musi pokonać, by tramwaj mógł przejechać, to światło się zmieniło.
Utknąłem.
A jak tramwaj utknie na skrzyżowaniu, to blokuje cały ruch i następuje armagedon lub jak ktoś woli - apokalipsa. Nie ma zmiłuj.
A przejechać się nie da, bo piesi już dostali zielone i nie patrząc na boki, ochoczo wybiegli na przejście.
Mają prawo - to niezaprzeczalny fakt, ale nie zwalnia ich to z myślenia.
Musiałem poczekać, aż wszyscy przejdą i wysłuchać wszystkich możliwych sygnałów dźwiękowych.
Pewnie zginęło również kilka psów, które zostały na mnie powieszone przez rozwścieczonych kierowców.
Nie ma lekko.

W sumie to rozumiem tego typu zachowanie. Mniej więcej wedle mojej imaginacji widzę to w ten sposób.

Słaby kierowca samochodu robi tak:
O! Zielone! To gazu. Jeszcze tylko wrzucę pierwszy bieg. Gdzieś tu jest gałka. O jest. No to sru.

Niezły kierowca samochodu robi tak:
O! Zielone! Wrzut jedynki i  gazu.

Całkiem dobry kierowca samochodu robi tak:
O! Żółte. Zaraz będzie zielone, to wrzucę jedynkę, by na zielonym ruszyć. Zielone - ruszam.

Dobry kierowca samochodu  (taki prawie zawodowy wyjadacz) robi tak:
O! Żółte! Jedynka wrzucona, zerknę w prawo i lewo czy coś się nie dzieje dziwnego. Żaden pieszy nie biegnie do tramwaju po czerwonym. Tramwaj rusza, to ja spokojnie dojadę do torowiska i zatrzymam auto tak, żeby motorowy widział, że nic nie kombinuję.

A motorowy robi tak:
Zaraz zmieni się światło dla pieszych, czyli samochody wkrótce dostaną zielone, znaczy mam jeszcze jakieś 9 sekund.
Zamykam drzwi. Sprawdzam czy są zamknięte. Ktoś spóźniony "puka" w przycisk, to otworzę jeszcze i wpuszczę.
Oho, biegnie jakiś kamikadze po czerwonym.
Heh, biegacz jednak zdążył, no to zamykam drzwi (mam na to jakieś 6 sekund), czyli ruszę spokojnie na zielonym (znaczy pionowej pałce dla tramwaju).
Zerknę w lewo, czy jakiś kolejny "boski wiatr" nie dobiega, zerknę w lusterko boczne jeszcze raz, czy ktoś się w drzwiach nie utknął, sprawdzam sygnalizację (na wszelki wypadek) i patrzę na infotron, czy nie odjeżdżam z przystanku zbyt wcześnie. Jeszcze szybki rzut oka, czy nie mam kogoś przy pierwszych drzwiach.
Obserwuję samochody z prawej, bo zawsze się trafi jakiś dżygit co to musi "zdanżyć".
Z przeciwnej strony Heniek już się toczy tramwajem, trochę wyprzedził sygnał. Czas ruszać.
Ale patrzę jeszcze na układ zwrotnicy i na sygnał zwrotnicy (ta mrugająca strzałka wisząca na trakcji).
Ruszam powoli, bo tramwaje na lewoskręcie nie mogą się mijać.
Heniek zwalnia, robi "przesłonkę", żeby nikt mi nie wyskoczył autem na torowisko.
Korzystam z przysługi i powoli mijamy się na środku skrzyżowania.
Patrzę asekuracyjnie w boczne lusterko, czy jakiś szalony kierowca nie stoi zbyt blisko torowiska.
Uf, kolejne skrzyżowanie pokonane.
- Panie, panie! A bilet to mogę kupić? Ulgowy dwudziestominutowy! Halo!
Tego typu głos odzywa się przeważnie na środku skrzyżowania, tak na osłodę.



A wystarczyłoby coś takiego na każdym skrzyżowaniu.
Myślę, że światła tego typu bardzo by pomogły w planowaniu obsługi przystanków.
Niestety w całym mieście stołecznym jest tylko jedno takie cudowne rozwiązanie.