Miało być o Wypychaczu, to i będzie, albowiem słownym jestem osobnikiem do szpiku kości.
Opowieść zasłyszana od kumpla Tomasza, z którym przechodziłem wyciskający pot, łzy i nieco krwi proces szkolenia na motorowego.
Tomek jeździł linią 17 w niefartowny dzień, kiedy to doszło do kolizji dwóch tramwajów. Zablokowany został newralgiczny punkt w Warszawie, czego rezultatem było wstrzymanie ruchu szynowego na ponad 2 godziny.
Gdzieś to musiało się rozładować. Trafiło na Dworzec Centralny, a dokładnie na przystanek przy dworcu.
Tam zawsze rozgrywają się dantejskie sceny, a utykanie na dwóch czy trzech zmianach świateł to norma.
Tym razem wystąpił efekt dodatkowy. Bonus taki.
Narrację poprowadzę z pierwszej osoby, bo tak mi nieco łatwiej składać zdania.
Dzień pracy chylił się ku zachodowi. Po zmianie tablic na zjazdowe kierowałem się już w stronę zajezdni macierzystej R4.
Jednak po dojechaniu na przystanek Dworzec Centralny mym oczom ukazały się nieprzebrane tłumy oczekujące na spóźnione w wyniku kolizji na Kercelaku tramwaje.
Na nieszczęście byłem tym pierwszym, który dotarł do rozentuzjazmowanego tłumu.
No i się zaczęło.
Myślałem, że tramwaj nie jest z gumy i się nie rozciąga - myliłem się. Wszystko wskazywało na to, że ilość osób wchodzących nijak nie odpowiada ilości wolnego miejsca w wagonie.
Ludzie wchodzili i wchodzili i wchodzili i dopychali się i wciskali, a potem jeszcze weszło kilka osób, a potem jeszcze jeden delikwent.
Złapał za drzwi i naparłbył całym ciałem. Zmieścił się, a przynajmniej wszystko na to wskazywało.
Normalnie magik jakiś albo iluzjonista co najmniej.
Nacisnąłem przycisk zamknięcia.
Odezwało się standardowe NIUT NIUT NIUT i drzwi się zawarły.
A potem nagle te, za którymi skrywał się niedoszły czarodziej, wyszły poza obrys wagonu i wypadły ze wszystkich prowadnic.
W tym momencie przypomniałem sobie Pierwszą Tajemnicę Tramwajów - z otwartymi drzwiami skład nie pojedzie.
Dodałem w myślach tylko jeszcze jedno zdanie - Przez jednego prostaka ponad 200 osób nie pojedzie dalej.
Używając SNRT (taki system komunikacji) powiadomiłem Centralę Ruchu o zaistniałej sytuacji i rozpocząłem proces wypraszania pasażerów połączony z próbami tłumaczenia, że ich podróż właśnie się skończyła.
Niektórzy próbowali trzymać drzwi twierdząc, że oni dadzą radę, że przytrzymają.
Nie byli w stanie przyjąć do wiadomości, że to nie jest dyliżans, który jeździ co dwa tygodnie (o ile się nie opóźni z powodu napadu indian).
Ja rozumiem, że przyzwyczajenia z PKSu, na który niejednokrotnie trzeba czekać ponad godzinę mogą być mocno zakorzenione w sposobie myślenia, ale do licha jesteśmy w mieście, a tramwaje jeżdżą niejednokrotnie co 3 minuty.
Taka konkluzja - Skoro ludzie nie myślą, to nie jadą.
No, ale wracając do meritum.
Wyprosiłem pasażerów z pierwszego wagonu i poszedłem do drugiego, w celu kontynuowania informowania o awarii tramwaju. Opornie szło, ale się udało.
Zamknąłem ręcznie popsute drzwi i odłączyłem specjalny bezpiecznik, który umożliwiał jazdę nawet z otwartymi drzwiami.
Wracając do kabiny zauważyłem, że pierwszy wagon znowu napchany jest jak przysłowiowa puszka sardynkami.
Nie wiem, kiedy oni zdążyli tam wejść w takiej ilości.
No to abarot - znowu tłumaczenie i znowu wypraszanie.
Ogarnął mnie pusty śmiech, a ręce lekko opadły.
W końcu horror się zakończył i już bez zbędnych rewelacji zjechałem awaryjnie do zajezdni.
Będzie co wspominać przy wspólnym piwie czy innej herbacie.
Koniec
A ja jutro mam teoretyczne szkolenie na SWINGa.
Kolejna przygoda mnie czeka.


