środa, 31 lipca 2013

Nieoczekiwana zmiana

Dzisiaj pojeździłem sobie numerkiem 33. Fajna trasa z Metra Młociny na Kielecką.
Niewiele się działo, wypadków nie zanotowałem, ludzie mili i uśmiechnięci.
Plaża.

Ale po powrocie na zajezdnię Dyspozytor wystosował propozycję nie do odrzucenia.
Trzeba było przejąć awaryjnie tramwaj linii 75, bo jeden z motorniczych nie mógł dotrzeć na miejsce przejęcia.
W sumie fajnie, bo wolę jeździć niż siedzieć na zajezdni.
Takoż wykonałem dwa kółka z Młocin na Służewiec, pooglądałem ładne dziewczyny po drodze i oddałem wóz na Metro Marymont kolejnemu chętnemu.

Dodatkową atrakcją dzisiaj było pojawienie się grafiku pracy na najbliższy miesiąc.
Motorowi się ożywili, bo każdy chciał poznać rozkład swoich zajęć. Dzięki temu wreszcie można zaplanować sobie działania, poumawiać się ze znajomymi czy po prostu wyjechać w przewidziany grafikiem wolny weekend.
No, chyba że coś się zmieni.
Ale na to mamy niewielki wpływ jako motorowi. 
Jednak twarde z nas sztuki i potrafimy się dostosować do każdych okoliczności przyrody, niepowtarzalnych.

O. dzisiaj trafiła mi się fajna usterka.
Nie działał prędkościomierz. Na początku trochę to przeszkadzało, ale po dwóch przystankach się przyzwyczaiłem i jechało mi się nawet trochę lepiej niż normalnie.

wtorek, 30 lipca 2013

Superman

Tytułowy Superman to każdy pasażer, który myśli, że jak wyciągnie rękę przed siebie i na ostatnim gwizdku wsadzi ją w zamykające się drzwi, to uratuje dzięki temu przynajmniej jeden świat.

Otóż problem polega na tym, że jedyne co może ugrać to własne kalectwo.

Jeżeli usłyszycie, że drzwi tramwaju zamykają się, to NIE NALEŻY w ostatniej chwili wbiegać, skakać, szarpać drzwi i uderzać z uporem maniaka w "gorący guzik" (wiecie, to ustrojstwo do otwierania drzwi z zewnątrz).
Zasada jest taka, że tramwaj zamyka drzwi nie dlatego, że nie chce wpuszczać ludzi, ale dlatego, że potrzebuje opuścić przystanek.
Jeżeli chwilkę się zastanowić, to takie działanie ma sens.
Po pierwsze - tramwaj ma ustalone godziny (właściwie to minuty) odjazdu z przystanku.
Po drugie - Często pozostanie na przystanku w wyniku zmiany świateł powoduje opóźnienie, co w dalszym rozrachunku kończy się niezadowoleniem pasażerów.
Po trzecie - za nami są kolejne tramwaje, które muszą jechać, by świadczyć usługi dla społeczeństwa.

Porównajcie sobie taką sytuację do Metra.
Tam mało kto próbuje na pałę skoczyć do drzwi (chociaż sam widziałem wariata, który na szczupaka rzucił się w zamykające się drzwi, próbując pokonać czasoprzestrzeń).
Jeżeli usłyszysz dźwięk poprzedzający zamykanie drzwi, to nie utyskujesz, nie wygrażasz pięściami i nie lżysz motorowego. Przyjmujesz do wiadomości, że następne Metro przyjedzie za kilka minut i będziesz mógł skorzystać z tej formy przemieszczania się.

W tramwaju jest to samo, z tym, że tramwaje jeżdżą częściej niż Metro.
Jeżeli motorowy będzie mógł poczekać, to poczeka.
Jeżeli będzie opóźniony (bo poczekał na poprzednim przystanku), to będzie się starał jak najszybciej ruszyć.

Jesteśmy bardzo rygorystycznie rozliczani z punktualności.
Na przejazd z przystanku na przystanek mamy w większości przypadków JEDNĄ minutę. Czasami dwie.

To samo tyczy się wysiadania.
Dźwięki typu NIUT NIUT NIUT czy DRYŃ DRYŃ nie są sygnałem do wyskakiwania z wagonu. Takie działanie może uszkodzić drzwi. Tramwaj z uszkodzonymi drzwiami NIE JEDZIE.

Pamiętajcie o tym, gdy następnym razem się zagapicie.

poniedziałek, 29 lipca 2013

Gorąco co?

Dzisiaj przygody tramwajowe nie dostarczyły mrożących krew w żyłach przeżyć.
Być może dlatego, że było gorąco.

Ano właśnie. Skoro tak gorąco i wszyscy zdychają jak ryby na pustyni, to wspomnę o jednym, aczkolwiek ciekawym aspekcie pracy motorowego.

Temperatura w kabinie.

Jak myślicie? Do ilu stopni może się nagrzać taka kabina? Jak wysoką temperaturę musi znosić motorniczy podczas wykonywania obowiązków służbowych?

30? 40?
Otóż moi drodzy +50 stopni Celsjusza. Taka temperatura panuje w małej kabinie przy zepsutej klimatyzacji.
A klima psuje się nader często. Pół biedy jeżeli działa nawiew i nie ma możliwości ustawienia odpowiedniej temperatury. Jedna czwarta biedy jeżeli tylko wieje, a z popsutej wentylacji od czasu do czasu leci woda na kark (w sumie ożywia ciało i umysł).
Jednak jeżeli całość jest martwa, to pozostaje jedynie otworzyć małe okienka i liczyć na podmuchy wiatru spowodowane ruchem międzyprzystankowym. Niektórzy motorowi jeżdżą z otwartymi drzwiami od kabiny, ale nie wiem czy to jest do końca bezpieczne.

W Swingu już nie jest tak wesoło. Tam nie ma specjalnie czego otwierać.
Ostatnio jeden znajomy jechał z otwartą kabiną, by klimatyzacja z przedziału chociaż trochę chłodziła wnętrze jego klitki.

Do tego dochodzi stres poruszania się po Warszawie w godzinach szczytu, kierowcy kamikaze i pasażerowie, którym czasami przeszkadza dzwonek w tramwaju.
Dzisiaj czytałem zażalenie pasażerki, która "uprzejmie doniosła" na motorowego, że ten użył dzwonka nie w momencie ruszania, ale już po zamknięciu drzwi i zadaniu jazdy.
Szkoda, że nie doniosła na niego, że przejechał na zielonym świetle, którego ona nie lubi.

Dzień jak co dzień :)
Jutro po lekkim nagięciu przeznaczenia, skoro świt wskakuję w linię 35.

p.s.
Awaria klimatyzacji nie kwalifikuje składu do zjazdu awaryjnego na zajezdnię.

niedziela, 28 lipca 2013

Ryba piła

Motorowy musi być trzeźwy.
Nie ma to tamto. Jak wykryją przynajmniej 0,2 promila to się z hukiem wylatuje z roboty.
I słusznie!
Praca jest mega ciężka jeżeli chodzi o koncentrację i nie ma tu miejsca na popierdółki.

Na ekspedycjach są alkomaty, na każdej zajezdni wiszą specjalnie urządzenia do pomiaru zawartości alkoholu w wydychanym powietrzu, często bywa tak, że Instruktorzy Ruchu sprawdzają trzeźwość na bramie wyjazdowej.

Ale ja mam bardziej prosty sposób na sprawdzenie jasności umysłu.
Jak w dowcipie.

Wraca mąż pijany do domu, drzwi otwiera żona.
- Piłeś kochanie?
- Ale gdzie tam żabciu, nic nie piłem.
- Ale ja czuję, że piłeś.
- Robaczku mój, naprawdę ani kropelki.
- To powiedz Gibraltar
- ... Piłem...

A w poniedziałek od piątej rano będę szalał wedle przeznaczenia na linii 4.

sobota, 27 lipca 2013

Wózek

W starych tramwajach jak wszyscy wiedzą niskich podłóg brak.
Ciężko się wchodzi nawet tym, którzy mają pełną kontrolę nad swoim ciałem.
Ale jeżeli temu ciału przydzielimy jakiś element dodatkowy (dajmy na to wózek), to już nie jest tak pięknie.

Świat jest okrutny, a schody wysokie. Wózeczek z dzieckiem jednak wnieść trzeba i nie ma, że boli.
Jednak gdy jesteś osamotniony w tej próbie, to zaliczenie tego typu zadania wcale nie jest proste.
Ale jak się okazuje, dwie osoby też mogą wykonywać sztuki ekwilibrystyczne.
Raz widziałem jak dziecko prawie wypadło ze swojej gondoli gdy rozgarnięci rodzice nie wzięli pod uwagę praw ciążenia i wnosili dzieciaka trzymając wózek prawie pod kątem prostym.

Poruszyłem ten temat wśród znajomych i taki oto wywiązał się dialog:

Maja - Zaczynam być fanką tramwajów. Ale tych nowych, bo do starych ciężko z wózkiem się wtarabanić. No cuda, panie. Schody wysokie, w środkowym wejściu poręcz po środku i wejdź tu (bez pomocy) z szerokim wózkiem na pompowanych kołach z dzieckiem w środku i drugim trochę starszym przy boku. Ciekawa jestem, czy są jakieś sztuki specjalne, żeby sobie te manewry ułatwić, oczywiście bez proszenia o pomoc.
Michał - Na miasto wychodziłem z małym wózkiem.
Maja - Niedługo też będę wychodzić z małym, ale do tej pory potrzebny był duży... Nie zmienia to faktu, że schody są wysokie, a często przystanki bywają usytuowane na jezdni. Jakikolwiek bagaż ciężko wnieść. Ale to tylko taka ogólna uwaga, bo mam nadzieję, że niedługo w zdecydowanej przewadze będą jeździły tramwaje nowoczesne.

I taka w sumie prawda. Tramwaje typu 105N nie zdają egzaminu w takich przypadkach.
Na szczęście Tramwaje Warszawskie już zakupiły 50 nowych DUO (takie Swingi tylko mają kabiny motorowych z obu końców) i ponad 100 nowych Swingów.
Będzie się jeździć lepiej, szybciej, wygodniej i z klimatyzacją, chociaż ta czasami niestety zawodzi.
Szczególnie w kabinie motorniczego, ale o tym napiszę następnym razem.

Sobota. Dla niektórych czas odpoczynku, dla tramwajów zwykły dzień roboczy.

piątek, 26 lipca 2013

40 minut

Pierwsza, normalna przerwa w pracy. 40 minut na wypicie słynnej wody motorniczych gromadzonej w butelkach na każdej ekspedycji (takie domki na pętlach tramwajowych) i zjedzenie kanapki.
Jak ktoś dysponuje większą fantazją to może skoczyć na szybkie żarcie (po polsku fast food) albo zwyczajnie kupić coś w sklepie.

Na expedycji full wypas - klima chodzi, lodóweczka mrozi, mikrofala sprawna. Żyć nie umierać, ale jechać trzeba.

Po oddaniu linii 74, czas na kilka kółek numerkiem 75. Takie tam od Metro Marymont do placu Narutowicza i abarot. Szybko, sprawnie i z niewielkim opóźnieniem, bo ona taka ładna była i bardzo jej się śpieszyło, więc zmarnowałem jedne światła i poczekałem z zamknięciem drzwi.
Trzeba być uczynnym bo przecież tramwaje są dla ludzi :)

Jak brałem 74, to kumple twierdzili, że ten numerek opóźnia inne tramwaje na szlaku.
Lekko powątpiewałem, bo będąc doświadczonym megalomanem wierzyłem, że umiem dać sobie radę.
Ale rzeczywistość jak zwykle mnie wyprostowała.
ZTM wreszcie zrobił dobry rozkład czasowy, przy którym nie trzeba się nigdzie śpieszyć.
I to był błąd, bo poprawnie jadący tramwaj 74 faktycznie opóźnia wszystkie inne tabory, które z reguły albo są opóźnione, albo przyśpieszone.

Mam nadzieję, że inni motorowi wielu psów na mnie nie powiesili.

Kolejny dzień bez ofiar, ale jedna rzecz mnie zaskoczyła.
Na przystanku przy pl. Bankowym upolowała mnie żoneczka.
Wraz z Patronem otrzymaliśmy po babeczce (takie ciastko z żółtym w środku) na dobre zakończenie dnia.
Lubimy babeczki, więc radość była wielka :)
Luba moja przejechała z nami kilka przystanków (obserwowałem w lusterku), a potem pomachała chusteczką i oddaliła się w sobie tylko wiadomym kierunku.

Fajnie tak zaliczyć babeczkę na szlaku

A od poniedziałku koniec zabawy - majtki na pupę. Zmiana od 5 rano.
Chyba, że coś się niespodziewanie zmieni.

czwartek, 25 lipca 2013

Zatrzymanie

Dzisiaj miałem swoje pierwsze zatrzymanie.
Znaczy tramwaje stoją, nie jadą, a ludzie biegają i skaczą między wagonami.
Panuje wielka radość i zgrzytanie zębów, bo czas leci, a premia ucieka.

Zatrzymanie nastąpiło w samym centrum, przy Dworcu Centralnym.
Niespodziewanie popsuł się tramwaj, który zjechał z ronda, ale drugi, który wjechał za nim utknął i zablokował trasę.
No i nie mogłem sobie dojechać na Kielecką.
Czas płynął leniwie, Instruktorzy Nadzoru Ruchu naprawiali tramwaj, a ja notowałem skrupulatnie stracone minuty, które potem trzeba wpisać w kartę drogową.

Na szczęście po 13 minutach trasa została odkorkowana i można było kontynuować przygodę na torach.
Dokonałem cudów i udało mi się dojechać na pętlę w sam czas, aby bez przerwy na siku od razu ponownie wyruszyć na szlak jedynie z 30 sekundowym opóźnieniem.

Oddałem tramwaj na Nowym Bemowie kolejnemu bohaterowi Warszawy i wraz z Patronem oddaliliśmy się w stronę zachodzącego słońca, czyli na zajezdnię R4.

Jednak w połowie trasy linii 6 odezwał się mój telefon.

- Słucham - zapytałem się grzecznie jak zwykle, albowiem wyświetliło się iż to sam Dyspozytor się dodzwania..
- O laboga laboga. Gdzie jesteś?! - krzyczy Dyspozytor
- W tramwaju - odpowiadam zgodnie z prawdą
- Ale w jakim?!
- No w 6. Wracamy na zajezdnię.
- Ale wy macie zmianę. Trójki masz brać (znaczy linię 33).
- ehkem - odparłem roztropnie - ale że bo ja?

Od słowa do słowa okazało się, że trzeba szybko biec i przejmować tramwaj na Młocinach, bo jestem jedynym, wolnym motorowym w okolicy.
Wszystko dobrze się skończyło i tramwaj dostał się w moje ręce z lekkim, trzyminutowym opóźnieniem.
ZTM zadowolony, Dyspozytor zadowolony, Patron eee ten tego, a ja sobie pojeździłem prawie 3 godzinki dłużej.

Jutro przeznaczenie wyznaczyło mi linie 75 i 74. Trudniej będzie mnie uniknąć (lub złapać).