sobota, 29 marca 2014

Zielone światło

Czasami widać, jak motorowy "wyprzedza" światło.
Nie chodzi o to, że jesteśmy szybsi od prędkości światła.
Nie wyrywamy w kosmos jak jakiś Sokół Millenium z Hanem Solo na pokładzie (chociaż niektórzy z nas wyglądają jak Chewbacca albo Leia).
Chodzi o to, że staramy się uniknąć kolizji.
Już tłumaczę.
Sygnały świetlne to zmora motorowych.
Większość świateł jest ustawiona tak, że pierwsze ruszają samochody, a dopiero potem tramwaj, który powinien być pojazdem lekko uprzywilejowanym.
Trudniej nam ruszyć z miejsca, trudniej zahamować, mamy na pokładzie niejednokrotnie setki pasażerów i musimy zachować dodatkową czujność.
Prawda jest taka, że samochody często i gęsto dostają zielone światło przed tramwajem.
Skutkuje to tym, że radośnie wjeżdżają sobie na tory (skręcając w lewo) i blokują przejazd.
Dla tramwaju strata 5 sekund jest równoważna z utknięciem na światłach, a co za tym idzie - stratą niejednokrotnie dwóch minut.
Dlatego tramwaj często rusza z przystanku (albo ze skrzyżowania), gdy jeszcze świeci się czerwone światło.
Takie sytuacje możecie zaobserwować np. na Kercelaku, gdy 27 skręca w lewo w Okopową, lub przy kinie Femina, gdy tramwaj zamyka drzwi i "dotacza" się do sygnalizatora pomimo tego, że ma jeszcze czerwone światło.
Daje to dodatkową szansę kierowcom samochodów na zauważenie tak niewielkiego obiektu jakim jest tramwaj.
Ostatnio miałem tego typu sytuację.
Musiałem ciut dłużej stać na przystanku, bo to godziny szczytu, więc i chętnych na przejażdżkę więcej.
Ruszyłem równo z zielonym światłem (czyli pionową pałeczką dla tramwaju), ale jeden z samochodów był szybszy. Bo on tu przecież musi w lewo skręcić i nie będzie marnował czasu na jakieś czterdziestotonowe pierdolety.
Prawie zdążył wbić się w przód tramwaju. Na szczęście usłyszał dzwonek ostrzegawczy i zatrzymał auto w ostatniej chwili. Dodam, że musiałem mocno przycisnąć pedał hamulca.
Niestety auto zatrzymało się już na torowisku.
Zanim mężny kierowca wpadł na pomysł, że dysponuje możliwością jazdy do tyłu, zanim skonstatował jaką odległość musi pokonać, by tramwaj mógł przejechać, to światło się zmieniło.
Utknąłem.
A jak tramwaj utknie na skrzyżowaniu, to blokuje cały ruch i następuje armagedon lub jak ktoś woli - apokalipsa. Nie ma zmiłuj.
A przejechać się nie da, bo piesi już dostali zielone i nie patrząc na boki, ochoczo wybiegli na przejście.
Mają prawo - to niezaprzeczalny fakt, ale nie zwalnia ich to z myślenia.
Musiałem poczekać, aż wszyscy przejdą i wysłuchać wszystkich możliwych sygnałów dźwiękowych.
Pewnie zginęło również kilka psów, które zostały na mnie powieszone przez rozwścieczonych kierowców.
Nie ma lekko.

W sumie to rozumiem tego typu zachowanie. Mniej więcej wedle mojej imaginacji widzę to w ten sposób.

Słaby kierowca samochodu robi tak:
O! Zielone! To gazu. Jeszcze tylko wrzucę pierwszy bieg. Gdzieś tu jest gałka. O jest. No to sru.

Niezły kierowca samochodu robi tak:
O! Zielone! Wrzut jedynki i  gazu.

Całkiem dobry kierowca samochodu robi tak:
O! Żółte. Zaraz będzie zielone, to wrzucę jedynkę, by na zielonym ruszyć. Zielone - ruszam.

Dobry kierowca samochodu  (taki prawie zawodowy wyjadacz) robi tak:
O! Żółte! Jedynka wrzucona, zerknę w prawo i lewo czy coś się nie dzieje dziwnego. Żaden pieszy nie biegnie do tramwaju po czerwonym. Tramwaj rusza, to ja spokojnie dojadę do torowiska i zatrzymam auto tak, żeby motorowy widział, że nic nie kombinuję.

A motorowy robi tak:
Zaraz zmieni się światło dla pieszych, czyli samochody wkrótce dostaną zielone, znaczy mam jeszcze jakieś 9 sekund.
Zamykam drzwi. Sprawdzam czy są zamknięte. Ktoś spóźniony "puka" w przycisk, to otworzę jeszcze i wpuszczę.
Oho, biegnie jakiś kamikadze po czerwonym.
Heh, biegacz jednak zdążył, no to zamykam drzwi (mam na to jakieś 6 sekund), czyli ruszę spokojnie na zielonym (znaczy pionowej pałce dla tramwaju).
Zerknę w lewo, czy jakiś kolejny "boski wiatr" nie dobiega, zerknę w lusterko boczne jeszcze raz, czy ktoś się w drzwiach nie utknął, sprawdzam sygnalizację (na wszelki wypadek) i patrzę na infotron, czy nie odjeżdżam z przystanku zbyt wcześnie. Jeszcze szybki rzut oka, czy nie mam kogoś przy pierwszych drzwiach.
Obserwuję samochody z prawej, bo zawsze się trafi jakiś dżygit co to musi "zdanżyć".
Z przeciwnej strony Heniek już się toczy tramwajem, trochę wyprzedził sygnał. Czas ruszać.
Ale patrzę jeszcze na układ zwrotnicy i na sygnał zwrotnicy (ta mrugająca strzałka wisząca na trakcji).
Ruszam powoli, bo tramwaje na lewoskręcie nie mogą się mijać.
Heniek zwalnia, robi "przesłonkę", żeby nikt mi nie wyskoczył autem na torowisko.
Korzystam z przysługi i powoli mijamy się na środku skrzyżowania.
Patrzę asekuracyjnie w boczne lusterko, czy jakiś szalony kierowca nie stoi zbyt blisko torowiska.
Uf, kolejne skrzyżowanie pokonane.
- Panie, panie! A bilet to mogę kupić? Ulgowy dwudziestominutowy! Halo!
Tego typu głos odzywa się przeważnie na środku skrzyżowania, tak na osłodę.



A wystarczyłoby coś takiego na każdym skrzyżowaniu.
Myślę, że światła tego typu bardzo by pomogły w planowaniu obsługi przystanków.
Niestety w całym mieście stołecznym jest tylko jedno takie cudowne rozwiązanie.

niedziela, 23 marca 2014

sobota z małej litery

Sobota upłynęła pod znakiem literki D jak dysfunkcja umysłowa.

Bywa, że trafiają się pasażerowie o odmiennym podejściu do życia. Takim wiecie, bardziej offowym. Hipsterskim jakby.
Ale wczoraj chyba wydano jakieś przepustki z zakładów zamkniętych, albo opiekunowie nie wywiązali się ze swoich obowiązków.
Normalnie trafiam takich ludzi specjalnej troski w ilościach jeden na miesiąc, ale wczoraj naliczyłem pięciu.
Troje zapadło mi szczególnie w pamięć, bo napsuli mi krwi wyjątkowo.

Pierwszy.

Ktoś wali w drzwi kabiny na przystanku. Patrzę - dziadzio jakiś, ale wygląda na poirytowanego. No to otwieram odrzwia, bo może coś ważnego chce powiedzieć.
- Chamie ty! piii piii piii piii (nie mogę cytować, bo dzieci to czytają). Bo ty zmieniłeś tablice.
Ja tu jechałem ósemką, a teraz jest 26! Ty piiii piii piii dupa!
- Panie szanowny, jak mogłem zmienić tablice. To cały czas była linia 26.
- Jak była! Ja widziałem. Było 8, a teraz jest co innego. Zmieniłeś tablice!
- Ale to fizycznie nie jest możliwe.
- Zmieniłeś chu (eee zwisie przedni męski) ja wiem! Skargę złożę!
- ...

To jeszcze luzik guzik, bo na początek dnia to i wytrzymałość mentalna jest na wyższym poziomie.
Jednak długo nie musiałem czekać na kolejne wydarzenie

Druga.

Przystanek Ciepłownia Wola. Uruchamiam ciepły guzik, co to trzeba go wcisnąć, by sobie samemu zrobić dobrze, czyli drzwi otworzyć.
Ludzie wysiadają, wsiadają. Zerkam czy nie ma innych chętnych. Nie ma.
No to zamykam i ruszam.
A tu nagle JEB JEB JEB! w szybkę kabiny.
Się odwracam, a tam kobieta o fioletowych włosach i ogniem w oczach.
I się drze.
- Dlaczego drzwi nie otworzyłeś?! Dlaczego mi drzwi nie otworzyłeś?!
- Jak nie otworzyłem, skoro ludzie wysiadali i wsiadali? Znaczy były otwarte!
- Dlaczego mi drzwi nie otworzyłeś - się zacięła czy co - Drzwi mi nie otworzyłeś.
Jako, że jeszcze byłem na przystanku, to lekko szarpnąłem hamując i otworzyłem drzwi ponownie, bo co się będę w dyskusje niepotrzebne wdawał. Szkoda czasu, a rozkład weekendowy linii 26 nie bardzo przewiduje pasażerów i światła, więc trzeba się mocno sprężać.
Drzwi otwarte, a ta kobieta nadal się na mnie wydziera.
W końcu jeden z pasażerów warknął na nią, że przecież drzwi są otwarte i niech wyp... (oddali się szybko) z tramwaju.
Pani wysiadła, a ja uprzejmie podziękowałem miłemu pasażerowi.

Jednak rysa na koncentracji pozostała, a tu jeszcze sześć godzin do końca zmiany.

Trzeci.

Jest sobie takie dziwne skrzyżowanie przed  (lub za jak kto woli) przystankiem Ratuszowa. Zresztą mało to ważne gdzie.
W każdym razie samochody mają tam pierwszeństwo, a tramwaj wyjeżdża z ulicy podporządkowanej.
I wszystko niby jest jasne, ale nie dla kierowców samochodów.
Większość z nich widząc wytaczający się tramwaj po prostu zatrzymuje auta.
W sumie bardzo słusznie czynią, bo lepiej się zatrzymać gdy nie jesteś pewien swoich praw na drodze, niż potem kurować się w szpitalu jeżeli jednak się myliłeś.
Dochodzi do sytuacji, w których i tramwaj i samochody stoją i się gapią.
Motorowi w takich przypadkach po prostu kontynuują jazdę.
I taką właśnie sytuację miałem ja.
Dojechałem do znaku i zatrzymałem tramwaj. Samochód z lewej też się zatrzymał. I stoi.
No to zadałem jazdę i powolutku wtoczyłem się na skrzyżowanie.
A tu nagle ze środka wagonu dobiega głos.
Jednak nie taki zwykły głos.
Tutaj musicie wysilić szare komórki i przypomnieć sobie, jakim głosem mówią osoby niedorozwinięte w filmach. Taki dziwnie zduszony, z przydechem i lekko zawodzący i buczący, ale przebijający się przez zgiełk ulicy.
Spróbujcie sami.
I taki właśnie głos się rozległ.
- Proszę nie wymuszać!
Osz w mordę. Kogoś napadli - pomyślałem sobie. Koncentracja zero. Nerwy napięte, ale że byłem na skrzyżowaniu, więc wpierw postanowiłem z niego zjechać.
- Proszę nie wymuszać!
Jak nic ktoś ma kłopoty. Wyjechałem na prostą i jeszcze bardziej zwolniłem oglądając się przez ramię.
Na wagonie spokój, nikt się nie przepycha, ale głos odzywa się ponownie.
- Proszę nie wymuszać pierwszeństwa!
Ah, to o to chodzi, nerwy opadły, więc odpowiadam spokojnie i w miarę głośno:
- Tamto auto stało, nie wymusiłem.
- Proszę nie wymuszać pierwszeństwa!
Nosz kurde, zaciął się czy coś?
- Nie wymusiłem, bo tamto auto stało w miejscu. Puszczał mnie!
- Proszę nie wymuszać pierwszeństwa! Mało to wypadków?!
Tu byłem już pewien, że facet jest niespełna rozumu. Do takiego samego wniosku doszło kilkoro z pasażerów, bo całkiem ostro zaczęli go rugać.
- Zamknij się pan, bo przeszkadzasz motorniczemu.
- Lecz się pan. Pastylki jakieś weź czy coś.
- Wysiadaj jak się nie podoba i idź do straży miejskiej.
itp.
Typ jednak był uparty i zaczął się wykłócać, że powinienem stać i czekać, aż tamten kierowca zdecyduje się ruszyć.
Teoretycznie miał rację, ale co innego teoria, a co innego podejmowanie decyzji na ulicy.
Poza tym z tego co wiem, to wymuszenie pierwszeństwa następuje wtedy, gdy zmuszasz inny pojazd do gwałtownego hamowania lub do zwolnienia tempa jazdy. Ewentualnie do zmiany pasa ruchu.
Koncentracja mi siadła zupełnie. Zatrzymałem tramwaj na światłach i odstałem jeden cykl.
Musiałem uspokoić oddech prostą techniką ibuki.
Kilka oddechów później dostałem zielone światło i już uspokojony pojechałem dalej.
Ale w głowie głos tego jegomościa prześladował mnie jeszcze dość długo.

Ja rozumiem, że osobnik mógł doświadczyć jakichś traumatycznych wydarzeń, czy widział coś, co go mocno poruszyło i zostawiło skazę na umyśle, ale to nie jest powód, żeby tak stresować kierowcę.
Najlepszym odpowiednikiem w samochodzie byłoby chyba chwycenie kierowcy za rękę z okrzykiem - Patrz! Banany!
Bez sensu.
I wiecie co jest najgorsze?
Że taki jeden z drugim złoży skargę, która może zaważyć na dochodach motorowego i na jego opinii.

A dzisiaj znowu prawie 10 godzin na szlaku. Wykończa mnie te długie zmiany. Szczególnie gdy dostaję stary tramwaj.
Przy niedzieli będę krążył na linii 10 brygada 11. Jak ktoś chce, to może napisać pochwałę jakąś czy coś.


wtorek, 18 marca 2014

Cuda nad Wisłą.

I powiadam Wam, albowiem cudowne rzeczy widziałem.
Takoż dwa zdarzenia me oczy ujrzały.
Nie trzy, nie jedno, ani nawet nie cztery, jeno dwa i tylko dwa.
Lecz niebywałe one były, przeto prawię wszem i wobec i każdemu z osobna by wiadomym było, iż są jeszcze ludzie myślący na tym łez padole.

Może zabrzmiało to nieco górnolotnie, ale takie zachowania przywracają wiarę w ludzi.
Na Bemowie jeden pan kierowca auta osobowego wykazał się znajomością cyklu świetlnego i zanim światło zmieniło się na żółte, to on już zwolnił, bo wiedział, że tramwaj ruszający z przystanku wzbudzi sygnalizator.
Dzięki temu nie musiałem się zastanawiać, czy przywalę w jakiegoś ananasa, czy tym razem przejadę bez nerwacji.
Chwała mu i Sława. Więcej takich kierowców.
Swoją drogą jakiś czas temu miałem lekki zgrzyt z kumplem, który prowadził auto (ja występowałem w roli pasażera).
Na skrzyżowaniu Jana Pawła II i al. Solidarności stanął jakoś tak beznadziejnie na środku skrzyżowania i się mnie pyta, kiedy ten tramwaj stojący na przystanku ruszy.
No to mu mówię, że warto, aby poznał kilka skrzyżowań i układów świetlnych, to następnym razem będzie mu łatwiej.
On na takie dictum naskoczył na mnie, że on się uczyć nie będzie, bo on tu przyjechał i nie zna i nie wie i zarobiony jest.
No to mu grzecznie odpowiedziałem, że w takim razie za każdym razem na skrzyżowaniu będzie przeżywał sekundy niepewności zakończone brawurowym paleniem gumy, piskiem opon i uciekaniem sprzed ruszającego tramwaju.
Warto. Naprawdę warto poznać kilka cykli świetlnych na skrzyżowaniach, które najczęściej pokonujecie czy to pieszo, czy pojazdem gąsienicowym.

A drugim objawieniem był rowerzysta.
Nie przepadam za większością z nich.
Poruszają się jak zmutowany pieszy wyposażony w koła.
Często wydaje się im, że są pojazdami uprzywilejowanymi. Do tego nie mogą się zdecydować czy podróżują chodnikiem czy ulicą. Gdyby mieli cztery kółka, to pewnie jechaliby mając krawężnik między kołami.
Wymuszają pierwszeństwo, jeżdżą brawurowo (co nie znaczy, że bezpiecznie) i zawsze najlepiej znają przepisy ruchu drogowego. Niestety tylko w swoim mniemaniu.
A do tego większość z nich ma nieoznakowane bicykle. Zero światełek czy odblaskowych blaszek.
Nie dalej jak kilka dni temu jeden z takich właśnie wszystkowiedzących rowerzystów rozbił szybę w autobusie by wywrzeć pomstę na kierowcy.
Dlatego rowerzyści nie są moimi faworytami.
Ale ten, którego widziałem zaskoczył mnie na tyle, bym wspomniał o tym na łamach Tramwaju Przeznaczenia.
Niby nic takiego nie zrobił. Wystarczyło mi jednak, że zsiadł przed przejściem dla pieszych, przeprowadził rower na drugą stronę, po czym wsiadł ponownie i spokojnie odjechał.
Można?
Można.
Chwała mu za to i Sława. Więcej takich rowerzystów.

Ot i taki sobie krótki wpis poczyniłem.
Jutro dziesięciogodzinna zmiana na linii 20.
Będzie hardcore.

środa, 5 marca 2014

Luty - wzuj buty.

Piszecie, żeby pisać, ale uwierzcie mi, że życie motorowego jest niebywale hmmm monotonne.
Praca, dom, praca, dom, praca, dom (z niewielkimi przerwami na sen).
No bo ile można pisać o wypadkach samochodowych, czy innych kolizjach.
Bo to wiecie - ja uważam, że owce nie powinny jeździć samochodami.
Generalizując, to w ogóle nie powinny wychodzić z domu najlepiej.
Chodzi o instynkt stadny, który na drodze jest bardzo zwodniczy i często prowadzi do nieszczęść.
Na przykład w sytuacji, gdy jeden baran wejdzie na przejście dla pieszych na czerwonym świetle, a kilka owieczek nie zastanawiając się zbytnio, ruszy za nim.
Baran przebiegnie, a owieczki potulnie będą dreptać swoim tempem.
I ambaras gotowy.
Podobnie jest z samochodami.
W moim przypadku jeden wymusił i przejechał, drugi wymusił i przejechał, a trzeci już niekoniecznie.
Hamowałem, dzwoniłem sygnałem ciągłym, ale nie dałem rady zatrzymać się przed owcą w aucie.
Myślałem, że ubiłem osobnika bo dostał centralnie w drzwi kierowcy. Okazało, że to był Rosjanin, a do tego podróżował w BMW.
Nawet zadrapania nie miał (znaczy ten Ruski, bo auto to do generalnego remontu się nadawało).
A w momencie zderzenia miałem maxymalnie 10 km/h. Może mniej.
Eh. Miałem nie pisać o tym, ale trochę mnie to jednak gniotło.
Mogłem zabić.

Z innej beczki to miałem heroiczny sen.
Śniło mi się, że na przystanku jakiś jemioł kopnął w drzwi i je popsuł. Znaczy zbił szybę czy coś tam.
No to ja (jako, że było to sen heroiczny), wyskoczyłem z kabiny w celu ujęcia draba.
No i udało mi się, ale się okazało, że wandali było dwóch.
Ująłem obu - w końcu było to sen heroiczny.
I kiedy już ich okiełznałem bynajmniej nie za pomocą lampki szampana (bo jak niektórzy wiedzą, złych chłopców nie okiełzna kielich szampana), to się okazało, że ktoś mi zajumał tramwaj.
Obudziłem się zlany zimnym potem, co jak się okazało wyszło mi na dobre, bo właśnie miałem wstawać do pracy. Była 2:50

Ale czasami sen wcale nie odbiega bardzo od rzeczywistości.
Autobus do rzeczonej pracy przyjechał o 3:19 - tylko kilka minut przed czasem. Na szczęście zawsze wychodzę nieco wcześniej z domu, żeby się nie denerwować, że mi transport "uciekł".
Wsiadam, toczę wzrokiem lekko pół śniętym po ludziach. Obserwuję.
Stoi jakiś gość w towarzystwie trzech podchmielonych podfruwajek (młodych dziewczyn znaczy się).
Ładne całkiem były.
Wszystkie się tulą do niego i siebie nawzajem. Miły obrazek dla oka - nie powiem, żeby nie.
Coś tam świergoczą do siebie - nie wiem zbytnio co, bo mam słuchawki na uszach.
Znaczy w uszach, takie malutkie do pracy w tramwaju, żeby nie było widać, że słucham muzyki, bo nam nie wolno. Ponoć muzyka dekoncentruje.
No i tak sobie patrzę. I patrzę. I dochodzę do wniosku, że coś mi nie gra.
Okazało się, że nie chodzi o słuchawki, a o buty. Buty nie grały, a dokładnie ich brak.
Jedna z dziewczyn była boso. Bez butów. Całkiem. Nawet w rękach nie trzymała.
Chciałem przetrzeć oczy ze zdumienia i wtedy zorientowałem się, że nie mam okularów.
Hehe - żartuję.
Wcześniej się zorientowałem, że nie mam okularów. Mniej więcej gdy byłem w połowie drogi na przystanek.
Powiem uczciwie, że chyba nigdy jeszcze tak szybko do domu nie wracałem.

I tu taka mała konkluzja.
Niby sprawdzają nas codziennie na obecność alkoholu w wydychanym powietrzu. Niby procedury i inne sratatata.
Ale powiedzcie uczciwie, czy bardziej niebezpieczny jest osobnik po spożyciu jednego piwa, czy osobnik, który zasypia na siedząco?
Tylko jak to sprawdzić? Na przykład podczas dziewiątej godziny pracy.
Fakt, że motorowy ma obowiązek stawić się do wykonywania obowiązków służbowych wyspany.
Wszystko pięknie, niby można się położyć o godzinie 19:00 i przespać 8 godzin.
Tylko jaka rodzina umożliwi takie zasypianie? Szczególnie jeżeli mieszka się w M1 z żoną i dwójką dzieci (a czasami i teściową).
Dobrze, że mi wystarcza kilka godzin snu.
Pewnie dlatego, że po przyjściu z pracy odsypiam brakujące godziny.
Sytuację ratowało by może ustawienie krótszych zmian dla pracujących na pierwszą zmianę?
A może Wy macie jakieś pomysły jak radzić sobie w zasypianiem w pracy?

czwartek, 20 lutego 2014

Bufet

I po urlopie.
Następnym razem wezmę trzy tygodnie.
W sumie to był mój pierwszy, prawdziwy urlop (w sensie przerwy w pracy, bo nigdzie nie wyjechałem) od roku 1996.
Wypocząłem nieco psychicznie, pobawiłem się żołnierzykami, wziąłem udział w sporym wydarzeniu hobbystycznym zwanym ZjAvą i ogólnie zadowolony wróciłem do pracy.

I od razu miłe zaskoczenie, bo poniedziałek wolny, a we wtorek dostałem moją ulubioną linię numer 10.
Dobry rozkład i bardzo długi przelot od krańca do krańca.
Poza tym lubię okolice Mokotowa.
A we środę linia 23.
I już miałem marudzić, że znowu dwuminutowe przerwy i ogólna nędza z bryndzą, a tu pełna siurpryza.
Zmienił się rozkład jazdy (przynajmniej dla drugiej brygady).
No full wypas normalnie.
Przerwy minimum 5 minut na Czynszowej, wydłużony czas przejazdu.
Aż musiałem się pilnować, żeby nie złapać przyśpieszenia na poziomie +2.
Naprawdę dobrze mi się jeździło pomimo blisko dziesięciogodzinnej zmiany i godzin szczytu.
Dziękuję ZTM za dopasowanie rozkładu do realiów życia codziennego motorowego.

A teraz ciut humorystycznie.
Na pętli Czynszowa (czyli głęboka Praga, gdzie kosę wsadzają pod ziebro i na dintojrę można się narazić) puka do mojej kabiny jakowyś jegomość i w te słowa do mnie uderza:
- Bo oni Ci zrobili bufet na końcu tramwaju.
Ja na takie dictum popadłem w lekką konsternację.
No bo jak bufet, to znaczy menele. Jak menele to pewnie miejscowi. Jak miejscowi to parafrazując dialog z filmu w ryj dać ktoś może dać. (dla niezorientowanych link do kliknięcia). Może nie od razu politycznie, ale boli podobnie.
No to się grzecznie pytam osobnika, co dokładnie oni tam wyprawiają (bo wagon długi to nie widać).
- O panie! Bufet tam zrobili! Syf, smród!
- Ale jaki bufet? Rozlali coś? Brudno jest? Bezdomni jacyś?
- Ooo! Bufet rozlali normalnie brudno jest! Dzwoń po Nadzór i musisz zjeżdżać do zajezdni bo bufet.
No zafiksował się facet na dobre.
Nie pozostało mi nic innego, jak iść do imprezowiczów i sprawdzić organoleptycznie co tam się właściwie wyrabia.

No to ruszyłem swoim pewnym i opanowanym krokiem motorowego.
Stukilogramowego motorowego.
Stukilogramowego, łysego motorowego z brodą.
Podchodzę.
Siedzi czterech młodych człowieków w wieku bliżej nieokreślonym i rozmawiają.
Poważnie. Deliberowali sobie na jakiś temat.
Fakt, mają piwo.
W butelkach.
Zamknięte (zakapslowane znaczy się).
Jeden z nich miał otwarty jogurt, który spożywał łyżeczką.
Zapytałem, czy wszystko w porządku. Ochoczo potwierdzili, że i owszem.
Powiedziałem tylko, że kulturka ma być i nie życzę sobie żadnego popijania i plucia na podłogę z opcją rozlewania trunków.
Obiecali być grzeczni i tacy byli.
Nie wiem, o co chodziło tamtemu panu.
Musi przewrażliwiony być musiał. Ale czasami lepiej dmuchać na zimne.
Zapobiegać zamiast likwidować.

Co by nie mówić, lepiej żeby pasażerowie (chociaż to chyba był motorowy) reagowali w jakikolwiek sposób, niż cicho przyzwalali na potencjalne objawy chamstwa w środkach komunikacji miejskiej i nie tylko.

I tym optymistycznym akcentem z wiarą w młode pokolenie oddalam się na służbę.
Linia 26 czeka.

środa, 12 lutego 2014

Ostatnia prosta

No właśnie.
Modne są trylogie, więc trzeba iść z duchem czasu.
Czasami może być to Duch Maszyny.
Tym razem zaliczymy wycieczkę trasą wyjątkową, albowiem jedyną taką w Warszawie.
Znaczy nie ma takiej drugiej. Ba, tu nawet światła są inne.

Boernerowo.
Ale wpierw trzeba ruszyć z przystanku Marynin.
Całkiem przyjemny, szybki cykl świetlny. Długo nie trzyma, a pozwala normalnie obsłużyć przystanek.
Pałka pionowa - no to w drogę.
Ale niezbyt długo, bo po kilkudziesięciu metrach są kolejne światła i zwrotnica. Muszą być, bo od tej pory wjeżdżamy w inny świat.
Zwrotnica na lewo, czekamy na pozwolenie do jazdy w lewo (zbyt długo jak na moją głowę) i zadajemy jazdę.
Właśnie wjechaliśmy w świat pojedynczych torów, mijanek, kolorowych świateł i wzbudzanej (prawdziwie) sygnalizacji.
Szybko i sprawnie docieramy do przystanku Siodlarska.
Urokiem przystanków na tym odcinku jest to, że ZAWSZE ktoś wsiada lub wysiada.
Nie da się tu uczciwie odrobić ani pół minuty.
Zatem uzbrojony w cierpliwość zabieram kogo się da i ruszam dalej.
Tory jeszcze podwójne. Z przeciwka inna dwudziestka mija mnie w pełnym galopie. Za konsoletą uśmiechnięty motorowy oddaje salut. Odwzajemniam się tym samym i gnam dalej.
Dobrze, że teraz go spotkałem, bo gdybyśmy mijali się ciut dalej, to mógłbym utknąć na światłach.
Fakt, że to tylko 15 sekund, ale wiecie jak to jest.
Tu pięć, tu dziesięć tam piętnaście i robi się minuta opóźnienia.
Małe wytłumaczenie. Przy skrzyżowaniu z ulicą Powstańców Śląskich jest wzbudzana sygnalizacja świetlna z krótkim cyklem. Jeżeli tramwaj z przeciwka ją wzbudzi, a ja nie zdążę przejechać, to dupa zbita - stoję.
Dojeżdżam do pierwszych, wzbudzanych świateł. Trzeba trochę przyhamować, bo wzbudzanie przychodzi opornie (czujnik jest umieszczony zbyt blisko skrzyżowania). Zatrzymanko, pałka pionowa, zadanie jazdy i po przejechaniu 15 metrów przystanek Dywizjonu 303. Czyli stoję (znowu).
Fajnie tak ciągle się zatrzymywać. A strata czasowa jak była, tak jest.
Cyk, myk. Ludzie wysiedli, ludzie wsiedli.
Go Go Go.
Osiedle Zielony Staw (przystanek taki). Mógłbym tu mieszkach chyba.
Znaczy w jednym z okolicznych domów, a nie na przystanku.
Zaraz zacznie się hardcore, którym straszą młodych motorowych.
Odcinek jednotorowy.
Ale zanim na niego wjadę, zaliczam jeszcze Fort Blizne. Szybciutko, bo pasażerowie tutaj są zdyscyplinowani i wyjątkowo sprawnie potrafią wsiadać i wysiadać.
No i zaczyna się.
Szkoda, że nie mam żadnej fotki, bo to jest niepowtarzalne uczucie.
Dojedziesz za blisko świateł - nie wzbudzą się i nie będzie można wjechać.
Dojedziesz za daleko - też się nie wzbudzą, ale za to wyłączy się cały odcinek jednotorowy, czyli lekko licząc 5 przystanków.
I nie ma, że boli. Się stoi i się czeka na specjalne służby.
Nie tak dawno komuś ten wyczyn się udał i prowadząc tramwaj linii 20, zostałem zaskoczony przez panią z ekspedycji na krańcu KOŁO, która "skracała" nas przez tę właśnie pętlę. Czyli zamiast jechać prosto, to zawijaliśmy oberka i wracaliśmy na trasę z wyprzedzeniem czasowym sięgającym 15 minut.
Ale wracając do Boernerowa.
Doprowadzam czterdzieści ton żelaza i stali do sygnalizatora. Różnica 20 centymetrów może spowodować brak reakcji świetlnej.
Uważam zatem, żeby przypadkiem nie dać ciała.
Nie daję.
Pozioma, czerwona kreska zmienia się na zieloną, pionową - znaczy żaden inny tramwaj z przeciwnej strony nie nadciąga.
No to buta.
Po kilkuset metrach kolejne, krótkie, wzbudzane światła (nawet nie trzeba się przy nich zatrzymywać) i już widzę przystanek Kocjana.
Śmieszna sprawa.
Za tym przystankiem są kolejne światła. Też wzbudzane, ale żeby sensownie obsłużyć przystanek znajdujący się za sygnalizacją, trzeba się zatrzymać mniej więcej w 2/3 tegoż własnie przystanku. Znaczy nie można dojechać do samego początku.
    Mała dygresja. Niech ktoś znajdzie synonim do wyrazu "przystanek", bo "stacja" słabo pasuje, a używanie ciągle tego samego wyrazu jest co najmniej słabe. Koniec dygresji.
Ten karkołomny manewr zatrzymania trzeba wykonać przy kuble na śmieci. Dobrze, że jest betonowy i nikt go nie przestawia, więc jest jakiś odnośnik.
Jeżeli bym stanął normalnie, to czujnik wychwyciłby mój pojazd i uruchomił sekwencję zmiany sygnalizacji świetlnej.
I niby wszystko w porządeczku, bo tramwaj ma mieć priorytet najwyższy, ale geniusz techniczny projektujący to urządzenie nie pomyślał, że na przystanku mogą być ludzie. Nie pomyślał również o tym, że może się trafić, iż ktoś będzie chciał z tego tramwaju wysiąść.
Efekt jest taki, że jeżeli dojadę do początku przystanku, a będę miał chociaż jednego chętnego na skorzystanie z usług Tramwajów Warszawskich, to nie zdążę dojechać do tych cholernych świateł i utknę na kolejne kilkadziesiąt sekund. Taki szybki ten cykl jest (zresztą nie tylko tutaj).
To samo tyczy się przystanku Dywizjonu 303 w kierunku KOŁA.
No nic. Zna się te sztuczki magiczne, to się na światła zdąża.
Ale radość nie trwa wiecznie, bo rozpędzić się nie da.
Przed przystankiem WAT jest mijanka, a co za tym idzie i zwrotnica. Pamiętacie o ograniczeniu prędkości?
Słyszałem legendy o motorowych, którzy po tych zwrotnicach naku... jadą z prędkością 40 km/h.
Jak się ktoś chce w czasie wyrobić, to nie ma bata, musi oszukiwać.
Ja póki co jestem uczciwy, więc przepisowo zwalniam. Pyr pyr pyr po zwrotnicy i już jestem na WAT'cie.
Tutaj kolejne osiągnięcie techniki. Światła (te specjalne) są umieszczone za przystankiem, ale nie tak od razu za nim. Ktoś je tak sprytnie ustawił, że po obsłużeniu przystanku muszę podjechać kilka metrów, zablokować przejście dla pieszych i stanąć jak ta pipa w szczerym polu.
Skutkuje to tym, że ludzie biegają. Każdy chce zdążyć przed tramwajem, bo jeżeli się trafi, że z przeciwka będzie jechał inny skład, to mogę tu utknąć nawet na kilka minut.
Wtedy taki pieszy będzie miał do przejścia około 70 metrów (długość tramwaju razy dwa, bo musi się cofnąć).
Tym razem właśnie tak było. Ja byłem opóźniony, a ten z przeciwka pewnie też.
No i zanim zwolnił tor, to odczekałem 2 minuty. Super.
Ale już jestem wyluzowany, jak nie przymierzając wagon tybetańskich mnichów. Skoro nie możesz rozwiązać problemu, to po co się denerwować.
Pomachaliśmy do siebie (znaczy taki salut jakby), tramwaje się minęły, ja dostałem zieloną pałeczkę (na sygnalizatorze) i mogłem jechać dalej.
Ktoś liczy jakie mam opóźnienie, bo ja podczas pisania się pogubiłem, ale chyba jakieś -6 czy coś takiego.
Następny przystanek - Archimedesa.
Legendarny i magiczny.
Tutaj niezależnie od pogody jest ślisko. Na torach znaczy się.
Pewnie wojskowi jakieś eksperymenta przeprowadzają na tramwajach. Ani chybi.
Efekt jest taki, że trzeba się tu poruszać powoli. Najlepiej do 20 km/h.
Chyba, że ktoś chce zatrzymać tramwaj kilka metrów za przystankiem.
Archimedesa obsłużony - ruszam dalej.
Zaraz będzie moje ulubione rondo. Przed nim są jeszcze dwie uliczki, z których bardzo często wyjeżdżają śnięci kierowcy. Nie patrzą, nie słuchają, nie reagują.
Koszmar.
Jednym słowem trzeba wykazać się dużymi zdolnościami mentalnymi, albo jechać powoli. Co kto lubi.
Na wcześniej wspomnianym rondzie, automobiliści z Bemowa mają bardzo wysoki wskaźnik świadomości przepisów drogowych. Oni WIEDZĄ, że mają pierwszeństwo.
Niestety wiedza nie idzie w parze ze zdrowym rozsądkiem. Często bywa tak, że zjeżdżając z ronda (tramwaj wtedy ma pierwszeństwo) muszę ostro hamować, bo prowadzący samochód pomyśli zbyt wolno.
Ale taki zawód. Trzeba uważać, przewidywać, myśleć za innych i czasami używać mocy.
Za rondem kolejna mijanka i wjeżdżam na przedostatni przystanek - Stare Bemowo.
Potem już ostatnia prosta z lekkim zakrętem i ograniczeniem prędkości do 20 km/h (jedno z niewielu sensownych ograniczeń).
W zimie tego nie widać, ale gdy drzewa się zazielenią, to potrafią przesłonić całkowicie widok ulicy, która przecina torowisko, a jak jest z kierowcami wie każdy motorowy. Trzeba na nich uważać.
No to uważam.
Spokojnie dojeżdżam do przystanku Boernerowo. Mała pętla wykonana między drzewami i już mogę wysadzić ostatnich pasażerów, oraz zabrać tych, którzy mają ochotę na przejażdżkę.
Wyglądają na lekko przemarzniętych. W końcu spóźniłem się prawie 10 minut.
Przerwa wynosi dokładnie 0 minut (słownie ZERO minut), więc nie czekając na oklaski podjeżdżam do sygnalizatora specjalnego, czekam na zieloną pałeczkę i z morderczym opóźnieniem ruszam co Duch Maszyny wyskoczy, próbując odrobić stracone minuty.

A teraz szybko, szybko. Zanim do nas dotrze, że to bez sensu.

poniedziałek, 10 lutego 2014

Linia prosta

Urlop to taki dziwaczny stan umysłu.
Siedzisz, niewiele robisz, a firma za to płaci i to w pełnym wymiarze.
Przez pierwszy tydzień się człowiek przyzwyczaja, a w drugim szykuje na powrót do pracy.
Następnym razem wezmę trzy tygodnie :)

Ale wracając do linii 20.
Skończyłem opowieść na przystanku Metro Ratusz Arsenał.
Jak to celnie któryś z czytelników stwierdził, autobus linii 160 nie miał prawa być na moim przystanku, bo on się zatrzymuje gdzie indziej. Obok znaczy, przy KFC (dawniej Gruba Kaśka - taki bar mleczny tam był).
I teoretycznie ma rację, ale jak to w autobusach bywa - nie ma torów, które by poprowadziły wedle trasy.
Czasami zdarza się, iż kierowca z rozpędu nie zmieni pasa ruchu i wbija na nie swój przystanek.
Pewnie dlatego tak zwlekał z odjazdem, bo się biedak lekko pogubił.
No nic.

Następny przystanek to Kino Femina.
Pamiętam jak dziś, ojciec zabrał mnie tam na film Działa Navarony, gdy jeszcze byłem oseskiem (dygresja taka).
Na lewo McDonald, na prawo KFC, a na czerwonym pan biegnie jak oszalały.
Zdążył, bo to dziwny układ świateł jest i pomimo tego, iż dla pieszych świeci się czerwone, to tramwaj stoi, bo musi przepuścić skręcające w lewo samochody.
Nie udało się odrobić minuty. Może na Okopowej się uda.
Ale przed Okopową jest Wola Ratusz.
Tutaj to się dzieje. Torowisko permanentnie jest zawalone samochodami.
No bo każdy chce "zdanżyć". Pan zdanża i pani zdanża. Tylko tramwaj stoi na swoim zielonym.
Eh, motorowi powinni mieć licencję na "walenie".
Nie, nie chodzi o te duże ssaki oceaniczne, tylko zwyczajne przebicie się przez piratów drogowych.
Najlepiej z wyciągniętym sprzęgiem (tym długim, żelaznym czymś do łączenia wagonów).
Ale licencji nie ma, więc trzeba poczekać.
-5 na infotronie. Czyli de facto można odpuścić, bo nawet gdy odrobię 2 minuty to i tak jestem w plecy.
Na luzaku, czyli 50 km/h dojeżdżam do zwrotnicy przed skrzyżowaniem z Towarową.
Trzeba wyhamować, bo to i zwrotnica i światła.
Światła długie są, więc można pomyśleć o śniadaniu.
Jednak nie tym razem. W momencie gdy dojeżdżam, zapala się dla mnie zielone.
Normalnie przyśpieszyłbym i zdążył bez problemu, ale przepisy nie pozwalają.
Po krzyżakach 15 km/h można jeździć. Ewentualnie ciut więcej jak nikt nie widzi.
Pyr pyr pyr się dotaczam do świateł, a one nie gasną.
Ha! Udało się. Przejechałem na zielonym.
Pewnie gdy minąłem sygnalizator, to światełko się zmieniło, ale ja już tego nie widziałem. Na skrzyżowanie wjechałem zgodnie z przepisami.
Hurra. Minuta do przodu. Znaczy cztery do tyłu, ale jednak.
Przystanek Okopowa zaliczam szybko i sprawnie.
No go gazu (znaczy prądu) do Zajezdni Wola.
Szybka zmiana zwrotnicy i już jestem na przystanku.
Światła tu są całkiem dobrze ustawione. Pewnie czujniki jakieś zamontowali, albo co, bo jak tylko wysadziłem ludzi, to mogłem ruszyć.
Czyli jestem na -3.
Ale radość nie trwa wiecznie.
Następny przystanek Młynarska potrafi mocno przytrzymać. Światła trwają tu chyba ze dwie minuty.
To, co odrobiłem zostało utracone.
Ruszam na -4. Smutek wielki i bąbelki.
Następne światła i baranki wymuszające pierwszeństwo na tramwaju.
Wszyscy wiedzą, że tramwaj musi się zatrzymać, bo inaczej motorowy będzie miał nieprzyjemności no i ruch zostanie wstrzymany.
Więc wymuszają wjeżdżając wprost pod wagon.
Dobrze, że mam hamulce szynowe.
Na przystanku Długosza jest ślisko. Na szczęście ludzi niewielu.
Tutaj odrobić się nie da.
Przy Tatarskiej trzeba uważać, bo masa samobójców próbuje przeciąć linię swego żywota skręcając z piskiem opon w kierunku cmentarza. W razie co będą mieli blisko.
Młynów i Wawrzyszewska to przystanki bliźniacze.
Ślisko i mało ludzi.
Potem lekkie ograniczenie prędkości do 20 i światełka.
Gdyby nie ograniczenie, to bym zdążył.
Ciężko się patrzy jak światła "uciekają", a ty toczysz się jak kulawy ślimak.
Jednak przepis to przepis. Nie ważne czy na babeczki, czy na ciastko z dziurką.
Przystanek Majakowskiego.
Tu zaczyna się droga przez mękę.
Najgorszy odcinek trasy. Najbardziej niebezpieczny. Najwięcej niegodziwców w samochodach i najwięcej dziwnych ludzi biegających po ulicy.
Już tłumacze.
Otóż trzy najbliższe przystanki są usytuowane tak, że pasażerowie muszą przejść przez jezdnię, by wsiąść do tramwaju.
Tak, jak to jest przy Starym Mieście.
I tu się zaczyna kłopot. Bo kierowcy często mają to w nosie i gnają, jakby ich sam czort gonił (albo ten drugi, ponoć lepszy).
I weź otwórz drzwi. Jeszcze ktoś wysiądzie wprost pod koła nadjeżdżającego samochodu.
Jak myślicie, kogo będzie wina?
Jest dobrze, gdy piesi sami zablokują ulicę wychodząc wcześniej w kierunku torów (jeszcze zanim tramwaj się zatrzyma). Wtedy bezpieczeństwo (moje) jest zachowane.
Największy jednak problem stanowią ci, którzy wysiadają.
Ja to nazywam pielgrzymkami.
Najbardziej przywiązani do kontaktu z tramwajem potrafią przemaszerować 30 metrów wzdłuż wagonów, by w ostatnim momencie (dotykając składu) wejść wprost przed tramwaj i spokojnym krokiem pokonać przejście dla pieszych.
Policzcie sobie, ile trwa przemarsz trzech babć z torbami na kółkach i na jak długo potrafią zablokować ruch tramwajowy.
A takie przystanki są trzy i na każdym występują podobne cyrkumstancje.
Pamiętajcie. Gdy opuścicie tramwaj, to w linii prostej udajecie się na przystanek, a potem, po chodniku docieracie do przejścia dla pieszych.
Motorowy nie widzi wszystkiego. Boczne lusterka są bardzo zwodnicze. Nie wspomnę tu nawet o przedniej części tramwaju, gdzie (jak już wcześniej pisałem) ogólnie mówiąc niewiele widać.
Tia, to są sławne przystanki Magistracka, Deotymy i Dalibora.
Najgorszy dla realizacji rozkładu jest przystanek Deotymy. Tamte światła to jakaś masakra.
Jak nie ma żadnego składu przede mną, a trafię na odpowiedni układ, to odrabiam minutę.
Jednak tym razem nie dość, że dogoniłem 23, to jeszcze przed nim jechało 24.
Oba stały na światłach. Ja byłem trzeci.
HA HA HA HA.
To był pusty śmiech, który mnie ogarnął.
Każde światła, to półtorej minuty.
Trzy słady.
Ponad 4 minuty w dupu.
Sami sobie policzcie, ile byłem w plecy ruszając z Deotymy.
Na Kole światła przypasowały i ruszyłem bez zgrzytów. Trzeba było tylko uważać, bo tam i zwrotnice i krzyżaki i para świateł, a moja maksymalna prędkość to 15 km/h.
Koło za mną (fajnie brzmi).
Przede mną odcinek, który do niedawna przyprawiał motorowych o ból głowy.
Na szczęście większość ograniczeń prędkości została już usunięta. Zostało tylko to standardowe na wiadukcie (do 20 km/h).
No to wiecie - pyr pyr pyr pyr -  powolutku, a minuty lecą.
No nie!
Jednak nie wszystkie zdjęli. Zostało jeszcze jedno. Do 10 km/h.
No to się skupiam, żeby nie przekroczyć, a to ciężka sprawa bo jadę z górki (znaczy z wiaduktu).
Na szczęście ograniczenie szybko się kończy. Dojeżdżam do wzbudzanych automatycznie świateł. Stoję 10 sekund czekając aż się wzbudzi (taki smutny żart) i wjeżdżam na przystanek Marynin.

cdn. bo idę się pobawić żołnierzykami do sklepu Twierdza Gier na Ursynowie.
To jedyne takie miejsce w Warszawie. Niepowtarzalne.