poniedziałek, 28 października 2013

Wypychacz tramwajów

Miało być o Wypychaczu, to i będzie, albowiem słownym jestem osobnikiem do szpiku kości.
Opowieść zasłyszana od kumpla Tomasza, z którym przechodziłem wyciskający pot, łzy i nieco krwi proces szkolenia na motorowego.

Tomek jeździł linią 17 w niefartowny dzień, kiedy to doszło do kolizji dwóch tramwajów. Zablokowany został newralgiczny punkt w Warszawie, czego rezultatem było wstrzymanie ruchu szynowego na ponad 2 godziny.
Gdzieś to musiało się rozładować. Trafiło na Dworzec Centralny, a dokładnie na przystanek przy dworcu.
Tam zawsze rozgrywają się dantejskie sceny, a utykanie na dwóch czy trzech zmianach świateł to norma.
Tym razem wystąpił efekt dodatkowy. Bonus taki.

Narrację poprowadzę z pierwszej osoby, bo tak mi nieco łatwiej składać zdania.

Dzień pracy chylił się ku zachodowi. Po zmianie tablic na zjazdowe kierowałem się już w stronę zajezdni macierzystej R4.
Jednak po dojechaniu na przystanek Dworzec Centralny mym oczom ukazały się nieprzebrane tłumy oczekujące na spóźnione w wyniku kolizji na Kercelaku tramwaje.
Na nieszczęście byłem tym pierwszym, który dotarł do rozentuzjazmowanego tłumu.
No i się zaczęło.
Myślałem, że tramwaj nie jest z gumy i się nie rozciąga - myliłem się. Wszystko wskazywało na to, że ilość osób wchodzących nijak nie odpowiada ilości wolnego miejsca w wagonie.
Ludzie wchodzili i wchodzili i wchodzili i dopychali się i wciskali, a potem jeszcze weszło kilka osób, a potem jeszcze jeden delikwent.
Złapał za drzwi i naparłbył całym ciałem. Zmieścił się, a przynajmniej wszystko na to wskazywało.
Normalnie magik jakiś albo iluzjonista co najmniej.
Nacisnąłem przycisk zamknięcia.
Odezwało się standardowe NIUT NIUT NIUT i drzwi się zawarły.
A potem nagle te, za którymi skrywał się niedoszły czarodziej, wyszły poza obrys wagonu i wypadły ze wszystkich prowadnic.
W tym momencie przypomniałem sobie Pierwszą Tajemnicę Tramwajów - z otwartymi drzwiami skład nie pojedzie.
Dodałem w myślach tylko jeszcze jedno zdanie - Przez jednego prostaka ponad 200 osób nie pojedzie dalej.
Używając SNRT (taki system komunikacji) powiadomiłem Centralę Ruchu o zaistniałej sytuacji i rozpocząłem proces wypraszania pasażerów połączony z próbami tłumaczenia, że ich podróż właśnie się skończyła.
Niektórzy próbowali trzymać drzwi twierdząc, że oni dadzą radę, że przytrzymają.
Nie byli w stanie przyjąć do wiadomości, że to nie jest dyliżans, który jeździ co dwa tygodnie (o ile się nie opóźni z powodu napadu indian).
Ja rozumiem, że przyzwyczajenia z PKSu, na który niejednokrotnie trzeba czekać ponad godzinę mogą być mocno zakorzenione w sposobie myślenia, ale do licha jesteśmy w mieście, a tramwaje jeżdżą niejednokrotnie co 3 minuty.
Taka konkluzja - Skoro ludzie nie myślą, to nie jadą.
No, ale wracając do meritum.
Wyprosiłem pasażerów z pierwszego wagonu i poszedłem do drugiego, w celu kontynuowania informowania o awarii tramwaju. Opornie szło, ale się udało.
Zamknąłem ręcznie popsute drzwi i odłączyłem specjalny bezpiecznik, który umożliwiał jazdę nawet z otwartymi drzwiami.
Wracając do kabiny zauważyłem, że pierwszy wagon znowu napchany jest jak przysłowiowa puszka sardynkami.
Nie wiem, kiedy oni zdążyli tam wejść w takiej ilości.
No to abarot - znowu tłumaczenie i znowu wypraszanie.
Ogarnął mnie pusty śmiech, a ręce lekko opadły.
W końcu horror się zakończył i już bez zbędnych rewelacji zjechałem awaryjnie do zajezdni.
Będzie co wspominać przy wspólnym piwie czy innej herbacie.

Koniec

A ja jutro mam teoretyczne szkolenie na SWINGa.
Kolejna przygoda mnie czeka.

niedziela, 27 października 2013

Luźne przemyślenia

Ostatnio spotkałem na pętli kumpla z kursu. Znaczy zanim go spotkałem, to go zobaczyłem.
Wysiadłem zatem z wozu i z uśmiechem na ustach ruszyłem w stronę jego tramwaju.
Wiem, ciężko sobie wyobrazić stukilogramowego, brodatego osobnika, który szczerząc zęby w radosnym grymasie idzie wesoło w waszym kierunku.
On widać też się lekko skonsternował, bo nerwowo pociągając z elektronicznego papierosa zapytał:
- A ty co taki wesoły?
No i co ja miałem odpowiedzieć.
Słońce pięknie świeci, żona zatroszczyła się o wyśmienitą spyżę dla mnie na drogę, widziałem na Żeraniu Wschodnim bażanta w trawie, Antyradio wyjątkowo rockowo przygrywało, w słuchawce akurat leciało Fight for your right.
A ja odpowiedziałem jakoś tak z automatu:
- A bo pracuję w Tramwajach Warszawskich
Dziwnie się na mnie popatrzył :)

-----

Brałem tramwaj z zajezdni. Wiadomo, trzeba zrobić OC (takie sprawdzenie wozu przed wyjazdem), hamulce, światła i takie tam. Do tego dochodzi oczywiście oznakowanie, czyli tablice z numerami linii.
A tu się okazuje, że zamiast tablic do 41 mam komplet do 17 i 33.
Lekki hardcore, bo tu czas się kończy, a trzeba odpowiednio tramwaj "ubrać".
No to biegam jak kot z pęcherzem, zahaczam o budkę z pracownikami technicznymi i razem kontynuujemy poszukiwania.
Na szczęście znalazł się jeden bardziej ogarnięty i doszedł w czym był szkopuł.
Otóż nastąpiła lekka pomyłka i na karcie wozu wydrukowały się nie te cyferki, co potrzeba.
Mój tramwaj stał obok.
Teraz tylko trzeba było powiadomić dyspozytora i wpisać inne numery w kartę.
Uff, tym razem się udało :)

-----

Wiecie, że są tacy specjaliści wysoce umuzykalnieni, którzy uruchamiają swój sprzęt grający w tramwaju i raczą nas głośną muzyką, której przeważnie z powodu dziadowego głośniczka w telefonie słuchać się raczej nie da.
Niestety jest ona uciążliwa i niewspółmiernie głośna w stosunku do swej jakości.
Taki właśnie DJ mi się ostatnio trafił na wagonie.
Zapodał bita i rozpoczął kiwanie głową.
No to się wychyliłem z kabiny i mu mówię, żeby głośniej dał, bo u mnie słabo słychać przez zamknięte drzwi.
I wiecie co?
Wyłączył. Dziwny jakiś.

-----

Na kumpla przyszedł raport, że niby na czerwonym świetle przejechał.
Znam go niezbyt długo, ale prędzej bym się spodziewał, że jest seryjnym mordercą jak Dexter (w sumie jest nawet nieco podobny do tego aktora) lub naśladowcą Hannibala Lectera. Ale żeby na czerwonym? On?
Być nie może.
Mam nadzieję, że ktoś się zwyczajnie pomylił, bo jeżeli nie, to baj baj (czyt. bye bye) premio.

-----

Czasami trafiają się tak zwani obserwatorzy. Ci bardziej zaawansowani potrafią nawet czaić się z aparatem fotograficznym.
Chodzi o pasażerów stojących tuż przy kabinie i czujnie obserwujących poczynania motorowego.
Hardcorowcy są wyposażeni w kamery HD.
Mi na szczęście przytrafiła się wersja light (lekka taka znaczy się).
Kobitka stoi i się gapi, do tego stopnia uporczywie, że normalnie ciarki na plecach czułem i włosy mi dęba stawały.
Odwróciłem się i miło uśmiechnąłem do pani.
Nastąpił foch typu HMPF z lekkim zapowietrzeniem. Następnie pani się odwróciła obrażona.
Poczułem się dziwnie.
Mam nadzieję, że nie złoży skargi.

-----

Pewnego dnia dostałem linię 28. Wyjazd z zajezdni, co łączy się z tym, że początkową fazę rozgrywam nie do końca po standardowej trasie.
Co za tym idzie ilość ludzi pytających się, czy jadę prosto, czy skręcam, a gdzie jadę dokładnie wzrosła niepomiernie.
Może gdyby czytali mojego bloga, to by wiedzieli, na co zwracać uwagę (chodzi o kierunkowskaz, czy oznakowanie zwrotnicy).
I tak sobie pomyślałem w kwestii luźnych przemyśleń, że może warto nieco rozreklamować te moje wypociny.
No i wpadłem na "pomysła", żeby Was poprosić o delikatną pomoc.
Wykoncypowałem sobie taki znaczek, który można zeskanować za pomocą wysokich technologii ukrytych w telefonach smartfonowych, a który prowadzi wprost na tę właśnie stronę.
Reklamowanie polegałoby na tym, by wydrukować taki znak i zawiesić na okolicznej tablicy ogłoszeń albo przykleić czy w inny sposób przymocować w miejscu łatwo dostępnym i widocznym.
Co myślicie? Dałoby się zrobić coś takiego?

A oto znaczek.

Ostatecznie można dopisać nad nim Tramwaj Przeznaczenia, a pod nim podać adres http://www.poszynach.blogspot.com

To tyle na dzisiaj. A miało być o wypychaczu drzwi.

sobota, 26 października 2013

Bilety i kanarki

Żona kumpla powiedziała, że się opuszczam i nic nie piszę.
Prawda jest taka, że życie motorowego jest dość monotonne, jeżeli unikanie potencjalnych wypadków śmiertelnych w ilości kilku sztuk dziennie można nazwać monotonią.
Czasami ktoś coś opowie, czasami usłyszę przypadkiem i wtedy mogę skreślić parę ciekawych akapitów. Bo ileż można pisać o technicznych sprawach związanych z tramwajami?

Dzisiaj przytoczę przypowieść o tak zwanych przyjezdnych studentach (zwanych potocznie słoikami).
Stary motorowy mi to opowiadał nie dalej jak wczoraj, komentując, że normalny to on na emeryturę z tej firmy nie wyjdzie.
Otóż kierował sobie spokojnie Swingiem, a tu nagle za jego plecami rozlega się łomot. W szybkę kabiny drobnymi piąstkami uderza z zapamiętaniem młoda osóbka w postaci mniej więcej osiemnastoletniej dziewczyny (z drugiej strony, skoro przyjmujemy, że to była studentka, to ani chybi musiała być nieco starsza).
No i ta "studentka" w te słowa się odzywa.
- Hańba ci Morris - czy coś w tym stylu - Bo ja tu bilet w tramwaju kupiłam (w sensie, że w automacie) i on mi tu teraz nie działa i co to za skandal jest. Bilet popsuty, zwrot pieniędzy mi się należy. Ja tu proces wytoczę, do gazet pójdę i do przeora klasztoru jak będzie potrzeba.
Na takie dictum trzeba znaleźć odpowiednie słowo, no to się rzeczony motorowy z kabiny wychylił i klaruje dziewoi, że trzeba pewnikiem spróbować w innym kasowniku bilet skasować weryfikując tym samym, czy aby przypadkiem ten jeden nie jest uszkodzony.
Się laska zasiniała i krzyczy dalej, udowadniając, że zadowolona z rozwoju sytuacji wcale nie jest.
Między jednym przekleństwem a drugim, faktycznie próbuje wcisnąć bilet do kasownika, ale ten złośliwie wydaje tylko zgrzytliwe dźwięki i wyrzuca bilet bez opcji kasowania.

Na szczęście znalazła się kolejna, młoda osóbka w postaci blond piękności, która zwróciła uwagę na jeden, drobny szczegół.
- Ale prze pani. Pani ten bilet wsadza odwrotnie. Pani przekręci kartonik.
I wiecie co? Zadziałało.
Proste rozwiązania są najlepsze.

Ta sytuacja przypomniała mi pewien dowcip niejako związany z naszym zawodem.
Biegnie facet do tramwaju krzycząc, że on do pracy, że nie zdąży, że niech poczeka tramwaj na niego.
No to ludzie w wagonie też krzyczą, żeby motorowy drzwi nie zamykał, bo człowiek się śpieszy.
Motorowemu światło uciekło, zadowolony nie był, ale cóż robić - taka służba dla społeczeństwa - poczekał.
Zdyszany facet wpadł do wagonu, złapał oddech, podziękował i odezwał się w te słowa:
- Bilety do kontroli proszę.

Z biletami to zawsze jest masa radości.
Nam sprzedaż tychże karteluszek niewymownie przeszkadza w wykonywaniu zawodu, bo teoretycznie powinniśmy bilety sprzedawać tylko na przystankach, ale to utopia jest. Rzecz do wykonania praktycznie niemożliwa.
No bo wyobraźcie sobie, że motorowy wstrzymuje ruch na 2 minuty i obsługuje dwie osoby, które właśnie chcą zakupić bilet dając oczywiście nieodliczone kwoty.
Trzeba wydać reszty, trzeba policzyć, trzeba w końcu wydać te cholerne bilety i oczywiście odliczyć grosze do wydania.  No bo jak ruszysz z miejsca, a dany delikwent biletu nie nabędzie, to go jakiś złośliwy kanarek gotów z gotówki oskubać
Prawda jest taka, że sprzedajemy te bilety w biegu, co znacząco obniża koncentrację i powoduje niejednokrotnie sytuacje co najmniej niebezpieczne. No bo nie da się przecież jednocześnie patrzeć na wydawaną resztę i na otaczającą tramwaj rzeczywistość.

Także apeluję z tego miejsca - proszę mi tu nie wręczać pięciozłotówek, ani tym bardziej banknotów.
Szczytem bezmyślności jest pytanie - Czy ma pan wydać ze stówki?
Ostatecznie mogę robić tak, jak to uczynił jeden, wesoły motorowy.
Pani dała banknot pięćdziesięciozłotowy (słownie 50 pln) i zażyczyła sobie biletu za 4,40.
Bilet otrzymała, motorowy banknot zwinął i zamknął klapkę.
No bo przecież w regulaminie przewozu pasażerów jasno stoi, że kwota na bilet ma być odliczona.
Widać napiwek się należał, albo coś :)
Faktem jest, że trafiają się pasażerowie, którzy z własnej, nieprzymuszonej woli rezygnują z reszty.
Chwała im za to i sława, bo niepomiernie ułatwiają nam tym życie.

A następnym razem będzie o wypychaczu drzwi.

poniedziałek, 21 października 2013

Pijak

Ostatnio praca na pierwszą zmianę dała mi ostro się we znaki.
Wstawanie o 2:50 w nocy, by bez zbędnych nerwów dojechać na zajezdnię w okolice godziny 4:00 nijak nie chciało zgrać się z zegarem wewnętrznym mojego organizmu.
Pomijam fakt, że jeżdżenie w formie pół-śniętej ryby wcale do przyjemności nie należy.
Raz byłem tak śpiący w pracy, że gdy zatrzymałem się na czerwonym świetle to chciałem otworzyć drzwi dla pasażerów jakbyśmy byli na przystanku.
W porę się jednak opamiętałem.
Bo to wiecie, taki odruch się wykształca - gdy tramwaj się zatrzymuje, to trzeba ludzi wypuścić :)

Trzeba było zatem coś z tym fantem uczynić.
No i z kumplem wpadliśmy na szatański plan.
Zamienimy się! On będzie jeździł tylko rano, a ja tylko na drugą zmianę.
Jak pomyśleliśmy, tak zrobiliśmy.
Podanie napisane, zaniesione do kierownictwa i teoretycznie pozytywnie przyjęte.
Pozostało jedynie czekać na rozpatrzenie.
System maglował te nasze wypociny przez miesiąc, ale wszystko wskazuje na to, że od listopada będę się wysypiał, a kumpel będzie wcześniej wracał do domu.
Ze mnie zawsze był taki nocny Jarek, więc obaj będziemy zadowoleni mam nadzieję.

Z innej beczki to chciałem napisać o oczekiwaniu na potencjalnego pasażera, czyli na osobę dobiegającą.

Raz już miałem odjeżdżać z przystanku, ale jak zwykle tuż przed ruszeniem zerknąłem w boczne lusterko.
A tu moim oczom ukazuje się widok godny epickiej mini sagi.
Wyobraźcie sobie kobietę w towarzystwie dwóch brzdąców w wieku około oseskowym, z czego jeden był jeszcze totalnym mlekosysem - czyli 2 i 4 lata.
Otóż wspomniana wyżej kobieta chwyta jedno z dzieci pod pachę (to mniejsze), a drugie ujmuje za rękę i puszcza się pędem niczym wiatr w kierunku tramwaju.
I normalnie musiałbym być skończonym bastardem (nie, nie chodzi o duży miecz) czy innym draniem, by nie poczekać na matkę, której tak bardzo zależy na szybkim dowiezieniu swoich pociech w miejsce jej tylko wiadome.
Powiem uczciwie, że większy z dzieciaków całkiem dobrze radził sobie z dotrzymywaniem jej kroku w biegu.
A drugi przypadek tyczy się przedstawiciela tak zwanej kultury masowej, czyli hipstera (bo to wiecie, oni wszyscy chcą być tacy niepowtarzalni, że każdy z nich wygląda tak samo źle).
Też byłem tuż przed ruszeniem z przystanku, ale patrzę - biegnie taki śmieszny cudak w spodniach, które mają specjalne miejsce na zapasową pieluchę.
Wiecie, chodzi o odzienie, które ma krok na poziomie kolan.
Żeby to sobie wyobrazić, to musicie wstać z siedziska, złączyć kolana i nie odrywając ich od siebie spróbować pobiec kilka metrów.
Napisanie, że spokojnie mógłby konkurować z kulawą kaczką nie opisze tej sytuacji należycie.
On biegł długo, a ja się śmiałem.
Wyjście z podziwu dla jego zdolności lekkoatletycznych zajęło mi na tyle dużo czasu, że chłopak - bo to chyba był chłopak - zdążył :)

No i na koniec krótka przypowieść o pijaku.
W sumie to bardziej był Pan Żul, bo i utytłany był i wzrok miał dziki i suknię plugawą. Do tego w kapturze zarzuconym na czerep nie wyglądał zbyt atrakcyjnie.
No i pachniał kupą zgniłych liści oraz tym, co w tych liściach mogło się znajdować.
Uczciwie napiszę, że gdyby na którymś z przystanków nie zaczął mi się turlać (dosłownie) po wagonie, to dałbym mu trochę pospać.
Inaczej by się sprawy miały, gdyby któryś z pasażerów zaproponował mi usunięcie wrażego delikwenta, wtedy musiałbym reagować od razu.
Ale tak, to na przystanku krańcowym poprosiłem go grzecznie o opuszczenie leżaka jakim stał się dla niego tramwaj.
No i wywiązał się dialog mniej więcej taki:
- Koniec trasy - poinformowałem delikwenta - czas wysiadać.
- Dobra dobra - odpowiedział Pan Żul ciaśniej otulając się swoim czarnym dresem.
- Żadne tam dobra dobra, tylko trzeba wysiadać - byłem nieustępliwy.
- Tak tak, akurat.
No i weź tu z takim gadaj. Musiałem zmienić taktykę na bardziej socjotechniczną.
- Liczę do trzech i jak pan nie wstanie to wołam Nadzór Ruchu.
- Dobra dobra - powtórzył Pan Żul nie ruszając się z miejsca.
- Ostatnia szansa, uwaga liczę i idę po NADZÓR - tembr głosu zmieniłem na bardziej gardłowy.
Pan się zaczął nerwowo kręcić. Widać Nadzór nie tylko na motorowych tak działa :)
Policzyłem do trzech i odszedłem kilka kroków głośno tupiąc. Dodałem przy tym zdecydowanym tonem
- Idę po Nadzór!
I wiecie co? Pan Żul zwlekł się był z siedziska i płynnym ruchem opuścił pojazd.
Nawet go nie dotknąłem :)

sobota, 19 października 2013

Skrzydła

Jak wiecie zapewne, z motorowym umówić się jest rzeczą trudną, a czasami nawet niemożliwą.
Powodem tego są różne godziny pracy, które niejednokrotnie wypadają w trakcie czasu wolnego ludu pracującego stolicy.
Tedy jedynym wyjściem jakie pozostaje to złapać go na trasie (w sensie, że motorowego, a nie rzeczony lud).

Takoż i dzisiaj tramwaj, który prowadziłem robił za mini centrum hobbystyczne umożliwiające wymianę doświadczeń i części składowych do modeli, którymi się bawię. Rozchodziło się o tytułowe skrzydła do takiego oto modelu:

Fajny, co nie :)

Co prawda kumpel, z którym miałem się spotkać pomylił brygady i nie dane nam było pogadać na pętli, ale na szczęście linie tramwajowe są zakręcone i dzięki temu złapał mnie już po tym jak ruszyłem z krańca Nowe Bemowo.
Można powiedzieć, że obaj byliśmy zakręceni.
Pogadać co prawda się nie dało, bo jest firmowy zakaz wożenia pasażerów w kabinie motorowego, ale do wymiany doszło.
Misja wykonana.

Dodatkowym smakiem do całego, dzisiejszego dnia była koszmarnie zła aura dla tramwajów.
Szyny były tak mocno pokryte "madą" (taka mazia z liści, odpadków, wody i złej magii), że praktycznie przy każdym hamowaniu trzeba było używać piaskownicy i hamulców szynowych. Z ruszaniem było podobnie, tylko beż hamulców :)
Ślisko było jak w kosmosie, czyli że tarcie było praktycznie zerowe.
Skutkowało to oczywiście opóźnieniami bo taka pogoda wymusza jazdę z ograniczoną prędkością.
Kumple zaliczali poślizgi czasowe dochodzące na krańcach do 15 minut.
Naprawdę było mega niebezpiecznie.
Na szczęście koło 17:00 spadł deszcz i sytuacja się unormowała, czyli "mada" została zmyta z szyn.
Nigdy nie sądziłem, że tak bardzo polubię opady atmosferyczne.
Mam nadzieję, że pasażerowie nie odczuli bardzo dyskomfortu spowodowanego ostrym hamowaniem.

Przy takiej pogodzie nie zalecam zajmowania miejsc w tylnej części tramwaju.
Ja wiem, że na rufie jeździ szlachta i zakochani, ale gdy wydarzy się coś złego i tramwaje wjadą na siebie, to może się skończyć tak:


Dbajcie zatem o siebie i odpuśćcie motorowemu gdy od czasu do czasu szarpnie przy hamowaniu.
Zdjęcie zajumane z najlepszego fanpage o tramwajach, czyli Motorniczy na krawędzi tramwajów

czwartek, 17 października 2013

Tolerancja

Kiedy na rozmowie o pracę w Tramwajach Warszawskich przyznałem się, że przez większość dorosłego życia prowadziłem własne przedsiębiorstwo, pan rekruter uśmiechnął się i powiedział, że w takim razie nie będzie dla mnie niczym nowym pracowanie w lekko wydłużonym czasie pracy od czasu do czasu.
No jasne, że nie. W końcu jak się robi na swoim to się jest w pracy 24 godziny na dobę, więc jeżeli zdarzy się potrzeba jeżdżenia dłużej, to nic złego się nie stanie.

O ja naiwny.
Myślałem, że chodzi o to, iż raz na tydzień czy raz na dwa tygodnie trzeba będzie popracować więcej niż 8 godzin.
No dobra. Dwa razy w tygodniu. Niech tam.
Ale kurde nie codziennie.
Jasne, jaśniutkie jest, że takie czasowe wyżymanie motorowego nie trwa non stop, że dziesięciogodzinne zmiany są równoważone służbami trwającymi sześć, czy nawet pięć godzin.
Ale nie oszukujmy się.
Po sześciu godzinach na tramwaju i tak człowiek wraca zmęczony do domu tak, jakby robił cały dzień.
Natomiast po dziesięciu godzinach człowiek nie wraca.
Człowiek wlecze się wyczerpany doszczętnie.
Dodajmy do tego zatrzymanie na mieście spowodowane kolizją czy wypadkiem albo zwyczajnym odłączeniem prądu, a może się okazać, że na wagonie spędzimy 12 godzin.
To już nie jest fajne.

Być może organizm kiedyś przywyknie i nie będzie przysypiał po 8 godzinach permanentnego skupienia.
Prawda jest jednak taka, że 10 godzin w tramwaju jest równoznaczne z  podróżą non stop z Warszawy do Gdańska i z powrotem.
Bez szansy na rozpędzenie się.
Bez możliwości podziwiania widoków.
Bez ewentualnego zabrania ładnej autostopowiczki.
W towarzystwie żony i teściowej.
Gdy mają okres.
W deszczu.
Podczas przymrozków
W nocy.

Poważnie mówię. 8 godzin na wozie to opór. Dalej są tylko halucynacje i śmierć z niedożywienia :)
Myślę, że nad tym problemem powinny pochylić się Związki Zawodowe w Tramwajach Nie Tylko Warszawskich.

Ale ja nie o tym chciałem.
Ostatnio przejmowałem po południu wóz. Normalka - zmiana na mieście.
Z kabiny wychynął jednak osobnik z papierosem w ustach. Zapalonym.
Nosz kurde bele cwaniaczek w ząbek czesany.
Nie mógł poczekać 30 sekund i odpalić szluga na zewnątrz?
Się go pytam łaskawcę, czy mu nie wstyd tak smrodzić innym w pracy.
A on zdziwiony odpowiada, że przecież okienko jest otwarte.
Ręce opadają.
Głowę daję, że gość palił w trakcie jazdy, bo zanim wywietrzyłem kabinę, to jeszcze mi śmierdziało przez dobre 2 godziny.
Cieplej od tego wietrzenia na pewno mi nie było.

Ale palacze ogólnie są utrapieniem nie tylko dla mnie.
Czasami stoi sobie taki jeden z drugim na przystanku i zasmradza.
Niektórzy są mądrzejsi i przechodzą na koniec wyznaczonego obszaru, albo w lekkim oddaleniu oddają się przyjemnościom dymienia na trawniku lub za wiatą.
To nic, że w przyrodzie występuje coś takiego jak wiatr. Przecież wszyscy wiedzą, że dym się nie roznosi.
Dobra. Dość sarkazmów.
Najbardziej irytują mnie terroryści, którzy ostatniego bucha biorą tuż przed wejściem do wagonu.
Oczywiście niedopałek ląduje na ziemi (bo po co zdusić papierosa w koszu na śmieci), a ostatni wydech oddawany jest już w środku tramwaju.
Aaargh! Myślenie nie boli.
Muszę jednak oddać honor tym nielicznym, którzy dbają o komfort współpasażerów i ostatnie zaciągnięcie wykonują z dala od wozu, a zduszenie papierosa wykonują w miejscu to tego przeznaczonym.
Chwała im za to i sława, albowiem dobrze postępują.
I tacy ludzie są w prządku. Takie palenie toleruję.

A teraz idę odpocząć, bo przez trzy kolejne dni czekają mnie 10 godzinne zmiany. W tym słynna linia 6 zwana karuzelą z trzyminutowymi przerwami na pętlach.
A na szkoleniu wciskali nieświadomym kursantom, że 5 minut na krańcu należy się motorowemu jak psu buda (czy inna kiełbasa niekoniecznie wyborcza).

poniedziałek, 14 października 2013

Gra miejska

Ostatnio było smuto i ckliwie z lekką dozą marudzenia i jęczenia.
Ale wystarczy tego złego, bo jeszcze na gorsze wyjdzie.
Dzisiaj trochę bezpłatnej reklamy dotyczącej inicjatywy związanej oczywiście ze światem tramwajów.
Żeby nie nadwyrężać swojej mózgownicy, to zwyczajnie zrobię copy paste bo po co zmieniać coś, co całkiem dobrze wygląda.

Uwaga rozpoczynam wklejanie.

AAAAAAAAA, ROZTARGNIONY MOTORNICZY POTRZEBUJE TWOJEJ POMOCY!

Weź udział w grze miejskiej „Ochota na tramwaj” i uratuj ul. Bitwy Warszawskiej przed ogromnymi korkami.

Poznajcie historię motorniczego Stefana, który przez roztargnienie pogubił sprzęt niezbędny do uruchomienia nowej linii tramwajowej. Tylko Wasza drużyna może mu pomóc, odkrywając tajniki miejskiej komunikacji! Zadaniem uczestników gry będzie odnalezienie, m.in. dźwigni do zwrotnicy, kasownika, przystanku, czapki motorniczego i wagonu! Aby otrzymać każdy z wymienionych przedmiotów, drużyny będą musiały pokonać wiele przeszkód.

--->DLA KOGO?
Do udziału zapraszamy drużyny od 3 do 5 uczestników. Osoby nieposiadające drużyny zostaną połączone w zespoły. Zagrać może każdy od 3 do 103 lat. Prosimy jedynie, aby w każdej drużynie znalazła się (co najmniej) jedna pełnoletnia osoba.

--->ZGŁOSZENIA:
Rejestracja odbywa się od 8 do 25 października drogą elektroniczną: glosnatramwaj@gmai.com lub telefoniczną: 502933525
Udział w grze jest bezpłatny. Trzy najlepsze drużyny otrzymają cenne nagrody!

--->CZAS TRWANIA:
Gra odbędzie się 26 października na terenie Ochoty. Zaczynamy równo o 12:00, startując z Centrum Handlowego Blue City (szczegóły wkrótce!). Gramy max. do godz. 15:00.


Więcej informacji na temat gry znajdziecie na stronie: www.ochotanatramwaj.blogspot.com w zakładce: GRA MIEJSKA.


Połamania szyn!!!

***
Organizatorem gry jest oddolna koalicja „Ochota na tramwaj”

Wyraź swój głos już teraz: 

List poparcia budowy linii tramwajowej

Koniec wklejania. Znowu ja się będę produkował.

Dla miłośników facebooka zamieszczam link do utworzonego tam wydarzenia.
Facebookowe wydarzenie
Teraz pozostaje mieć tylko nadzieję na ładną pogodę i doborowe towarzystwo.
A ja dzisiaj sobie wsiądę o 14:45 w linię 17 i pojeżdżę z pięć godzin.
W końcu płacą mi za to :)