piątek, 3 stycznia 2014

Wolna Wola

Nowy rok, nowa zajezdnia.

Pierwszy dzień przeżyłem dość spokojnie na tak zwanej Gotowości Do Pracy.
To rozwiązanie zapewniło mi możliwość bliższego poznania zajezdni oraz zasięgnięcia języka wśród stałych bywalców.
Powiem wam, że mocno się zdziwiłem różnicami między zajezdnią Wola, a Żoliborz.
Dwa, różne światy.
Właściwie to czuję się tak, jakbym od nowa do pracy przyszedł. Kompletny greenhorn (w wolnym tłumaczeniu żółtodziób, ale w dzieciństwie czytałem Winetou i jakoś to określenie podoba mi się bardziej).
Jakbym nic nie umiał. Wszystkiego uczę się od nowa.
A to dopiero początek.
Wola to specyficzne miejsce. Powiedziałbym, że to stan umysłu. Wychowałem się na Woli, to wiem.
Tak samo jest z zajezdnią.
Pomimo większego rygoru, który na początku może nieco przeszkadzać, to prządek tu panujący zaskoczył mnie bardzo pozytywnie.
Najbardziej ucieszył mnie fakt, że wszyscy są bardzo pomocni.
Miła pani o jasnych włosach oprowadziła mnie po budynku, pokazała co, kto, gdzie i kiedy urzęduje, zaprowadziła do magazynu (w celu pobrania gadgetów motorowego) i zaopatrzyła w zestaw numerów telefonów.
Nie błądziłem jak dziecko we mgle.
Na Żoliborzu sam musiałem wszystko "rozkminiać".
Tutaj od razu dostałem Patrona i to nie tylko wirtualnego, ale takiego prawdziwego, żywego i bardzo pomocnego.
Dodam, że na poprzedniej zajezdni z mocy Patrona nie skorzystałem ani razu przez pół roku.

Bo przy zmianie zajezdni w grę nie wchodzi tylko zmiana linii.
Tutaj jeżdżą inne rodzaje tramwajów niż na Żoliborzu, a co za tym idzie obsługa ich jest nieco odmienna.
To tak, jakbyś się przesiadał z samochodu osobowego wyposażonego w automatyczną skrzynię biegów do półciężarówki ze skrzynią biegów w kierownicy.
Dlatego bardzo jestem wdzięczny za to, że Patron czuwał na moim pierwszym kursem.
Dzięki temu mogłem się skupić na jeździe, a nie na martwieniu się, czy wyświetlacze, które widzę pierwszy raz na oczy działają poprawnie.

W trakcie jazdy głos w telefonie Patrona doniósł, że inny motorowy potrzebuje jego pomocy.
Opuścił mnie zatem na jedno kółko, pojechał tam, gdzie ludzie go potrzebowali, a potem ponownie dołączył do mnie.
Dla mnie heros.
Około 19:00 pożegnaliśmy się, ale nie było to koniec.
Powiedział, że skoro kończę o 22:30, to on zostanie trochę dłużej w pracy i dołączy do mnie gdy będę zjeżdżał na zajezdnię.
I dzięki Duchowi Maszyny za takich pracowników. Bez jego wskazówek poległbym podczas zjazdowego OC.
Na Żoliborzu podjeżdżało się pod halę, wysiadało z wagonu i tak kończyło dzień pracy. Resztę obowiązków przejmowali technicy.
A tutaj trzeba samodzielnie odprowadzić tramwaj na wskazany tor, powyłączać wszystko i dopiero udać się na dyspozytornię. Najwięcej zabawy jest z cofaniem.
Wielu motorowych nie lubi wykonywać tej czynności. Dziwnie jeździ się tramwajem do tyłu. No i trzeba bardzo uważać na zwrotnice. Łatwo wykoleić kolosa.
Takie jeżdżenie po terenie zajmuje nieco czasu i dlatego przewidziane jest na to 30 minut.
Trzeba jeszcze oczywiście ocenić stan wozu, a zauważone usterki zgłosić odpowiednim kapłanom Maszyny.

Przede mną trzeci dzień. Tym razem będzie to linia 24. Nigdy jej nie obsługiwałem, a na pętli Gocławek byłem może ze dwa razy w życiu i to ponad pół roku temu, gdy odbywałem szkolenia pod czujnym okiem instruktorskim.
Wtedy zupełnie inaczej patrzyłem na zwrotnice, na oznaczenia i na izolatory. Teraz wystarczy mi przyjechać na pętlę raz i już wiem czego i gdzie mam się spodziewać.

Aha. Obiecałem, że napiszę co oznacza tajemniczy slogan "szyny po napawaniu".
Słowo się rzekło - kobyłka u płota.


Nie chodzi tu o spawanie, ani o napluwanie. Nie zakłada się również nap.
Chodzi o reanimowanie prawie martwych szyn. Takie jakby plombowanie.
Dotyczy to szczególnie miejsc, w których tramwaje skręcają.
Przychodzą wtedy wynajęci panowie ze specjalistycznymi narzędziami i robią tak:


Praca tylko w godzinach nocnych, gdy żaden tramwaj się nie napatoczy.
Efektem ich pracy jest to, że szyny napawają motorowego nadzieją, iż wytrzymają przez kilka kolejnych miesięcy.
A na poważnie, to przyjeżdża pan spawacz i uzupełnia ubytki szyny. Po oczyszczeniu i wstępnym podgrzaniu, na miejsce ubytku zostaje nałożony nowy materiał (jakieś mieszanki metali hardcore'owych). Potem całość plomby jest szlifowana, by tramwaj zbytnio na naprawionym elemencie nie podskakiwał.
Wedle niektórych specjalistów technologia jest mało wydajna, ale pewnie wychodzi dużo taniej niż wymiana torów.
Dlatego co jakiś czas pojawiają się tego typu ograniczenia prędkości (oczywiście nie uwzględniane w rozkładach jazdy) i wymuszają na motorowych opóźnienia spowodowane wolniejszą jazdą.
Ale za to można się napawać widokiem prawie nowych szyn.

W kolejnym odcinku napiszę o nowych zabawkach naszego Nadzoru Ruchu.
Normalnie lasery - bajery.
Mam nadzieję, że mnie wczoraj nie uchwycili w jakości HD.

10 komentarzy:

  1. O rany, dziękuję! Za jednym zamachem wyjaśniłeś istotę tego znaku i teraz już wiem co za tajemne machinacje robią po nocach ludzie na torach. Mało tego - jeździsz na moją pętlę, czasem z centrum wracam do domu tramwajem. Miłego na nowej trasie... życia? :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki. Polecam się łaskawej pamięci :)

      Usuń
  2. Jarku, ja po 2 dniach na Pradze też czuję się jak greenhorn. Zjazdowe OC nie polega,tak jak na żoliborzu wjechania na halę, bądź przed halę. Trzeba wjechać na tor 15 (myjka+ uzupełnianie piasku), potem kółko dookoła zakładu i wjazd na tor docelowy na postój tramwaju. Do tego pobieranie i zdawanie kluczyka od Tadirana, ortodoksyjny nakaz używania Mesita, pieczątka na jednej bramie wyjazdowej, pieczątka na drugiej bramie wyjazdowej. Słowem kosmos.Ale daję radę i oby tak pozostało.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jarku, witaj na R-1! Właśnie byłem ciekaw, jak odnajdziesz się w kolejce do OC, która potrafi sięgać Wolskiej, a czas zjazdu około północy potrafi wydłużyć się niemiłosiernie, a potem jeszcze jazda z tylnego pulpitu manewrowego.

    A i tak przychodzisz, gdy nie ma już klasycznych 105-ek, więc ominęło Cię cofanie z pilotem na gwizdki i sygnały dzwonka, choć czasem coś nawali i z jazdy z pulpitu nici, więc może jeszcze to poznasz.;)

    No to teraz, wśród różnych wolskich atrakcji czas na jednotor do Boernerowa!
    A jak tam nowy tabor: tyrystory, hipolity i delfiny? Uważaj na te ostatnie. Powodzenia!
    (x)r1

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po dzisiejszej linii 24, na którą puścili mnie bez Patrona odczuwam pewien dyskomfort psychiczny.
      Muszę się pozbierać do kupy, bo zwątpiłem w swoje umiejętności.
      Pewnie skrobnę o tym parę słów więcej, ale nie dzisiaj.

      Usuń
  4. Odpowiedzi
    1. Uczciwie powiem, że po Żoliborzu czuję się tak, jakbym przeskoczył kilka poziomów trudności w grze. Coś jakby wyższy poziom.
      Ale może to tylko zmyłka spowodowana innym taborem, innymi liniami, inną zajezdnią, innymi zasadami innymi... wszystkim.

      Usuń
  5. Witaj na R-1. Dziś mieliśmy okazje się poznać hehe, zaczepiłem Cię na przystanku. Przyjechałeś o czasie mojej zmiany lecz poprzedzającą brygadą. Lekko się zdziwiłem jak oznajmiłeś mi, że jedziesz tą linią "pierwszy raz w życiu", ale po chwili wszystko skumałem... Na początku swojej kariery nie lubiłem linii 24, teraz mi pasuje bo czasy ma ok, lecz przejazd przez centrum to loteria-albo bedzie się czekać w kolejce do przystanków, albo nie ma kolejek i pójdzie gładko... Przejąłem zmianę ze sporym opóźnieniem i kurs powrotny pokazał, że był w Centrum kocioł. Nie udało mi się Ciebie dogonić więc dawałeś sobie dzielnie radę :) w nagrodę wcześniej zjechałeś... Życzę powodzenia na R-1, nie mam porównania, ale myślę że jest tu ok. Poznasz wszystkie tajniki i będziesz "gość" :) pozdro i do zobaczenia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I Sorki jeśli przez moją zaczepkę straciłeś światło...

      Usuń
    2. hehehe faktycznie światło uciekło.
      Jak już poznałem trasę w obie strony to kolejny kurs wyszedł na zero - znaczy bez opóźnień.
      Trzeba wiedzieć, gdzie mieć +1, a gdzie prawie +2 :) i jest git.
      W Centrum do świateł stało po sześć składów, czyli ten ostatni automatycznie łapał przynajmniej -6. Koszmar.

      Usuń