Powoli zbliża się moja rocznica.
Zostało ciut ponad dwa tygodnie do 15 lipca. Wtedy będę fetował niejakie osiągnięcie.
Nadal jednak czuję się tak, jakbym dopiero terminował.
Rok to niby dużo, bo większość osób zmienia pracę właśnie po roku, ale z drugiej strony mało, bo praca w tramwajach wciąga (prawie jak chodzenie po bagnach) niczym niezdrowa fascynacja, gdy delikatnie rozdrapujesz rankę.
Może ciut przesadzam, ale coś w tym jest.
Najbardziej zauważalne po tym roku jest u mnie zobojętnienie na ludzi.
Nie to, żebym kompletnie przestał reagować, ale na pewno przestałem ich słuchać.
Nawet gdy wsiadają do tramwaju, to nie postrzegam ich jako jednostki, które mają własne cele, problemy czy marzenia, ale jak fale przyboju. Coś nieuniknionego.
Tłuszcza wlewa się do wagonu, zamykam drzwi (żeby się nic nie ulało) i ruszam w trasę.
Nie zawsze tak jest, czasami trzeba poczekać na kropelki, które dobiegają, czy mają inne kłopoty z załadowaniem się do wagonu.
Z wysiadaniem też jest podobnie. Patrząc w boczne lusterko często widzę jedynie ruch, a nie osobę. Nie wyobrażam sobie jak dana postać wygląda, tylko uważam, czy komuś krzywdy nie zrobię zamykając drzwi zbyt wcześnie.
Problem dotyczy głownie starszych osób w drugim wagonie, które do wysiadania zbierają się z niejakim opóźnieniem. Ich tam po prostu, zwyczajnie nie widać.
Trzeba się też uodparniać na osobników, którzy z uporem maniaka próbują wymuszać pierwszeństwo na tramwaju.
I nie piszę tu o samochodach, ale o pieszych działających na zasadzie:
"O! Tramwaj jedzie. A to wejdę na torowisko".
Siłą rzeczy empatia wśród motorniczych bywa mocno osłabiona.
Oczywiście nie zanika zupełnie i każdy kto tak twierdzi nie zna się na rzeczy.
Motorniczy czasami ma gorszy dzień, a gorszy dzień motorowego przekłada się na tysiące osób, z którymi podczas służby ma się kontakt.
Jedni to rozumieją, a inni piszą skargi.
Czasami wystarczy nie zażyć odpowiedniej ilości snu. Uwierzcie mi, że prowadzenie tramwaju po jedynie trzech godzinach w objęciach Morfeusza może powodować sytuacje dużo bardziej groźne niż te, które mogłyby wystąpić po wypiciu lampki wina do obiadu.
Powiało grozą, to trzeba nieco rozładować sytuację.
Niekwestionowany Król opowieści przytoczył mi kolejną historię, której był świadkiem.
Uwaga, kurtyna w górę:
Do drzwi kabiny przykleiło się dwóch chłopaczków, na oko jakieś 8-9 wiosen.
Nie wiem czy jechali sami, czy w towarzystwie opiekunów. Mało to ważne jest dla historii.
Byli pewnie świeżo po oglądaniu Terminatora (Elektroniczny morderca po polsku), Man in Black czy czegoś zbliżonego.
Było słonecznie, więc jeździłem w bardzo ciemnych okularach.
Nagle jeden z nich (tych dzieciaków znaczy się) stwierdził, że tramwajów nie prowadzą ludzie, tylko roboty.
Na co to ten drugi żachnął się i zanegował wypowiedź kolegi.
Siłą rzeczy wywiązał się dialog.
- Noo terminatory.
- Eee, to nieprawda.
- Prawda! Wojtek chodzi do 5 klasy i to on mi mówił.
- Nooo, Wojtek się zna (pełny szacunek w głosie).
- Zobacz. Oni wszyscy wyglądają tak samo. Ten co go mijaliśmy też miał takie same okulary.
- Ale zobacz, ta pani nie jest terminatorem (obok przejężdżał kolejny skład prowadzony przez babeczkę bez okularów).
- Ludzie też muszą pracować, bo jak tramwaj się popsuje, to ktoś musi go naprawić.
- No ale skąd wiesz, że ten nasz (czyli niby ja) jest terminatorem?
- No popatrz. Nie rusza się, nie mówi, nie uśmiecha. Tylko głową za każdym razem w ten sam sposób rusza.
Wtedy dotarło do mnie, że to co ten dzieciak mówi ma sens. Moje ruchy głowy za każdym razem wyglądały tak samo: lusterko - prawa strona, lusterko - wenętrze, lusterko - lewa strona. Na każdym przystanku ciągle to samo. Dzieciaki rozochociły się swoją wyobraźnią i wóciły do rozmowy.
- A ten terminator oddycha?
Po pytaniu zapadła dłuższa przerwa wykorzystana do wzmożonej obserwacji zachowań potencjalnego robota. Celowo w pewnym momencie kaszlnąłem.
Odskoczyli jak oparzeni od drzwi kabiny.
- Widzisz? To człowiek, a nie żaden terminator.
Moja ludzka reakcja trochę ich zawiodła i zaczęli odwracać się od kabiny. Jednak jeden z nich na odchodne rzucił jeszcze stwierdzenie pozostawiające szansę na drugi odcinek:
- Bo oni tylko tak udają, żeby nie można ich było odróżnić.
Zatem więcej uśmiechu i kaszlnijcie od czasu do czasu w pracy.
Może wasi pracodawcy wtedy zauważą, że nie jesteście maszynami.
sobota, 28 czerwca 2014
poniedziałek, 23 czerwca 2014
Wieczorne Polaków rozmowy.
Wychodząc z pracy mijam bramę zakładową (taką specjalną, ze szlabanami).
Przy bramie stoi budka, a w tej budce siedzą sobie mili państwo ochroniarze i ochraniają.
I zawsze jak opuszczam teren zajezdni, to staram się rzucić jakieś miłe słowo, albo żarcik, albo chociaż uśmiechnąć się przyjaźnie. Jak jestem mocno przemęczony, to ograniczam się do zwykłego pożegnania lub zasalutowania ręką.
Ostatnio też chciałem tak zrobić i obmyśliłem plan, by użyć starego powiedzenia na zakończenie pracy typu:
"No, na dzisiaj wystarczy".
Ale na chceniu się skończyło, bo uświadomiłem sobie, że jest już po pierwszej w nocy, a do pracy wrócę tego samego dnia.
Jakoś mi humor nieco opadł i na pożegnanie rzuciłem tylko zdawkowe darz bór (uśmiech numer trzy dorzuciłem do zestawu).
Powolnym krokiem udałem się na przystanek autobusowy, a tam skonstatowałem, że za wcześnie wyszedłem z pracy i teraz będę musiał sobie poczekać na nocny.
Jednak nie stałem długo sam.
Po kilku minutach dołączył do mnie inny motorowy. Młody, silny, zmotywowany.
I wywiązała się miła konwersacja na tematy okołofirmowe.
Nie nie, żadnego marudzenia i utyskiwania nie było, jaki to świat jest podły, a zasady firmowe okrutne.
Nic z tych rzeczy.
Przepraszam, jeżeli zawiodłem malkontentów.
Było o jeździe przepisowej.
Padło pytanie:
- A ty zawsze jeździsz przepisowo?
Ja uczciwy chłopak jestem, więc i odpowiedziałem zgodnie z prawdą - Staram się, ale nie zawsze się da.
Czasami lekko za mocno wychylę drążek (zadajnik jazdy się to fachowo nazywa) i na krzyżakach osiągam zawrotną prędkość 20 km/h (obowiązuje nas ograniczenie do 15 km/h), Czasami ruszę z przystanku na kocich oczach (żółte światło dla tramwajów), żeby nie stać dwóch minut bez sensu. Czasami ciut nagnę ograniczenie prędkości.
Ale staram się jeździć zgodnie z przepisami.
- Ooo, ja to zawsze jeżdżę zgodnie z przepisami - odpowiedział mój rozmówca.
- Poważnie? I nigdy nie przekroczyłeś prędkości na ograniczeniu 10 km/h? Nigdy nie przejechałeś skrzyżowania na "czerwonym" bo nie zdążyłeś wyhamować? Moim zdaniem nie da się być krystalicznie przepisowym.
Dajmy na to nowe ograniczenia prędkości na Bemowie (właściwie to chyba Jelonki są). Przed przystankiem Synów Pułku. Znaki postawione są albo na łukach, albo między drzewami. Nie są widoczne, dopóki do nich nie dojedziesz, a stoją w miejscu, w którym tramwaj daje pełną mocą elektryczną, bo jak nie osiągnie tam prędkości minimum 55 kh/h, to nie wyrabia się na światła i grzęźnie na półtorej minuty. Nawet gdybyś chciał wyhamować, to się fizycznie nie da.
Albo ograniczenie przed przystankiem Bemowo Ratusz. To samo. Tam tramwaj musi jechać szybko, bo nie zdąży na cykl świetlny, który trwa dwie minuty, a jeżeli nie wiesz, że jest tam umieszczone ograniczenie, to nie zdążysz zmniejszyć prędkości do odpowiedniej.
Albo gdy zamykasz drzwi. Ktoś w ostatniej chwili wskoczy i drzwi zrewersują. Ponowne zamknięcie trwa 5 sekund. Ruszysz, a tu nagle "CYK" światełko się zmienia. Zahamujesz? Narazisz pasażerów na poprzewracanie się? Czy raczej zadasz więcej jazdy i "prześlizgniesz się" przez skrzyżowanie?
W oczach motorniczego pojawiło się pewne zwątpienie.
- Faktycznie, jak tak sobie pomyślę, to pewnie mi się zdarzyło. No i te ograniczenia to też mnie złapały. Tam jak się nie ma wiedzy o nich, to nijak nie można się dostosować do przepisów.
Ale po krzyżakach to maksymalnie 18 km/h. Nigdy więcej.
- Powiem uczciwie, że gdyby dało się jeździć zawsze zgodnie z przepisami, gdybym nie martwił się o to, czy ktoś mi cyknie fotkę, albo czy zmieszczę się w rozkładzie jazdy, to byłbym bardzo szczęśliwym i zadowolonym pracownikiem.
Pokiwaliśmy głowami w zamyśleniu i szybko zmieniliśmy temat na przyjemniejszy.
Przy bramie stoi budka, a w tej budce siedzą sobie mili państwo ochroniarze i ochraniają.
I zawsze jak opuszczam teren zajezdni, to staram się rzucić jakieś miłe słowo, albo żarcik, albo chociaż uśmiechnąć się przyjaźnie. Jak jestem mocno przemęczony, to ograniczam się do zwykłego pożegnania lub zasalutowania ręką.
Ostatnio też chciałem tak zrobić i obmyśliłem plan, by użyć starego powiedzenia na zakończenie pracy typu:
"No, na dzisiaj wystarczy".
Ale na chceniu się skończyło, bo uświadomiłem sobie, że jest już po pierwszej w nocy, a do pracy wrócę tego samego dnia.
Jakoś mi humor nieco opadł i na pożegnanie rzuciłem tylko zdawkowe darz bór (uśmiech numer trzy dorzuciłem do zestawu).
Powolnym krokiem udałem się na przystanek autobusowy, a tam skonstatowałem, że za wcześnie wyszedłem z pracy i teraz będę musiał sobie poczekać na nocny.
Jednak nie stałem długo sam.
Po kilku minutach dołączył do mnie inny motorowy. Młody, silny, zmotywowany.
I wywiązała się miła konwersacja na tematy okołofirmowe.
Nie nie, żadnego marudzenia i utyskiwania nie było, jaki to świat jest podły, a zasady firmowe okrutne.
Nic z tych rzeczy.
Przepraszam, jeżeli zawiodłem malkontentów.
Było o jeździe przepisowej.
Padło pytanie:
- A ty zawsze jeździsz przepisowo?
Ja uczciwy chłopak jestem, więc i odpowiedziałem zgodnie z prawdą - Staram się, ale nie zawsze się da.
Czasami lekko za mocno wychylę drążek (zadajnik jazdy się to fachowo nazywa) i na krzyżakach osiągam zawrotną prędkość 20 km/h (obowiązuje nas ograniczenie do 15 km/h), Czasami ruszę z przystanku na kocich oczach (żółte światło dla tramwajów), żeby nie stać dwóch minut bez sensu. Czasami ciut nagnę ograniczenie prędkości.
Ale staram się jeździć zgodnie z przepisami.
- Ooo, ja to zawsze jeżdżę zgodnie z przepisami - odpowiedział mój rozmówca.
- Poważnie? I nigdy nie przekroczyłeś prędkości na ograniczeniu 10 km/h? Nigdy nie przejechałeś skrzyżowania na "czerwonym" bo nie zdążyłeś wyhamować? Moim zdaniem nie da się być krystalicznie przepisowym.
Dajmy na to nowe ograniczenia prędkości na Bemowie (właściwie to chyba Jelonki są). Przed przystankiem Synów Pułku. Znaki postawione są albo na łukach, albo między drzewami. Nie są widoczne, dopóki do nich nie dojedziesz, a stoją w miejscu, w którym tramwaj daje pełną mocą elektryczną, bo jak nie osiągnie tam prędkości minimum 55 kh/h, to nie wyrabia się na światła i grzęźnie na półtorej minuty. Nawet gdybyś chciał wyhamować, to się fizycznie nie da.
Albo ograniczenie przed przystankiem Bemowo Ratusz. To samo. Tam tramwaj musi jechać szybko, bo nie zdąży na cykl świetlny, który trwa dwie minuty, a jeżeli nie wiesz, że jest tam umieszczone ograniczenie, to nie zdążysz zmniejszyć prędkości do odpowiedniej.
Albo gdy zamykasz drzwi. Ktoś w ostatniej chwili wskoczy i drzwi zrewersują. Ponowne zamknięcie trwa 5 sekund. Ruszysz, a tu nagle "CYK" światełko się zmienia. Zahamujesz? Narazisz pasażerów na poprzewracanie się? Czy raczej zadasz więcej jazdy i "prześlizgniesz się" przez skrzyżowanie?
W oczach motorniczego pojawiło się pewne zwątpienie.
- Faktycznie, jak tak sobie pomyślę, to pewnie mi się zdarzyło. No i te ograniczenia to też mnie złapały. Tam jak się nie ma wiedzy o nich, to nijak nie można się dostosować do przepisów.
Ale po krzyżakach to maksymalnie 18 km/h. Nigdy więcej.
- Powiem uczciwie, że gdyby dało się jeździć zawsze zgodnie z przepisami, gdybym nie martwił się o to, czy ktoś mi cyknie fotkę, albo czy zmieszczę się w rozkładzie jazdy, to byłbym bardzo szczęśliwym i zadowolonym pracownikiem.
Pokiwaliśmy głowami w zamyśleniu i szybko zmieniliśmy temat na przyjemniejszy.
środa, 11 czerwca 2014
Szort nius
Tak na szybko, bo zapomnę, albo mi z głowy wyleci.
Kumpla spotkałem. Takiego z kursu dla motorowych. Nie widzieliśmy się bardzo długo, a że on na Pradze jeździ, a ja na Woli, to i zejść się jest niebywale trudno (problemy umówienia się z motorowym opiszę innym razem).
No i mając całe 3 minuty na pogaduszki (albowiem spotkaliśmy się na pętli, a czas naglił), kumpel ów opowiedział mi krótką dykteryjkę.
Otóż.
Siedzą sobie dwie psiapsióły w tramwaju i gawędzą o tym i owym.
Jako, że dokazywały dość głośno, to i otoczenie mogło usłyszeć, o czym sobie rzeczone dziewczyny rozmawiają.
A rozmawiały o tramwajach.
- I wiesz moja droga, bo ja to chciałam się przesiąść z jednego tramwaju do drugiego. Sprytna jestem niebywale, to sobie sprawdziłam rozkłady jazdy. No i wynikało z nich, że ten tramwaj, do którego mam się przesiąść, to przyjedzie trzy minuty po tym, którym akurat jechałam.
No to wysiadam sobie na przystanku, patrzę, a tu mój tramwaj zamiast być trzy minuty za mną, to stoi przede mną.
Znaczy nie stoi, a właśnie odjeżdża.
O drań! Cztery minuty przed czasem. To świnia, cham! Już ja mu dam!
No i napisałam skargę, bo co będzie cham taki, cztery minuty przed czasem odjeżdżał.
Usłyszawszy to, ręce mi opadły do samego chodnika, a smutek przeszył me serce wielce.
Bo wystarczy pomyśleć chwilę, a dojdzie się do wniosku, że pan nie odjechał cztery minuty za wcześnie, tylko był zwyczajnie opóźniony.
Taki przykład z mojego, osobistego doświadczenia.
Pomagałem pani na wózku inwalidzkim. Na jednym przystanku wsiadała, na drugim wysiadała.
Trzeba było wysunąć specjalną rampę, trzeba było wysiąść, pomóc wózek wyprowadzić, potem tę samą rampę schować. Wszystko zabiera czas.
Taka obsługa pasażera to właśnie magiczne cztery minuty opóźnienia.
TADAM! Badam TSSS (taki werbelek na koniec sztuczki magicznej).
Ale skarga poszła i biedny motorowy musiał się tłumaczyć.
A propos skarg.
Ostatnio w modzie wózki inwalidzkie, to i mi się przytrafiła nie do końca miła cyrkumstancja.
Miły pan na wózku okrzykując mnie z przystanku zapytał, czy dojedzie do pewnej apteki.
Jako, że apteka była na mojej trasie, to odkrzyknąłem z kabiny, że i owszem uda mu się dojechać.
Na to pan poprosił, żebym mu rampę wysunął.
Ochoczo na to przystałem, ale że drzwi w SWINGU już miałem otwarte, to krzyknąłem żeby poczekał, bo wpierw muszę wszystkie drzwi zamknąć, żeby rzeczoną rampę wysunąć.
Niestety już tego nie usłyszał i zaczął się tarabanić w zamykające się drzwi.
Nawet nie zdążyłem wysiąść z kabiny.
Nauczony doświadczeniem i obcowaniem z pasażerami, wyszedłem z kabiny i prostych słowach przeprosiłem pana za niedogodność.
Dodam, że już się larum podnosiło, że motorowy świnia i chciał zabić, albo co gorsza przytrzasnąć drzwiami.
Pan był wyrozumiały, tłumaczenie przyjął do wiadomości i również mnie przeprosił.
Pewnie dlatego, że zdążył na mnie kilka psów rasy mieszanej powiesić podczas wsiadania.
Nie zdążyłem wrócić do kabiny, a jakiś jegomość z przystanku, wygrażając mi ponurym wzrokiem zaczął opierniczać za przytrzaskiwanie inwalidów w drzwiach.
Też spokojnie wyjaśniłem, na czym polega problem z wysunięciem rampy.
Nie wiem, czy zrozumiał problem, bo machnął ręką i odszedł.
Obawiam się tylko, że ktoś obserwujący zdarzenie z oddalenia, mógł z naszej konwersacji wyciągnąć zgoła dziwne wnioski, a jako że napisanie skargi niewiele kosztuje, to mogę się liczyć z potrzebą tłumaczenia się z braku posiadania garba.
Całość zakończyła się jednak miło.
Pan inwalida na kolejnym przystanku wyjechał sobie sprawnie po rampie, zatrzymał wózek przed przodem tramwaju i pomachał mi życzliwie, na co skwapliwie odpowiedziałem i rozjechaliśmy się w nieco lepszych humorach.
Dobrze, że w SWINGU są kamery.
Tak na zakończenie.
Pomimo tego, że użyłem informacji pasażerskiej, ogłaszającej że drzwi są zamknięte bo rampa się wysuwa, to pasażerowie i tak nerwowo naciskali guzik otwierania, powarkiwali i nerwowo obracali głowy w stronę mojej kabiny.
Eh nerwy moje nerwy.
Kumpla spotkałem. Takiego z kursu dla motorowych. Nie widzieliśmy się bardzo długo, a że on na Pradze jeździ, a ja na Woli, to i zejść się jest niebywale trudno (problemy umówienia się z motorowym opiszę innym razem).
No i mając całe 3 minuty na pogaduszki (albowiem spotkaliśmy się na pętli, a czas naglił), kumpel ów opowiedział mi krótką dykteryjkę.
Otóż.
Siedzą sobie dwie psiapsióły w tramwaju i gawędzą o tym i owym.
Jako, że dokazywały dość głośno, to i otoczenie mogło usłyszeć, o czym sobie rzeczone dziewczyny rozmawiają.
A rozmawiały o tramwajach.
- I wiesz moja droga, bo ja to chciałam się przesiąść z jednego tramwaju do drugiego. Sprytna jestem niebywale, to sobie sprawdziłam rozkłady jazdy. No i wynikało z nich, że ten tramwaj, do którego mam się przesiąść, to przyjedzie trzy minuty po tym, którym akurat jechałam.
No to wysiadam sobie na przystanku, patrzę, a tu mój tramwaj zamiast być trzy minuty za mną, to stoi przede mną.
Znaczy nie stoi, a właśnie odjeżdża.
O drań! Cztery minuty przed czasem. To świnia, cham! Już ja mu dam!
No i napisałam skargę, bo co będzie cham taki, cztery minuty przed czasem odjeżdżał.
Usłyszawszy to, ręce mi opadły do samego chodnika, a smutek przeszył me serce wielce.
Bo wystarczy pomyśleć chwilę, a dojdzie się do wniosku, że pan nie odjechał cztery minuty za wcześnie, tylko był zwyczajnie opóźniony.
Taki przykład z mojego, osobistego doświadczenia.
Pomagałem pani na wózku inwalidzkim. Na jednym przystanku wsiadała, na drugim wysiadała.
Trzeba było wysunąć specjalną rampę, trzeba było wysiąść, pomóc wózek wyprowadzić, potem tę samą rampę schować. Wszystko zabiera czas.
Taka obsługa pasażera to właśnie magiczne cztery minuty opóźnienia.
TADAM! Badam TSSS (taki werbelek na koniec sztuczki magicznej).
Ale skarga poszła i biedny motorowy musiał się tłumaczyć.
A propos skarg.
Ostatnio w modzie wózki inwalidzkie, to i mi się przytrafiła nie do końca miła cyrkumstancja.
Miły pan na wózku okrzykując mnie z przystanku zapytał, czy dojedzie do pewnej apteki.
Jako, że apteka była na mojej trasie, to odkrzyknąłem z kabiny, że i owszem uda mu się dojechać.
Na to pan poprosił, żebym mu rampę wysunął.
Ochoczo na to przystałem, ale że drzwi w SWINGU już miałem otwarte, to krzyknąłem żeby poczekał, bo wpierw muszę wszystkie drzwi zamknąć, żeby rzeczoną rampę wysunąć.
Niestety już tego nie usłyszał i zaczął się tarabanić w zamykające się drzwi.
Nawet nie zdążyłem wysiąść z kabiny.
Nauczony doświadczeniem i obcowaniem z pasażerami, wyszedłem z kabiny i prostych słowach przeprosiłem pana za niedogodność.
Dodam, że już się larum podnosiło, że motorowy świnia i chciał zabić, albo co gorsza przytrzasnąć drzwiami.
Pan był wyrozumiały, tłumaczenie przyjął do wiadomości i również mnie przeprosił.
Pewnie dlatego, że zdążył na mnie kilka psów rasy mieszanej powiesić podczas wsiadania.
Nie zdążyłem wrócić do kabiny, a jakiś jegomość z przystanku, wygrażając mi ponurym wzrokiem zaczął opierniczać za przytrzaskiwanie inwalidów w drzwiach.
Też spokojnie wyjaśniłem, na czym polega problem z wysunięciem rampy.
Nie wiem, czy zrozumiał problem, bo machnął ręką i odszedł.
Obawiam się tylko, że ktoś obserwujący zdarzenie z oddalenia, mógł z naszej konwersacji wyciągnąć zgoła dziwne wnioski, a jako że napisanie skargi niewiele kosztuje, to mogę się liczyć z potrzebą tłumaczenia się z braku posiadania garba.
Całość zakończyła się jednak miło.
Pan inwalida na kolejnym przystanku wyjechał sobie sprawnie po rampie, zatrzymał wózek przed przodem tramwaju i pomachał mi życzliwie, na co skwapliwie odpowiedziałem i rozjechaliśmy się w nieco lepszych humorach.
Dobrze, że w SWINGU są kamery.
Tak na zakończenie.
Pomimo tego, że użyłem informacji pasażerskiej, ogłaszającej że drzwi są zamknięte bo rampa się wysuwa, to pasażerowie i tak nerwowo naciskali guzik otwierania, powarkiwali i nerwowo obracali głowy w stronę mojej kabiny.
Eh nerwy moje nerwy.
niedziela, 1 czerwca 2014
Dzień Dziecka
Dzisiaj wyczerpałem limit dziwnych wydarzeń przynajmniej na okres dwóch tygodni.
Eh, niech będzie tydzień.
No dobra. Niech chociaż poniedziałek będzie spokojny.
Żeby się nie rozpisywać, to przedstawię fakty w telegraficznym skrócie.
Podkreślę tylko, że jest to zapis jednego dnia i dotyczy tramwaju typu SWING.
Wsiada jakaś banda młodych żołnierzy dowodzona przez samozwańczego geniusza taktyki.
Dowódca rozkazał im wchodzić ostatnimi drzwiami, czyli tam, gdzie jest najmniej miejsca, co zmusiło ich do wsiadania pojedynczo (jeden za drugim znaczy się).
Jako, że było ich chyba piętnastu, to proces ładowania zajął im ponad pół minuty.
Jako, że było ich chyba piętnastu, to proces ładowania zajął im ponad pół minuty.
Dodam, że wszystkie, pozostałe drzwi tramwaju były otwarte.
Dla mnie była to strata dwóch minut, bo cykl świetlny się zmienił.
Jedna pani zapomniała wyjąć torebki z tramwaju.
Torebka została w tramwaju, a pani wysiadła.
Ale nie puściła torebki, żeby nie było zbyt łatwo.
Dobrze, że zawsze przed ruszeniem z przystanku patrzę w boczne lusterko, bo by było nieszczęście.
Otworzyłem drzwi ponownie i problem zniknął. Pani tuląc uratowaną torebkę bezpiecznie się oddaliła.
Powtarzam to do znudzenia.
Sygnał zamykania drzwi nie jest po to by wysiadać, ale po to, żeby wiedzieć iż drzwi właśnie się zamykają.
Sytuacja przy dojeżdżaniu do pętli na ulicy Czynszowej.
Zakręt tam występuje dość nieprzyjemny i przy tym zakręcie chodzą sobie ludzie. Pchają przed sobą wózki, rowery, a czasami poganiają pacholęta. Bywa, że ciągną żywy inwentarz.
Ruch jest duży, bo to i miejsce urokliwe i przedszkole blisko, a i pewnikiem meta niejedna się znajdzie w okolicznych budynkach.
Ale wracając do sytuacji.
Idzie małżeństwo. Para znaczy się (gwoli ścisłości heteroseksualna para, czyli chłopak i dziewczyna).
Kobieta dzielnie pcha wózek, a mężczyzna prowadzi małego mlekosysa za rękę.
Niestety oboje wykonują te czynności bardzo blisko torowiska.
No to ja sobie delikatnie, powolutku podjeżdżam i używam sygnału dźwiękowego typu dzwonek by poinformować spacerowiczów, że oto nadciąga 40 ton wesołego żelastwa.
Na moje drrrring dziecko czujnie się obejrzało i chciało od torów odejść, ale dzielny ojciec (chyba ojciec) nie dał sobie w kaszę dmuchać i pociągnął pociechę w swoją stronę, wykonując dodatkowo krok w stronę nadjeżdżającego mnie (czyli tramwaju linii 23).
Oj zrobiło mi się gorąco. Hamulcom na pewno też, bo użyłem wszystkich.
Też na Pradze.
Zatrzymuję się na przystanku. Uruchamiam otwieranie drzwi "ciepłym guzikiem" (bo to SWING).
Wysiadła jakaś babcia (typ TIRówka ze względu na doczepioną przyczepkę na kółkach), wysiadł jakiś dziadek o kulach (typ Narciarz bo kule były dwie). Trochę im to zajęło, bo obydwoje w latach byli posunięci.
Zerknąłem w lusterko. Zaobserwowałem ciszę i spokój, to i drzwi postanowiłem zamknąć
I to był błąd.
Jak się ktoś nie wydrze zza kabiny.
- No i co krowa (użyłem krowy, bo drażni oczy, a nie jest wulgarna) zamykasz drzwi. Ja tu wysiąść chciałam!!!
Cóż było robić. Otworzyłem wszystkie drzwi, żeby pasażerom było łatwiej, bo użycie przycisku najwyraźniej ich przerosło.
Dysfunkcja umysłowa nie upoważnia do korzystania z rampy dla wózków inwalidzkich.
Naciskanie z uporem maniaka przycisku do uruchamiania rampy nic nie da.
I nie mówię tu o ludziach, którzy się pomylą, a zauważywszy swój błąd albo pójdą do innych drzwi, albo użyją innego przycisku.
Chodzi mi o takich, którzy nacisną raz.
Potem drugi raz, i trzeci i czwarty i piąty. I oczywiście kogo wina?
Motorniczego, bo złośliwie drzwi nie otwiera.
Otyła pani na wózku inwalidzkim prowadzona przez małego dziadka, chudego nota bene (pewnie mąż, bo na syna nie wyglądał).
Podchodzą do tramwaju, ja oczywiście fafarafa używam magicznego przycisku do wysuwania rampy dla wózków inwalidzkich bo jestem fajnym motorowym i domyślam się z prędkością błysku między neuronami, że oni na pewno będą chcieli wsiadać do tramwaju.
Rampa się wysuwa, dziadek dojeżdża wózkiem do wysuniętej ramy, pani wstaje z wózka i wchodzi po rampie, pan wtacza wózek za nią.
Kurtyna chciałoby się powiedzieć, ale nie.
Wysiadali na następnym przystanku, a było to Stare Miasto.
Ambaras polega na tym, że rampa nie działa poza przystankami (nie wysuwa się na tyle daleko, żeby dotknąć jezdni), a na Starym Mieście przystanek jest usytuowany bezpośrednio na ulicy.
Wysiadłem tedy z kabinki i pomogłem pani wysiąść, bo dziadek wyszedł i lekko zdezorientowany nie mógł wykoncypować jak kobietę z tego tramwaju wyprowadzić.
Mam nadzieję, że ktoś mi zrobił zdjęcie i trafię do mediów.
Na marginesie dodam, że rozkład jazdy nie uwzględnia tego typu kurtuazji. Na pętlę dojechałem opóźniony o 4 minuty.
Dworzec Wileński (przystanek taki).
Zamykam drzwi, bo już się wszyscy nawsiadali i nawysiadali.
Drzwi w SWINGu zamykają się wolno, bo proces ten trwa około 5 sekund.
Co robi kobieta, która chce wsiąść, a stoi na wprost drzwi, które jeszcze nie zaczęły się zamykać?
Myślicie, że wsiada? Bynajmniej.
Otóż ona stoi i dusi guzik. Wsiadłaby dwa razy, ale wolała ponaciskać sobie.
Otworzyłem drzwi ponownie, pani sobie wsiadła, a ja straciłem minutę bo cykl się zmienił i nie zdążyłem odjechać z przystanku na czas.
Otwieram wszystkie drzwi w tramwaju, bo podjeżdżając zauważyłem wyczekującą na przystanku starowinkę.
Myślę sobie, że jak otworzę wszystkie drzwi, to babcia wsiądzie sobie środkowymi, bo tam łatwiej i więcej miejsca i jest się czego złapać i ktoś pomoże w razie co.
Co robi babcia?
Ano babcia rusza w podróż do drzwi pierwszych, a stała dokładnie na wprost drzwi środkowych.
Dzięki temu wyrafinowanemu manewrowi nie udało mi się ruszyć z przystanku i odstałem minutę czekając na kolejny cykl świetlny (czyli na zielone światło zwane przez motorowych pałką).
I na koniec taka cyrkumstancja.
Jak nazwać sytuację, w której kobieta wskakuje do tramwaju środkowymi drzwiami już po sygnale zamykania.
Druga niewiasta dopada do ostatnich drzwi i próbuje je otworzyć przyciskiem - jak to w SWINGu.
Ja jestem miły to otwieram drzwi, ale kobieta, która dusiła przycisk nie wsiada.
No to zamykam drzwi, ale w tym momencie pojawia się trzeci bohater opowieści i mężnie blokuje zamykające się odrzwia. Jednak również nie wsiada.
No ciemna śrubka (bo jasny gwint jest zbyt mainstreamowy), o co chodzi?
No więc chodzi o to, że kobieta, która wskoczyła środkowymi drzwiami, teraz wysiada ostatnimi, przebiegając w tym czasie pół tramwaju.
Ktoś odważy się to skomentować?
Było jeszcze kilka innych incydentów, ale już śpiący jestem, a jutro też trzeba pracować.
Wiem, że miało być o nieumawianiu się z motorniczym, ale dzień dziecka wygrał w przedbiegach.
piątek, 23 maja 2014
Ciepłe dni
Co ci powiem, to ci powiem, ale ci powiem.
Ciepło.
Ot taka myśl przewodnia mnie naszła dzisiaj. Pewnie dlatego, że wczoraj słoneczko mocno przygrzało.
A jak słoneczko mocno grzeje, to motorowy w kabinie się rozpuszcza.
Owszem, są szczęśliwcy, którym działa klimatyzacja. Wtedy da się pracować, bo cierpią tylko pasażerowie.
Ale bywa i tak, że motorowy musi wykazać się odpornością na wysokie temperatury.
Kumpel ostatnio zanotował u siebie w kabinie 44 stopnie.
Przypominam, że białko zaczyna się ścinać przy 42 stopniach Celsjusza.
Oto obrazek poglądowy dotyczący temperatury w kabinie:
To jest zdjęcie tak zwanego klimatyzatora. Umieszczone są te dziwaczne urządzenia na suficie. Czasami działają.
Też taki miałem u siebie wczoraj i również odmówił posłuszeństwa. Znaczy nie pracował.
Nie poddawałem się jednak łatwo i uruchomiłem nawiew zimnego powietrza. Dmuchawę znaczy się. Dałem na maxa, bo sobie będę żałował na stare lata.
Po kilku minuta zrobiło się dużo cieplej. Zimne powietrze okazało się być powietrzem zdradliwie gorącym.
Zrezygnowałem zatem z tej formy chłodzenia i przeszedłem na otwarte okienka.
Działały jedynie podczas jazdy, ale lepsze to, niż nic.
Po dwóch godzinach zacząłem mieć zawroty głowy. Dobrze, że trafił mi się SWL i mogłem pojazd przekazać kolejnemu motorowemu.
Mam nadzieję, że zdrowo zakończył swoją zmianę.
Jednak bywa i tak, że w podobnych warunkach przychodzi nam pracować nie przez 2 godzinki, ale przez całą zmianę.
Dlatego jak mi czasami jakiś pracownik biurowy mówi, że też ma ciężką pracę, to nawet nie chce mi się tego komentować i tylko potakuję w milczeniu.
Moja żoneczka skwitowała to dość rozsądnie, że to prawie jak w saunie.
Szybciutko jej wyjaśniłem, że z sauny możesz wyjść kiedy chcesz, a poza tym siedzisz tam sobie na golaska.
My musimy pracować w długich spodniach bez większej możliwości ruchu.
Ciekawe jaki wóz trafi mi się dzisiaj.
Ciepło.
Ot taka myśl przewodnia mnie naszła dzisiaj. Pewnie dlatego, że wczoraj słoneczko mocno przygrzało.
A jak słoneczko mocno grzeje, to motorowy w kabinie się rozpuszcza.
Owszem, są szczęśliwcy, którym działa klimatyzacja. Wtedy da się pracować, bo cierpią tylko pasażerowie.
Ale bywa i tak, że motorowy musi wykazać się odpornością na wysokie temperatury.
Kumpel ostatnio zanotował u siebie w kabinie 44 stopnie.
Przypominam, że białko zaczyna się ścinać przy 42 stopniach Celsjusza.
Oto obrazek poglądowy dotyczący temperatury w kabinie:
To jest zdjęcie tak zwanego klimatyzatora. Umieszczone są te dziwaczne urządzenia na suficie. Czasami działają.
Też taki miałem u siebie wczoraj i również odmówił posłuszeństwa. Znaczy nie pracował.
Nie poddawałem się jednak łatwo i uruchomiłem nawiew zimnego powietrza. Dmuchawę znaczy się. Dałem na maxa, bo sobie będę żałował na stare lata.
Po kilku minuta zrobiło się dużo cieplej. Zimne powietrze okazało się być powietrzem zdradliwie gorącym.
Zrezygnowałem zatem z tej formy chłodzenia i przeszedłem na otwarte okienka.
Działały jedynie podczas jazdy, ale lepsze to, niż nic.
Po dwóch godzinach zacząłem mieć zawroty głowy. Dobrze, że trafił mi się SWL i mogłem pojazd przekazać kolejnemu motorowemu.
Mam nadzieję, że zdrowo zakończył swoją zmianę.
Jednak bywa i tak, że w podobnych warunkach przychodzi nam pracować nie przez 2 godzinki, ale przez całą zmianę.
Dlatego jak mi czasami jakiś pracownik biurowy mówi, że też ma ciężką pracę, to nawet nie chce mi się tego komentować i tylko potakuję w milczeniu.
Moja żoneczka skwitowała to dość rozsądnie, że to prawie jak w saunie.
Szybciutko jej wyjaśniłem, że z sauny możesz wyjść kiedy chcesz, a poza tym siedzisz tam sobie na golaska.
My musimy pracować w długich spodniach bez większej możliwości ruchu.
Ciekawe jaki wóz trafi mi się dzisiaj.
sobota, 17 maja 2014
Skarga
"Siły regeneracyjne bezinteresownego skurwysyństwa są nieograniczone".
Pewnie sparafrazowałem ten cytat, ale sens wypowiedzi pozostał.
Tak to jest, jak się czyta poważne książki będąc mlekosysem. Prawdy życiowe zapadają głębiej w pamięć.
Swoją drogą polecam do przeczytania to dzieło. Chodzi o Konkwistę Waldemara Łysiaka. Napisał ją pod pseudonimem Baldhead (o ile mnie pamięć nie myli).
Wracając do myśli przewodniej, czyli skargi na motorowego.
Jest to zmora i utrapienie. Dusiołek taki, który siedzi na człowieku i oddychać nie pozwala.
Można być wzorowym motorowym, jeździć przepisowo, czekać na dobiegających, pomagać staruszkom i wnosić wózki dziecięce, a i tak znajdzie się jakiś ktoś, kto będzie miał zły dzień i dla czystej złośliwości napisze skargę.
I nie mówię tu o skargach uzasadnionych, bo niestety i takie się zdarzają.
Dwa dni temu miałem właśnie taką podbramkową sytuację. Niby drzwi zamknąłem, niby dostałem zielone światło (znaczy pionową kreskę) i niby nawet ruszyłem. Jednak ku mojemu przerażeniu zauważyłem, że po czerwonym świetle, lawirując między ruszającymi samochodami biegnie z wywalonym jęzorem jakiś jegomość w garniturze.
Oczywiście w pełnym galopie dopadł do ruszającego tramwaju i chciał sobie drzwi otworzyć.
Nawet nie wiecie, jak mocno szarpie tramwaj, gdy chce się go zatrzymać tuż po ruszeniu. SWING dodatkowo ostro kolebie się na boki.
I teraz weź człowieku i bądź mądry.
Zatrzymasz wóz, to się ludzie poprzewracają i złożą skargę, że motorowy szarpie i naraża zdrowie pasażerów.
Nie zatrzymasz wozu, to pan biegacz złoży skargę, że motorowy zamknął mu drzwi przed nosem.
Wybrałem mniejsze zło i pojechałem dalej.
Zresztą gdybym nie ruszył, to ten pan następnym razem znowu na czerwonym by galopował, a tak, to może zapadnie mu w pamięć, że nie opłaca się narażać życia swojego i innych, bo tramwaj rusza z przystanku od razu po otrzymaniu zielonego światła i nie da się w takiej sytuacji otworzyć drzwi.
Jak tylko pomyślałem o popełnieniu wpisu związanego ze skargami, to ani chybi ściągnąłem myślami
innych motorowych, bo jednego dnia trzech z nich skontaktowało się ze mną, opowiadając, że właśnie trafiło im się nieszczęście spotkania na swojej drodze takich właśnie bezinteresownych osobników.
Pozwolę sobie zatem przytoczyć ich historie.
I
Jestem na maxa wkurzony, bo w tym przypadku byłem "grzeczny" na 100% i nie ma w tym mojej winy. W 116Na (taki model tramwaju) nie można wyłączyć automatycznego zamykania drzwi po otwarciu z ciepłego guzika. Jakaś pani napisała, że stałem z otwartymi drzwiami i jak podeszła, to złośliwie zamknąłem jej drzwi przed nosem (ale czy odjechałem, to już nie wspomniała). Napisałem już wyjaśnienie, w którym udowadniam, że nie jestem wielbłądem, ale czuję, że premia poszła się paść, bo zawsze jest wina motorowego.
II
Przyszła na mnie skarga, że nie poczekałem na biegnącą matkę z trójką dzieci i bezczelnie pojechałem na czerwonym świetle i że jestem złym motorowym i trzeba mnie ukarać, bo pani tak napisała i na pewno ma rację.
Na szczęście prowadziłem SWINGa, a jak wszyscy wtajemniczeni wiedzą, SWING jest wyposażony w kamery.
Oczywiście nie obyło się bez nerwów, pisania odpowiedzi na raport i wizycie u kierownika na dywaniku.
Na szczęście pomimo tego, że kierownik jest kosa straszna, to spokojnie obejrzał nagrania z kamer i (tu pełne zaskoczenie) przyznał mi rację. Na nagraniu było widać (bez stereo, ale w kolorze), że tak zwana poszkodowana, ciągnąc dzieci za chude rączki, biegła przez czerwone światło, a ja uczciwie ruszyłem z przystanku, gdy dostałem świetlny znak pozwolenia na jazdę.
Tym razem obyło się bez konsekwencji, ale nie chcę myśleć co by było, gdybym nie miał kamer.
III
Tu przytoczę zapis z kartki, którą znalazłem na jednej z ekspedycji. Mam nadzieję, że jej autor się nie obrazi.
Skarga dotyczyła odmowy sprzedania biletów.
Oto odpowiedź motorowego, którą musiał sprokurować na tę okoliczność.
Pasażer stał przy drzwiach i coś mówił.
Byłem przekonany, że ktoś znów stojąc blisko kabiny rozmawia przez telefon.
Po dojechaniu do świateł usłyszałem trzy uderzenia w drzwi kabiny i słowa "mówię do pana".
Po dojeździe do przystanku otworzyłem klapkę umożliwiającą sprzedaż biletów, ale wtedy już nikt do kabiny nie podszedł.
- Nie prowadzę rozmów z pasażerami podczas jazdy.
- Jeżeli pukał wcześniej to ja tego nie słyszałem, lub pukał zbyt słabo, albo wcale nie pukał.
- Włączona klimatyzacja w kabinie również nie pomaga w kontaktowaniu się z pasażerami.
Poważnie, klima skutecznie zagłusza wszelkie dźwięki. Po kilku godzinach pracy w głowie huczy jak po dobrym, rockowym koncercie.
Fakt, sprzedawanie biletów to czasami horror. Ludzie myślą, że mogą sobie pohandlować w trakcie jazdy.
Otóż - NIE MOGĄ!
Ale i tak to robią. I co im zrobisz.
A propos biletów, ostatnia opowieść
IV
Czekam teraz na skargę.
W SWINGu facet chciał kupić bilet. Przyszedł pod kabinkę i daje mi 10 pln. Mówię mu, że jest biletomat i niech tam kupi, ale on stwierdził, że nie ma bilonu i musi kupić bilet.
Więc co? Trzy razy mu tłumaczę, że nie wydaję reszty, a poza tym niech sobie przeczyta na drzwiach kabiny informację (chodzi o to, że trzeba dawać odliczoną kwotę motorowemu).
Facet skłamał, że nie zależy mu by otrzymać resztę, ale bardzo chce mieć bilet.
Zaproponowałem mu więc dopłatę 3,20 pln, żeby miał 3 bilety.
Stwierdził, że przecież nie ma bilonu, a przecież reszty nie trzeba, więc ostatecznie dałem mu dwa bilety normalne (te po 4.40 pln) zaznaczając jeszcze raz, że nie wydam mu reszty.
OK. Nie ma problemu. Wziął bilety.
I NAGLE mu się jednak odwidziało. Chce reszty.
Powiedziałem po raz kolejny, że reszty mu nie wydam, a jeżeli to nie jest po jego myśli, to niech odda bilety.
Na to on powiedział, że biletów mi nie odda i napisze skargę, że go okradłem.
Opisałem całe zdarzenie w karcie drogowej, żeby nikt mi nie zarzucił, że coś kombinuje i czekam co będzie dalej.
Nie ma lekko.
Bywa, że pasażerowie chcą płacić banknotami 20 pln lub 50 pln.
Zawsze grzecznie mówię, że nie mam wydać, lub proponuję zakup hurtowy.
Trochę drobnych przeważnie przy sobie mam, ale może zdarzyć się tak, ze wszystkie tynfy oddam i wtedy następuje skucha taka, jak opisana powyżej.
Pasażerowie nie zdają sobie sprawy z faktu, że nie jesteśmy kioskiem i nie mamy miejsca na trzymanie kilku kilogramów bilonu.
Te bilety to naprawdę poważny problem.
I dlatego pamiętajcie wszyscy, którzy to czytacie (motorowi też).
Jeżeli trafi się Wam miły motorowy, albo będzie się wam wygodnie jechało, albo zobaczycie coś, co wam się spodoba - nie zastanawiajcie się ani chwili.
Napiszcie POCHWAŁĘ. Bardzo tego potrzebujemy. Jako ta sójka dżdżu.
A robi się to banalnie.
Wystarczy wejść na stronę ZTM (kontakt -> napisz do nas) i tam wypełnić krótki formularz.
Oto link: ZTM.waw.pl -> kontakt -> napisz do nas.
Tam wybieramy kategorię "Podziękowania" i wysyłamy.
Żeby łatwiej było znaleźć motorowego (tego miłego) to warto dopisać numer linii, numer brygady, numer boczny tramwaju i przybliżoną godzinę.
Nie wahajcie się tego używać często.
A następnym razem postaram się wyjaśnić, dlaczego nie warto umawiać się z motorowym.
Pewnie sparafrazowałem ten cytat, ale sens wypowiedzi pozostał.
Tak to jest, jak się czyta poważne książki będąc mlekosysem. Prawdy życiowe zapadają głębiej w pamięć.
Swoją drogą polecam do przeczytania to dzieło. Chodzi o Konkwistę Waldemara Łysiaka. Napisał ją pod pseudonimem Baldhead (o ile mnie pamięć nie myli).
Wracając do myśli przewodniej, czyli skargi na motorowego.
Jest to zmora i utrapienie. Dusiołek taki, który siedzi na człowieku i oddychać nie pozwala.
Można być wzorowym motorowym, jeździć przepisowo, czekać na dobiegających, pomagać staruszkom i wnosić wózki dziecięce, a i tak znajdzie się jakiś ktoś, kto będzie miał zły dzień i dla czystej złośliwości napisze skargę.
I nie mówię tu o skargach uzasadnionych, bo niestety i takie się zdarzają.
Dwa dni temu miałem właśnie taką podbramkową sytuację. Niby drzwi zamknąłem, niby dostałem zielone światło (znaczy pionową kreskę) i niby nawet ruszyłem. Jednak ku mojemu przerażeniu zauważyłem, że po czerwonym świetle, lawirując między ruszającymi samochodami biegnie z wywalonym jęzorem jakiś jegomość w garniturze.
Oczywiście w pełnym galopie dopadł do ruszającego tramwaju i chciał sobie drzwi otworzyć.
Nawet nie wiecie, jak mocno szarpie tramwaj, gdy chce się go zatrzymać tuż po ruszeniu. SWING dodatkowo ostro kolebie się na boki.
I teraz weź człowieku i bądź mądry.
Zatrzymasz wóz, to się ludzie poprzewracają i złożą skargę, że motorowy szarpie i naraża zdrowie pasażerów.
Nie zatrzymasz wozu, to pan biegacz złoży skargę, że motorowy zamknął mu drzwi przed nosem.
Wybrałem mniejsze zło i pojechałem dalej.
Zresztą gdybym nie ruszył, to ten pan następnym razem znowu na czerwonym by galopował, a tak, to może zapadnie mu w pamięć, że nie opłaca się narażać życia swojego i innych, bo tramwaj rusza z przystanku od razu po otrzymaniu zielonego światła i nie da się w takiej sytuacji otworzyć drzwi.
Jak tylko pomyślałem o popełnieniu wpisu związanego ze skargami, to ani chybi ściągnąłem myślami
innych motorowych, bo jednego dnia trzech z nich skontaktowało się ze mną, opowiadając, że właśnie trafiło im się nieszczęście spotkania na swojej drodze takich właśnie bezinteresownych osobników.
Pozwolę sobie zatem przytoczyć ich historie.
I
Jestem na maxa wkurzony, bo w tym przypadku byłem "grzeczny" na 100% i nie ma w tym mojej winy. W 116Na (taki model tramwaju) nie można wyłączyć automatycznego zamykania drzwi po otwarciu z ciepłego guzika. Jakaś pani napisała, że stałem z otwartymi drzwiami i jak podeszła, to złośliwie zamknąłem jej drzwi przed nosem (ale czy odjechałem, to już nie wspomniała). Napisałem już wyjaśnienie, w którym udowadniam, że nie jestem wielbłądem, ale czuję, że premia poszła się paść, bo zawsze jest wina motorowego.
II
Przyszła na mnie skarga, że nie poczekałem na biegnącą matkę z trójką dzieci i bezczelnie pojechałem na czerwonym świetle i że jestem złym motorowym i trzeba mnie ukarać, bo pani tak napisała i na pewno ma rację.
Na szczęście prowadziłem SWINGa, a jak wszyscy wtajemniczeni wiedzą, SWING jest wyposażony w kamery.
Oczywiście nie obyło się bez nerwów, pisania odpowiedzi na raport i wizycie u kierownika na dywaniku.
Na szczęście pomimo tego, że kierownik jest kosa straszna, to spokojnie obejrzał nagrania z kamer i (tu pełne zaskoczenie) przyznał mi rację. Na nagraniu było widać (bez stereo, ale w kolorze), że tak zwana poszkodowana, ciągnąc dzieci za chude rączki, biegła przez czerwone światło, a ja uczciwie ruszyłem z przystanku, gdy dostałem świetlny znak pozwolenia na jazdę.
Tym razem obyło się bez konsekwencji, ale nie chcę myśleć co by było, gdybym nie miał kamer.
III
Tu przytoczę zapis z kartki, którą znalazłem na jednej z ekspedycji. Mam nadzieję, że jej autor się nie obrazi.
Skarga dotyczyła odmowy sprzedania biletów.
Oto odpowiedź motorowego, którą musiał sprokurować na tę okoliczność.
Pasażer stał przy drzwiach i coś mówił.
Byłem przekonany, że ktoś znów stojąc blisko kabiny rozmawia przez telefon.
Po dojechaniu do świateł usłyszałem trzy uderzenia w drzwi kabiny i słowa "mówię do pana".
Po dojeździe do przystanku otworzyłem klapkę umożliwiającą sprzedaż biletów, ale wtedy już nikt do kabiny nie podszedł.
- Nie prowadzę rozmów z pasażerami podczas jazdy.
- Jeżeli pukał wcześniej to ja tego nie słyszałem, lub pukał zbyt słabo, albo wcale nie pukał.
- Włączona klimatyzacja w kabinie również nie pomaga w kontaktowaniu się z pasażerami.
Poważnie, klima skutecznie zagłusza wszelkie dźwięki. Po kilku godzinach pracy w głowie huczy jak po dobrym, rockowym koncercie.
Fakt, sprzedawanie biletów to czasami horror. Ludzie myślą, że mogą sobie pohandlować w trakcie jazdy.
Otóż - NIE MOGĄ!
Ale i tak to robią. I co im zrobisz.
A propos biletów, ostatnia opowieść
IV
Czekam teraz na skargę.
W SWINGu facet chciał kupić bilet. Przyszedł pod kabinkę i daje mi 10 pln. Mówię mu, że jest biletomat i niech tam kupi, ale on stwierdził, że nie ma bilonu i musi kupić bilet.
Więc co? Trzy razy mu tłumaczę, że nie wydaję reszty, a poza tym niech sobie przeczyta na drzwiach kabiny informację (chodzi o to, że trzeba dawać odliczoną kwotę motorowemu).
Facet skłamał, że nie zależy mu by otrzymać resztę, ale bardzo chce mieć bilet.
Zaproponowałem mu więc dopłatę 3,20 pln, żeby miał 3 bilety.
Stwierdził, że przecież nie ma bilonu, a przecież reszty nie trzeba, więc ostatecznie dałem mu dwa bilety normalne (te po 4.40 pln) zaznaczając jeszcze raz, że nie wydam mu reszty.
OK. Nie ma problemu. Wziął bilety.
I NAGLE mu się jednak odwidziało. Chce reszty.
Powiedziałem po raz kolejny, że reszty mu nie wydam, a jeżeli to nie jest po jego myśli, to niech odda bilety.
Na to on powiedział, że biletów mi nie odda i napisze skargę, że go okradłem.
Opisałem całe zdarzenie w karcie drogowej, żeby nikt mi nie zarzucił, że coś kombinuje i czekam co będzie dalej.
Nie ma lekko.
Bywa, że pasażerowie chcą płacić banknotami 20 pln lub 50 pln.
Zawsze grzecznie mówię, że nie mam wydać, lub proponuję zakup hurtowy.
Trochę drobnych przeważnie przy sobie mam, ale może zdarzyć się tak, ze wszystkie tynfy oddam i wtedy następuje skucha taka, jak opisana powyżej.
Pasażerowie nie zdają sobie sprawy z faktu, że nie jesteśmy kioskiem i nie mamy miejsca na trzymanie kilku kilogramów bilonu.
Te bilety to naprawdę poważny problem.
I dlatego pamiętajcie wszyscy, którzy to czytacie (motorowi też).
Jeżeli trafi się Wam miły motorowy, albo będzie się wam wygodnie jechało, albo zobaczycie coś, co wam się spodoba - nie zastanawiajcie się ani chwili.
Napiszcie POCHWAŁĘ. Bardzo tego potrzebujemy. Jako ta sójka dżdżu.
A robi się to banalnie.
Wystarczy wejść na stronę ZTM (kontakt -> napisz do nas) i tam wypełnić krótki formularz.
Oto link: ZTM.waw.pl -> kontakt -> napisz do nas.
Tam wybieramy kategorię "Podziękowania" i wysyłamy.
Żeby łatwiej było znaleźć motorowego (tego miłego) to warto dopisać numer linii, numer brygady, numer boczny tramwaju i przybliżoną godzinę.
Nie wahajcie się tego używać często.
A następnym razem postaram się wyjaśnić, dlaczego nie warto umawiać się z motorowym.
piątek, 9 maja 2014
Przyszpilony
Zdarzyło mi się przyjść do pracy.
Ochoczo zmierzałem ku dyspozytorni by odebrać kartę wozu i znów cieszyć się możliwością sterowania szesnastokołowym kolosem.
Wzrok mój przykuła wiata przystankowa postawiona na terenie zajezdni. Nie to, żeby tam tramwaj się zatrzymywał. Ot po prostu wiata z ławeczką i napisem "Tu wolno palić".
Z możliwości tej korzysta każdy, kogo chęć na magiczne pałeczki dosięgnie.
Jednym z miłośników dymka na wolnym powietrzu jest również mój kierownik.
Takoż i on we własnej osobie stał i dymił. Znaczy z papierosa dymił, czyli wydmuchiwał dym.
Nasz wzrok się spotkał, a że chłop porządny jest, to i prawicę do przywitania wyciągnął.
Uścisk odwzajemniłem, a kierownik się w te słowa do mnie odzywa:
- No jak tam? Dobrze się pracuje?
No i tu trzeba być politycznie poprawnym. Nie ma, że się powie, co ślina na język przyniesie. Elokwencją trzeba się wykazać i poczuciem humoru. Żadne "eee może być", czy proste "no" nie wchodzi w rachubę.
Zatem wdałem się w krótką polemikę.
- Całkiem i owszem, dobrze się jeździ, pracuje jeszcze lepiej. Praca marzeń można powiedzieć, gdyby nie dziesięciogodzinne zmiany. Człowiek po nich wyżęty jest jak ten kot po praniu.
(a wiadomo, że kota się nie wyżyma).
- Panie Jarku - odzywa się na to kierownik - taka praca. Twardym trzeba być. Nikomu nie odpuszczamy. Na osłodę przecież macie pięcio czy sześciogodzinne zmiany.
- Fakt niezaprzeczalny, ale nie wyrównują one zmęczenia, które następuje po tych dłuższych chwilach na wozie. Nie ma co marudzić. Dobrze jest, firma uczciwa, pieniądze na czas się pojawiają. No, muszę lecieć na wóz. Czas na mnie - zakończyłem politycznie konwersację i szybciutko, uśmiechając się miło pomknąłem do budynku.
Fakt, że te długie służby dają w kość, a w tygodniu już trzy takie na mnie czyhały. Nie było co robić uników, tylko brać na klatę co dają.
Byleby trafić na SWINGi - myślałem. W tych nowych maszynach się tak nie męczę. Pewnie wynika to z mniej zużytych foteli. Po prostu jest mi wygodniej.
No i jak raz trafiły mi się SWINGi we wszystkie dni. Żyć nie umierać.
Ale 10 godzin robi swoje (dokładnie to 9,7 czy 9,8), bo gdyby ktoś nie wiedział, to godzina w Tramwajach Warszawskich dzielona jest na sto jednostek, a nie na sześćdziesiąt. Ot takie ułatwienie przy liczeniu roboczogodzin.
Pod koniec tygodnia tak czy siak byłem zmęczony.
Nie omieszkałem o tym wspomnieć mojej Agnieszce (najmłodszej żonie, tej ulubionej). Trochę pomarudziłem, ponarzekałem sobie, poutyskiwałem.
Na co żoneczka podsumowała całe to moje zawodzenie jednym, bardzo mądrym i celnym zdaniem.
- A jak tam sobie u was radzą kobiety?
Ugh! No taka szpila to potrafi utknąć na dłużej. Celnie została wbita.
Trzeba było szybko wymyślić ripostę na takie dictum.
No i wymyśliłem.
- Nie mi się mierzyć z kobietami motorowymi, albowiem nie są one zwykłymi śmiertelniczkami. To prawdziwe walkirie, boskie istoty, które mają niespożytą moc i upór godny bogów Asgardu.
Są niepokonane, dają radę pomimo wszelkich przeciwności losu, a do tego rodzą dzieci, ciężko pracują w domu po pracy, a do tego często są honorowymi dawcami krwi.
Ślady ich stóp w piasku niegodnym całować.
Ale co bym nie wymyślił prawda jest taka, że marudzić nie ma co.
I tak po prawdzie, to od tego pamiętnego wbicia szpilki pracuje mi się dużo lepiej. Mniej się męczę i szybciej mijają dziesięciogodzinne zmiany.
A następnym razem skrobnę coś na temat skarg i moich wniosków.
Ochoczo zmierzałem ku dyspozytorni by odebrać kartę wozu i znów cieszyć się możliwością sterowania szesnastokołowym kolosem.
Wzrok mój przykuła wiata przystankowa postawiona na terenie zajezdni. Nie to, żeby tam tramwaj się zatrzymywał. Ot po prostu wiata z ławeczką i napisem "Tu wolno palić".
Z możliwości tej korzysta każdy, kogo chęć na magiczne pałeczki dosięgnie.
Jednym z miłośników dymka na wolnym powietrzu jest również mój kierownik.
Takoż i on we własnej osobie stał i dymił. Znaczy z papierosa dymił, czyli wydmuchiwał dym.
Nasz wzrok się spotkał, a że chłop porządny jest, to i prawicę do przywitania wyciągnął.
Uścisk odwzajemniłem, a kierownik się w te słowa do mnie odzywa:
- No jak tam? Dobrze się pracuje?
No i tu trzeba być politycznie poprawnym. Nie ma, że się powie, co ślina na język przyniesie. Elokwencją trzeba się wykazać i poczuciem humoru. Żadne "eee może być", czy proste "no" nie wchodzi w rachubę.
Zatem wdałem się w krótką polemikę.
- Całkiem i owszem, dobrze się jeździ, pracuje jeszcze lepiej. Praca marzeń można powiedzieć, gdyby nie dziesięciogodzinne zmiany. Człowiek po nich wyżęty jest jak ten kot po praniu.
(a wiadomo, że kota się nie wyżyma).
- Panie Jarku - odzywa się na to kierownik - taka praca. Twardym trzeba być. Nikomu nie odpuszczamy. Na osłodę przecież macie pięcio czy sześciogodzinne zmiany.
- Fakt niezaprzeczalny, ale nie wyrównują one zmęczenia, które następuje po tych dłuższych chwilach na wozie. Nie ma co marudzić. Dobrze jest, firma uczciwa, pieniądze na czas się pojawiają. No, muszę lecieć na wóz. Czas na mnie - zakończyłem politycznie konwersację i szybciutko, uśmiechając się miło pomknąłem do budynku.
Fakt, że te długie służby dają w kość, a w tygodniu już trzy takie na mnie czyhały. Nie było co robić uników, tylko brać na klatę co dają.
Byleby trafić na SWINGi - myślałem. W tych nowych maszynach się tak nie męczę. Pewnie wynika to z mniej zużytych foteli. Po prostu jest mi wygodniej.
No i jak raz trafiły mi się SWINGi we wszystkie dni. Żyć nie umierać.
Ale 10 godzin robi swoje (dokładnie to 9,7 czy 9,8), bo gdyby ktoś nie wiedział, to godzina w Tramwajach Warszawskich dzielona jest na sto jednostek, a nie na sześćdziesiąt. Ot takie ułatwienie przy liczeniu roboczogodzin.
Pod koniec tygodnia tak czy siak byłem zmęczony.
Nie omieszkałem o tym wspomnieć mojej Agnieszce (najmłodszej żonie, tej ulubionej). Trochę pomarudziłem, ponarzekałem sobie, poutyskiwałem.
Na co żoneczka podsumowała całe to moje zawodzenie jednym, bardzo mądrym i celnym zdaniem.
- A jak tam sobie u was radzą kobiety?
Ugh! No taka szpila to potrafi utknąć na dłużej. Celnie została wbita.
Trzeba było szybko wymyślić ripostę na takie dictum.
No i wymyśliłem.
- Nie mi się mierzyć z kobietami motorowymi, albowiem nie są one zwykłymi śmiertelniczkami. To prawdziwe walkirie, boskie istoty, które mają niespożytą moc i upór godny bogów Asgardu.
Są niepokonane, dają radę pomimo wszelkich przeciwności losu, a do tego rodzą dzieci, ciężko pracują w domu po pracy, a do tego często są honorowymi dawcami krwi.
Ślady ich stóp w piasku niegodnym całować.
Ale co bym nie wymyślił prawda jest taka, że marudzić nie ma co.
I tak po prawdzie, to od tego pamiętnego wbicia szpilki pracuje mi się dużo lepiej. Mniej się męczę i szybciej mijają dziesięciogodzinne zmiany.
A następnym razem skrobnę coś na temat skarg i moich wniosków.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

