niedziela, 27 kwietnia 2014

Skupienie

Dzisiaj będzie naukowo.
Będę się wymądrzał, bo akurat jestem świeżo po lekturze nowego FOCUSa. Swoją drogą polecam gazetkę, bo ciekawa jest.

Czytając ją, pomyślałem sobie, jakby to było, gdybym na rozmowie o pracę usłyszał te wszystkie mądrości.

"W czasie długiego siedzenia praktycznie nie używamy wielu dużych grup mięśni. Należą do nich np. mieśnie brzucha, odpowiedzialne za jego atletyczny wygląd. W efekcie brzuch zaczyna wystawać lub robi się obwisły. Osłabione zostają także mięśnie uda i mięśnie biodrowe, zapewniające stabilność podczas chodzenia. Po wielu latach może to prowadzić do zaburzeń równowagi i upadków, szczególnie niebezpiecznych dla osób starszych."

Nie jest lekko dla brzucha i ud jednym słowem.

"Brak aktywności organizmu oznacza mniejsze zużycie energii, a to sprzyja odkładaniu się tkanki tłuszczowej i zwiększeniu poziomu cholesterolu we krwi. Wolniejsze krążenie przyśpiesza powstawanie blaszek miażdżycowych w ścianach tętnic. Bezczynne mięśnie słabiej reagują na insulinę - hormon wytwarzany przez trzustkę, obniżający poziom glukozy we krwi. Efektem jest zwiększone ryzyko zachorowania na cukrzycę typu II. Siedzący tryb życia wiąże się też z częstszym występowaniem raka (...)."

Trzeba się zatem ruszać i okresowo podnosić sobie ciśnienie różnymi sytuacjami.

"Na krew działa siła ziemskiej grawitacji, utrudniając jej odpływ z dolnej części ciała. Gdy chodzimy, kurczące się mięśnie przepompowują krew w kierunku serca. Brak aktywności sprawia, że zaczyna ona zalegać w żyłach. Objawia się to obrzękami kostek i podudzi oraz żylakami. W takich warunkach mogą też powstać groźne dla życia zakrzepy."

Dlatego nie zdziwcie się, jak zauważycie motorowego wyczyniającego kuriozalne wygibasy na pętli tramwajowej. My po prostu musimy dbać o naszą krew, bo wielu z nas jest honorowymi jej dawcami.

"Układ nerwowy zużywa aż 20 proc. tlenu docierającego do organizmu przez płuca. W pozycji siedzącej oddychamy płytko, a brak naturalnej aktywności mięśni utrudnia krążenie krwi. W efekcie mózg jest niedotleniony, pojawiają się trudności z koncentracją i bóle głowy. Te ostatnie mogą też wynikać ze zmian w kręgosłupie szyjnym, obciążonym przez nienaturalne pochylenie głowy (...)."

Oj tak. Czasami łapię się na tym, że prowadzę tramwaj lekko nachylony ku przodowi. Fotele nie zawsze są dopasowane do ciała, a wyregulować ich się nie da. Najlepsze dla mnie są siedziska w SWINGach, chociaż siedząc wygodnie zupełnie nie widać tego, co dzieje się z lewej strony (obudowa wewnętrzna zasłania widok).

"Kręgosłup jest unieruchomiony w jednej pozycji, co "zgniata" krążki międzykręgowe (dyski) i prowadzi do zaburzeń ich ukrwienia i odżywienia. W czasie siedzenia ciężar górnej części naszego ciała nie rozkłada się równomiernie na całym kręgosłupie. Zamiast tego skupia się na guzach kości kulszowych ukrytych pod mięśniami pośladkowymi. W efekcie pośladki robią się (...) 
(eee nie, nie będę o tym pisał)
Przeciążony zostaje dolny, lędźwiowy odcinek kręgosłupa. Jego fizjologiczna krzywizna zmniejsza się, co może doprowadzić do wypadania dysków i dotkliwego bólu, zwanego lumbago."

Co prawda, to prawda, ale po dziesięciogodzinnej służbie plecy bolą czasami znacznie.
Potem firma się dziwi, że ludzie na zwolnienia chodzą i kombinują jak tu ominąć długie zmiany.
Kolana też wysiadają, bo zgięte w jednej pozycji przez tyle godziny dają się we znaki mocno.
Dlatego też nasza praca zalicza się do zajęć szkodliwych dla zdrowia i o podwyższonym ryzyku.
Dzięki temu możemy iść na wcześniejszą emeryturę.
Hahahahaha w wieku sześćdziesięciu lat.
Dlatego jak mnie coś strzyka i zaczynam marudzić, to przypominam sobie, że są motorowi pracujący w zawodzie od 30 lat.
Oni dają radę, to ja też dam!
Twardkim trzeba być Słowianinem, a nie mnientką ninją.

wtorek, 15 kwietnia 2014

Urodziny, szafka i światła.

W każdym roku jest tak, że ktoś ma urodziny.
Tym razem byłem to ja.
Ale nie o tym będzie dzisiejszy wpis.

W sumie to będzie o kilku rzeczach.
Piwie, Tramwaju Warszawskim, otwartej skrzynce i sygnałach dźwiękowych.

Minął rok od momentu, gdy pierwszy raz usiadłem za konsoletą tramwaju.
Mroczne to były czasy, ale dzięki dobremu trenerowi pomroczność jasna zamieniła się w umiejętności przynoszące wymierne korzyści.
Jest co wspominać, jest o czym gadać, jest na co marudzić i jest się z czego cieszyć.
O takich ważnych sprawach najlepiej rozmawia się oczywiście w doborowym towarzystwie.
A towarzystwo musi mieć miejsca siedzące (takie wiecie, przyzwyczajenie z pracy).
Zatem znaleźliśmy sobie całkiem przytulne lokum o swojsko brzmiącej nazwie:
Tramwaj Warszawski.
Poważnie, jest takie miejsce w Warszawie. Oto dowód:



W takich oto okolicznościach przyrody, niepowtarzalnych, snujemy motorowe opowieści dziwnej treści.
Niektóre śmieszą, inne budzą grozę w sercach, a jeszcze inne nie nadają się do tego, by ich treść wydostała się poza zamknięty krąg wtajemniczonych.
Jedną z opowieści postaram się tu przytoczyć.
Będą krew i łzy, czyli powinno się dobrze sprzedać.

Był ciepły, wiosenny poranek. Słońce świeciło na nieboskłonie, ptaszki ćwierkały, samochody nie zajeżdżały drogi, a drzwi kabiny drżały od uderzeń wyprowadzanych celnie przez jednego z pasażerów.
Powaga łomotania wskazywała na inny cel niż zakup biletów. Trzeba było sprawdzić.
Okazało się, że szafka skrywająca tajemne przełączniki, bezpieczniki i inne łączniki otworzyła się, a jedna z pasażerek przeoczyła ten fakt i z pełną mocą hamującego tramwaju zahaczyła czołem o wystające na pół metra metalowe odrzwia.
Nic śmiesznego, bo takie drzwi jak się otworzą to faktycznie stwarzają zagrożenie i to dość poważne.
Tak było i tym razem.
Krew się leje, kobieta cierpi, tramwaj stoi. Trzeba było wezwać Nadzór Ruchu i karetkę.
NR pojawił się jak zwykle szybciej. Potem przyjechała karetka i fachowo zajęła się poszkodowaną.
Niestety, takie sytuacje się zdarzają. System zamykania tych szafek jest fatalny, a drgania wywołane jazdą powodują, że zamek (tak go umownie nazwijmy) czasami puszcza.
Nijak nie może być to wina motorowego. Ale nie o tym chciałem napisać.
Urzekła mnie reakcja jednego z pasażerów, który z ryjem (bo inaczej się tego nazwać nie da) naskoczył na motorowego, że szafka się otworzyła już z pięć przystanków temu i takie niebezpieczeństwo i w ogóle on się czuje zagrożony i odszkodowanie! Hańba ci Morris! I inne pierdolety wygłaszał.
Na co mój dobry kolega, który wówczas kierował tym składem, grzecznie się tego pieniacza zapytał:
- To nie mógł pan od razu dać znać, że coś jest nie tak z szafką?
Nagle się okazało, że pan już nie czuł się zagrożony. Cichcem oddalił się w drugi koniec wagonu i tam zaległ na krzesełku.
Tramwaj musiał i tak wysadzić wszystkich pasażerów, bo się okazało, iż krew cieknąca z rany dość mocno zrosiła pokład wozu, a zakrwawionym tramwajem nie godzi się wozić ludzi.
Wystarczyło, żeby ktoś wcześniej ruszył mózgownicą i powiedział motorowemu, że drzwiczki od szafki stoją otworem.

Sam osobiście miałem raz taki przypadek.
Jakiś pan zastukał do kabiny i w te słowa się do mnie odezwał.
- Szafka Ci się otworzyła. Daj klucz to Ci ją zamknę.
Dałem klucz, pan zamknął i było po kłopocie. Nawet tramwaju nie musiałem zatrzymywać.
Można?
Można.

I na zakończenie o sygnałach.
Chodzi o te cholerne NIUT NIUT NIUT, rozlegające się tuż przed zamknięciem drzwi.
Ostatnio jadąc incognito tramwajem zapytałem jednego znajomego, jak sprawdzić czy tramwaj odjeżdża już, czy za chwil kilka. Byliśmy wtedy akurat na Patelni (czyli w samym Centrum miasta).
On mi beztrosko odpowiedział, że jak słychać sygnał dźwiękowy, to znaczy, że się jeszcze zdąży.
O bogowie!
Jeżeli takie herezje głoszą ludzie z głową na karku, to nic dziwnego, że jest tyle skarg na motorowych, którzy zamykają drzwi "przed nosem".
Ten sygnał nie jest znakiem by rozpocząć proces wsiadania.
Sygnał jest nadawany po to, by nikogo nie przycięło przez przypadek.
Jedynym, sensownym systemem sprawdzenia ile czasu nam zostało do odjazdu jest rzut oka na sygnalizację świetlną.
Na Patelni widać to bardzo dobrze. Zdradzę Wam ten sekret, bo mnie to nic nie kosztuje.
Cykl od strony tramwaju wygląda tak:
Wpierw zapala się zielona strzałka dla samochodów skręcających w lewo na rondzie.
Potem zapala się zielone światło dla jadących na wprost (równolegle do tramwaju).
Następnie pojawia się żółte światło dla skręcających w lewo.
Dwie sekundy później tramwaj dostaje swoją, pionową pałeczkę i może ruszać.
Jeżeli widzicie dwa, zielone światła, to macie jeszcze czas (albo inną kombinację zielonego z czerwonym).
Jeżeli widzicie żółte światło na lewoskręcie, to właściwie powinniście odpuścić bieganie.
Ja wiem, że to trudne i jak się wybiega z przejścia podziemnego to niewiele widać, ale gdybym tego nie napisał, to nie mógłbym dobrze spać.

Warto poznać cykle świetlne. Ułatwiają przetrwanie w miejskiej dżungli.

czwartek, 3 kwietnia 2014

Wykolejony temat

Czasami się zastanawiam, czy te całe rozkłady jazdy to w ogóle są potrzebne.
Codziennie po kilka razy słyszę pytania typu:
- A za ile pan jedzie?
- A ten tramwaj to tutaj skręca?
- A czy ja dojadę gdzieśtam?
Nie wspomnę o ludziach gnających na złamanie karku po czerwonym świetle do tramwaju, który jest opóźniony o 3 minuty. Przecież teoretycznie tego wozu już tam nie ma.
Albo trafiają się tacy gawędziarze, co to przy otwartych drzwiach zaczynają się pytać pasażerów o trasę. Takie dywagacje potrafią trwać nawet i pół minuty.
A wystarczy wsiąść do tramwaju, przejechać przystanek i w trakcie podróży przeczytać rozkład jazdy umieszczony w wagonie. Przecież i tak nigdzie nie skręcę.
No dobra, czasami skręcam, ale tylko w wyznaczonych miejscach.
Uważam, że lepiej poczytać sobie rozkład na przystanku, albo ewentualnie skorzystać z aplikacji w telefonie.
Osobiście polecam mobileMPK - bardzo przydatne i działa offline. Warto jednak codziennie sprawdzić, czy nie ma aktualizacji oprogramowania.

Ostatnio był spory ambaras na skrzyżowaniu ul. Jana Pawła i al. Solidarności.
Tramwaj wyskoczył z szyn - znaczy się wykoleił, czyli skręcił nie do końca tak jak było trzeba. Oba wagony znalazły się na żywym betonie.
Awaria była poważna na tyle, że zatrzymanie trwało ponad godzinę.


Nie wiem czy motorowy jechał zbyt szybko, czy tory zniszczone przez SWINGi nie wytrzymały parcia.
Faktem jest, że ruch został wstrzymany we wszystkich kierunkach.
Tramwaje stały i na Stawkach i na Rondzie babki Radosława i Okopowa była zawalona.
Oczywiście Solidarności i Jana Pawła w obu kierunkach też.

Najgorsze w takim zatrzymaniu jest to, że nie wiadomo kiedy się skończy.
Na początku to można sobie z kolegami pogadać, kanapkę zjeść czy wypalić papierosa (elektronicznego).
Ale po 30 minutach zaczyna być niewesoło.
Ludzie mają swoje potrzeby.
Po godzinie niektórzy zaczęli widzieć na żółto (to od zwiększonego poziomu bilirubiny w organizmie).
Ale motorowi twardzi są - nie takie rzeczy musieli wstrzymywać.
Trzymaliśmy zatem, a czas mijał.


W końcu upłynęło go na tyle dużo, że zawalidroga został postawiony na nogi - czyli na szyny - a ruch został przywrócony.
Oczywiście z takim opóźnieniem nie da się realizować rozkładu, więc skończyło się na tym, iż dostałem od ekspedytorki na Żeraniu FSO trasę skróconą.
Tak zwany skrót pozwolił mi na skorzystanie z zupełnie innej trasy w kompletnie innych rejonach Warszawy.
Zamiast linią 20 pojechać do Centrum, to pognałem na Marymont.
Dzięki tej sztuczce udało mi się wyrównać  czas, a nawet go nieco zakrzywić.


Czary z mleka normalnie.
Co nie zmienia faktu, że jeden półkurs zniknął, ale za to kolejny został zrealizowany w normalnych przedziałach czasowych.
Co to się ludzie dziwowali, że linia 20 jeździ sobie przez Rondo babki Radosława, a i na samym Marymoncie miałem wielu pytających o tajemnicę linii 20.
Na szczęście nie trwało to długo, więc i tłumaczyć nie musiałem wiele.
Zauważyłem też, że większość wsiadała do tramwaju kompletnie nie zwracając uwagi na oznaczenia.
W końcu nigdzie przecież nie skręcę.

I na zakończenie.
Dzisiaj prowadziłem linię 10 i miałem okazję pokonywać to nieszczęsne skrzyżowanie.
Postawiono tam znak ograniczenia prędkości do 10 km/h oraz samochód Nadzoru Ruchu.
Myślę, że spokojnie można było sobie darować to ograniczenie - widok auta działał znacznie lepiej.
No to turlałem się z prędkością 10 km/h.
Przy idealnym ruszeniu z początkiem cyklu świetlnego, tramwaj docierał do przejścia dla pieszych dokładnie w momencie, kiedy dostawali oni swoje, zielone światło.
Jeżeli piesi dostali zielone, to tramwaj powinien się zatrzymać. Takie zatrzymanie zablokowałoby oba kierunku i żaden inny tramwaj już by skrzyżowania nie przejechał.
Rozstaje opuszczał jeden wóz na cykl świetlny - czyli co dwie minuty.
Raz trafiłem na sytuację, że byłem trzeci w kolejce. Straciłem 6 minut na pokonanie tego cholernego skrzyżowania.
I niech mi ktoś powie, że to jest normalne.
Wyobraźcie sobie, co by się stało z ruchem ulicznym, gdyby wszystkie tramwaje jeździłyby w stylu "włoskiego strajku".

Idę spać. Kolejny dzień i kolejna służba dziesięciogodzinna.
W takich okolicznościach przyrody nawet Rambo zacząłby sypać :)

sobota, 29 marca 2014

Zielone światło

Czasami widać, jak motorowy "wyprzedza" światło.
Nie chodzi o to, że jesteśmy szybsi od prędkości światła.
Nie wyrywamy w kosmos jak jakiś Sokół Millenium z Hanem Solo na pokładzie (chociaż niektórzy z nas wyglądają jak Chewbacca albo Leia).
Chodzi o to, że staramy się uniknąć kolizji.
Już tłumaczę.
Sygnały świetlne to zmora motorowych.
Większość świateł jest ustawiona tak, że pierwsze ruszają samochody, a dopiero potem tramwaj, który powinien być pojazdem lekko uprzywilejowanym.
Trudniej nam ruszyć z miejsca, trudniej zahamować, mamy na pokładzie niejednokrotnie setki pasażerów i musimy zachować dodatkową czujność.
Prawda jest taka, że samochody często i gęsto dostają zielone światło przed tramwajem.
Skutkuje to tym, że radośnie wjeżdżają sobie na tory (skręcając w lewo) i blokują przejazd.
Dla tramwaju strata 5 sekund jest równoważna z utknięciem na światłach, a co za tym idzie - stratą niejednokrotnie dwóch minut.
Dlatego tramwaj często rusza z przystanku (albo ze skrzyżowania), gdy jeszcze świeci się czerwone światło.
Takie sytuacje możecie zaobserwować np. na Kercelaku, gdy 27 skręca w lewo w Okopową, lub przy kinie Femina, gdy tramwaj zamyka drzwi i "dotacza" się do sygnalizatora pomimo tego, że ma jeszcze czerwone światło.
Daje to dodatkową szansę kierowcom samochodów na zauważenie tak niewielkiego obiektu jakim jest tramwaj.
Ostatnio miałem tego typu sytuację.
Musiałem ciut dłużej stać na przystanku, bo to godziny szczytu, więc i chętnych na przejażdżkę więcej.
Ruszyłem równo z zielonym światłem (czyli pionową pałeczką dla tramwaju), ale jeden z samochodów był szybszy. Bo on tu przecież musi w lewo skręcić i nie będzie marnował czasu na jakieś czterdziestotonowe pierdolety.
Prawie zdążył wbić się w przód tramwaju. Na szczęście usłyszał dzwonek ostrzegawczy i zatrzymał auto w ostatniej chwili. Dodam, że musiałem mocno przycisnąć pedał hamulca.
Niestety auto zatrzymało się już na torowisku.
Zanim mężny kierowca wpadł na pomysł, że dysponuje możliwością jazdy do tyłu, zanim skonstatował jaką odległość musi pokonać, by tramwaj mógł przejechać, to światło się zmieniło.
Utknąłem.
A jak tramwaj utknie na skrzyżowaniu, to blokuje cały ruch i następuje armagedon lub jak ktoś woli - apokalipsa. Nie ma zmiłuj.
A przejechać się nie da, bo piesi już dostali zielone i nie patrząc na boki, ochoczo wybiegli na przejście.
Mają prawo - to niezaprzeczalny fakt, ale nie zwalnia ich to z myślenia.
Musiałem poczekać, aż wszyscy przejdą i wysłuchać wszystkich możliwych sygnałów dźwiękowych.
Pewnie zginęło również kilka psów, które zostały na mnie powieszone przez rozwścieczonych kierowców.
Nie ma lekko.

W sumie to rozumiem tego typu zachowanie. Mniej więcej wedle mojej imaginacji widzę to w ten sposób.

Słaby kierowca samochodu robi tak:
O! Zielone! To gazu. Jeszcze tylko wrzucę pierwszy bieg. Gdzieś tu jest gałka. O jest. No to sru.

Niezły kierowca samochodu robi tak:
O! Zielone! Wrzut jedynki i  gazu.

Całkiem dobry kierowca samochodu robi tak:
O! Żółte. Zaraz będzie zielone, to wrzucę jedynkę, by na zielonym ruszyć. Zielone - ruszam.

Dobry kierowca samochodu  (taki prawie zawodowy wyjadacz) robi tak:
O! Żółte! Jedynka wrzucona, zerknę w prawo i lewo czy coś się nie dzieje dziwnego. Żaden pieszy nie biegnie do tramwaju po czerwonym. Tramwaj rusza, to ja spokojnie dojadę do torowiska i zatrzymam auto tak, żeby motorowy widział, że nic nie kombinuję.

A motorowy robi tak:
Zaraz zmieni się światło dla pieszych, czyli samochody wkrótce dostaną zielone, znaczy mam jeszcze jakieś 9 sekund.
Zamykam drzwi. Sprawdzam czy są zamknięte. Ktoś spóźniony "puka" w przycisk, to otworzę jeszcze i wpuszczę.
Oho, biegnie jakiś kamikadze po czerwonym.
Heh, biegacz jednak zdążył, no to zamykam drzwi (mam na to jakieś 6 sekund), czyli ruszę spokojnie na zielonym (znaczy pionowej pałce dla tramwaju).
Zerknę w lewo, czy jakiś kolejny "boski wiatr" nie dobiega, zerknę w lusterko boczne jeszcze raz, czy ktoś się w drzwiach nie utknął, sprawdzam sygnalizację (na wszelki wypadek) i patrzę na infotron, czy nie odjeżdżam z przystanku zbyt wcześnie. Jeszcze szybki rzut oka, czy nie mam kogoś przy pierwszych drzwiach.
Obserwuję samochody z prawej, bo zawsze się trafi jakiś dżygit co to musi "zdanżyć".
Z przeciwnej strony Heniek już się toczy tramwajem, trochę wyprzedził sygnał. Czas ruszać.
Ale patrzę jeszcze na układ zwrotnicy i na sygnał zwrotnicy (ta mrugająca strzałka wisząca na trakcji).
Ruszam powoli, bo tramwaje na lewoskręcie nie mogą się mijać.
Heniek zwalnia, robi "przesłonkę", żeby nikt mi nie wyskoczył autem na torowisko.
Korzystam z przysługi i powoli mijamy się na środku skrzyżowania.
Patrzę asekuracyjnie w boczne lusterko, czy jakiś szalony kierowca nie stoi zbyt blisko torowiska.
Uf, kolejne skrzyżowanie pokonane.
- Panie, panie! A bilet to mogę kupić? Ulgowy dwudziestominutowy! Halo!
Tego typu głos odzywa się przeważnie na środku skrzyżowania, tak na osłodę.



A wystarczyłoby coś takiego na każdym skrzyżowaniu.
Myślę, że światła tego typu bardzo by pomogły w planowaniu obsługi przystanków.
Niestety w całym mieście stołecznym jest tylko jedno takie cudowne rozwiązanie.

niedziela, 23 marca 2014

sobota z małej litery

Sobota upłynęła pod znakiem literki D jak dysfunkcja umysłowa.

Bywa, że trafiają się pasażerowie o odmiennym podejściu do życia. Takim wiecie, bardziej offowym. Hipsterskim jakby.
Ale wczoraj chyba wydano jakieś przepustki z zakładów zamkniętych, albo opiekunowie nie wywiązali się ze swoich obowiązków.
Normalnie trafiam takich ludzi specjalnej troski w ilościach jeden na miesiąc, ale wczoraj naliczyłem pięciu.
Troje zapadło mi szczególnie w pamięć, bo napsuli mi krwi wyjątkowo.

Pierwszy.

Ktoś wali w drzwi kabiny na przystanku. Patrzę - dziadzio jakiś, ale wygląda na poirytowanego. No to otwieram odrzwia, bo może coś ważnego chce powiedzieć.
- Chamie ty! piii piii piii piii (nie mogę cytować, bo dzieci to czytają). Bo ty zmieniłeś tablice.
Ja tu jechałem ósemką, a teraz jest 26! Ty piiii piii piii dupa!
- Panie szanowny, jak mogłem zmienić tablice. To cały czas była linia 26.
- Jak była! Ja widziałem. Było 8, a teraz jest co innego. Zmieniłeś tablice!
- Ale to fizycznie nie jest możliwe.
- Zmieniłeś chu (eee zwisie przedni męski) ja wiem! Skargę złożę!
- ...

To jeszcze luzik guzik, bo na początek dnia to i wytrzymałość mentalna jest na wyższym poziomie.
Jednak długo nie musiałem czekać na kolejne wydarzenie

Druga.

Przystanek Ciepłownia Wola. Uruchamiam ciepły guzik, co to trzeba go wcisnąć, by sobie samemu zrobić dobrze, czyli drzwi otworzyć.
Ludzie wysiadają, wsiadają. Zerkam czy nie ma innych chętnych. Nie ma.
No to zamykam i ruszam.
A tu nagle JEB JEB JEB! w szybkę kabiny.
Się odwracam, a tam kobieta o fioletowych włosach i ogniem w oczach.
I się drze.
- Dlaczego drzwi nie otworzyłeś?! Dlaczego mi drzwi nie otworzyłeś?!
- Jak nie otworzyłem, skoro ludzie wysiadali i wsiadali? Znaczy były otwarte!
- Dlaczego mi drzwi nie otworzyłeś - się zacięła czy co - Drzwi mi nie otworzyłeś.
Jako, że jeszcze byłem na przystanku, to lekko szarpnąłem hamując i otworzyłem drzwi ponownie, bo co się będę w dyskusje niepotrzebne wdawał. Szkoda czasu, a rozkład weekendowy linii 26 nie bardzo przewiduje pasażerów i światła, więc trzeba się mocno sprężać.
Drzwi otwarte, a ta kobieta nadal się na mnie wydziera.
W końcu jeden z pasażerów warknął na nią, że przecież drzwi są otwarte i niech wyp... (oddali się szybko) z tramwaju.
Pani wysiadła, a ja uprzejmie podziękowałem miłemu pasażerowi.

Jednak rysa na koncentracji pozostała, a tu jeszcze sześć godzin do końca zmiany.

Trzeci.

Jest sobie takie dziwne skrzyżowanie przed  (lub za jak kto woli) przystankiem Ratuszowa. Zresztą mało to ważne gdzie.
W każdym razie samochody mają tam pierwszeństwo, a tramwaj wyjeżdża z ulicy podporządkowanej.
I wszystko niby jest jasne, ale nie dla kierowców samochodów.
Większość z nich widząc wytaczający się tramwaj po prostu zatrzymuje auta.
W sumie bardzo słusznie czynią, bo lepiej się zatrzymać gdy nie jesteś pewien swoich praw na drodze, niż potem kurować się w szpitalu jeżeli jednak się myliłeś.
Dochodzi do sytuacji, w których i tramwaj i samochody stoją i się gapią.
Motorowi w takich przypadkach po prostu kontynuują jazdę.
I taką właśnie sytuację miałem ja.
Dojechałem do znaku i zatrzymałem tramwaj. Samochód z lewej też się zatrzymał. I stoi.
No to zadałem jazdę i powolutku wtoczyłem się na skrzyżowanie.
A tu nagle ze środka wagonu dobiega głos.
Jednak nie taki zwykły głos.
Tutaj musicie wysilić szare komórki i przypomnieć sobie, jakim głosem mówią osoby niedorozwinięte w filmach. Taki dziwnie zduszony, z przydechem i lekko zawodzący i buczący, ale przebijający się przez zgiełk ulicy.
Spróbujcie sami.
I taki właśnie głos się rozległ.
- Proszę nie wymuszać!
Osz w mordę. Kogoś napadli - pomyślałem sobie. Koncentracja zero. Nerwy napięte, ale że byłem na skrzyżowaniu, więc wpierw postanowiłem z niego zjechać.
- Proszę nie wymuszać!
Jak nic ktoś ma kłopoty. Wyjechałem na prostą i jeszcze bardziej zwolniłem oglądając się przez ramię.
Na wagonie spokój, nikt się nie przepycha, ale głos odzywa się ponownie.
- Proszę nie wymuszać pierwszeństwa!
Ah, to o to chodzi, nerwy opadły, więc odpowiadam spokojnie i w miarę głośno:
- Tamto auto stało, nie wymusiłem.
- Proszę nie wymuszać pierwszeństwa!
Nosz kurde, zaciął się czy coś?
- Nie wymusiłem, bo tamto auto stało w miejscu. Puszczał mnie!
- Proszę nie wymuszać pierwszeństwa! Mało to wypadków?!
Tu byłem już pewien, że facet jest niespełna rozumu. Do takiego samego wniosku doszło kilkoro z pasażerów, bo całkiem ostro zaczęli go rugać.
- Zamknij się pan, bo przeszkadzasz motorniczemu.
- Lecz się pan. Pastylki jakieś weź czy coś.
- Wysiadaj jak się nie podoba i idź do straży miejskiej.
itp.
Typ jednak był uparty i zaczął się wykłócać, że powinienem stać i czekać, aż tamten kierowca zdecyduje się ruszyć.
Teoretycznie miał rację, ale co innego teoria, a co innego podejmowanie decyzji na ulicy.
Poza tym z tego co wiem, to wymuszenie pierwszeństwa następuje wtedy, gdy zmuszasz inny pojazd do gwałtownego hamowania lub do zwolnienia tempa jazdy. Ewentualnie do zmiany pasa ruchu.
Koncentracja mi siadła zupełnie. Zatrzymałem tramwaj na światłach i odstałem jeden cykl.
Musiałem uspokoić oddech prostą techniką ibuki.
Kilka oddechów później dostałem zielone światło i już uspokojony pojechałem dalej.
Ale w głowie głos tego jegomościa prześladował mnie jeszcze dość długo.

Ja rozumiem, że osobnik mógł doświadczyć jakichś traumatycznych wydarzeń, czy widział coś, co go mocno poruszyło i zostawiło skazę na umyśle, ale to nie jest powód, żeby tak stresować kierowcę.
Najlepszym odpowiednikiem w samochodzie byłoby chyba chwycenie kierowcy za rękę z okrzykiem - Patrz! Banany!
Bez sensu.
I wiecie co jest najgorsze?
Że taki jeden z drugim złoży skargę, która może zaważyć na dochodach motorowego i na jego opinii.

A dzisiaj znowu prawie 10 godzin na szlaku. Wykończa mnie te długie zmiany. Szczególnie gdy dostaję stary tramwaj.
Przy niedzieli będę krążył na linii 10 brygada 11. Jak ktoś chce, to może napisać pochwałę jakąś czy coś.


wtorek, 18 marca 2014

Cuda nad Wisłą.

I powiadam Wam, albowiem cudowne rzeczy widziałem.
Takoż dwa zdarzenia me oczy ujrzały.
Nie trzy, nie jedno, ani nawet nie cztery, jeno dwa i tylko dwa.
Lecz niebywałe one były, przeto prawię wszem i wobec i każdemu z osobna by wiadomym było, iż są jeszcze ludzie myślący na tym łez padole.

Może zabrzmiało to nieco górnolotnie, ale takie zachowania przywracają wiarę w ludzi.
Na Bemowie jeden pan kierowca auta osobowego wykazał się znajomością cyklu świetlnego i zanim światło zmieniło się na żółte, to on już zwolnił, bo wiedział, że tramwaj ruszający z przystanku wzbudzi sygnalizator.
Dzięki temu nie musiałem się zastanawiać, czy przywalę w jakiegoś ananasa, czy tym razem przejadę bez nerwacji.
Chwała mu i Sława. Więcej takich kierowców.
Swoją drogą jakiś czas temu miałem lekki zgrzyt z kumplem, który prowadził auto (ja występowałem w roli pasażera).
Na skrzyżowaniu Jana Pawła II i al. Solidarności stanął jakoś tak beznadziejnie na środku skrzyżowania i się mnie pyta, kiedy ten tramwaj stojący na przystanku ruszy.
No to mu mówię, że warto, aby poznał kilka skrzyżowań i układów świetlnych, to następnym razem będzie mu łatwiej.
On na takie dictum naskoczył na mnie, że on się uczyć nie będzie, bo on tu przyjechał i nie zna i nie wie i zarobiony jest.
No to mu grzecznie odpowiedziałem, że w takim razie za każdym razem na skrzyżowaniu będzie przeżywał sekundy niepewności zakończone brawurowym paleniem gumy, piskiem opon i uciekaniem sprzed ruszającego tramwaju.
Warto. Naprawdę warto poznać kilka cykli świetlnych na skrzyżowaniach, które najczęściej pokonujecie czy to pieszo, czy pojazdem gąsienicowym.

A drugim objawieniem był rowerzysta.
Nie przepadam za większością z nich.
Poruszają się jak zmutowany pieszy wyposażony w koła.
Często wydaje się im, że są pojazdami uprzywilejowanymi. Do tego nie mogą się zdecydować czy podróżują chodnikiem czy ulicą. Gdyby mieli cztery kółka, to pewnie jechaliby mając krawężnik między kołami.
Wymuszają pierwszeństwo, jeżdżą brawurowo (co nie znaczy, że bezpiecznie) i zawsze najlepiej znają przepisy ruchu drogowego. Niestety tylko w swoim mniemaniu.
A do tego większość z nich ma nieoznakowane bicykle. Zero światełek czy odblaskowych blaszek.
Nie dalej jak kilka dni temu jeden z takich właśnie wszystkowiedzących rowerzystów rozbił szybę w autobusie by wywrzeć pomstę na kierowcy.
Dlatego rowerzyści nie są moimi faworytami.
Ale ten, którego widziałem zaskoczył mnie na tyle, bym wspomniał o tym na łamach Tramwaju Przeznaczenia.
Niby nic takiego nie zrobił. Wystarczyło mi jednak, że zsiadł przed przejściem dla pieszych, przeprowadził rower na drugą stronę, po czym wsiadł ponownie i spokojnie odjechał.
Można?
Można.
Chwała mu za to i Sława. Więcej takich rowerzystów.

Ot i taki sobie krótki wpis poczyniłem.
Jutro dziesięciogodzinna zmiana na linii 20.
Będzie hardcore.

środa, 5 marca 2014

Luty - wzuj buty.

Piszecie, żeby pisać, ale uwierzcie mi, że życie motorowego jest niebywale hmmm monotonne.
Praca, dom, praca, dom, praca, dom (z niewielkimi przerwami na sen).
No bo ile można pisać o wypadkach samochodowych, czy innych kolizjach.
Bo to wiecie - ja uważam, że owce nie powinny jeździć samochodami.
Generalizując, to w ogóle nie powinny wychodzić z domu najlepiej.
Chodzi o instynkt stadny, który na drodze jest bardzo zwodniczy i często prowadzi do nieszczęść.
Na przykład w sytuacji, gdy jeden baran wejdzie na przejście dla pieszych na czerwonym świetle, a kilka owieczek nie zastanawiając się zbytnio, ruszy za nim.
Baran przebiegnie, a owieczki potulnie będą dreptać swoim tempem.
I ambaras gotowy.
Podobnie jest z samochodami.
W moim przypadku jeden wymusił i przejechał, drugi wymusił i przejechał, a trzeci już niekoniecznie.
Hamowałem, dzwoniłem sygnałem ciągłym, ale nie dałem rady zatrzymać się przed owcą w aucie.
Myślałem, że ubiłem osobnika bo dostał centralnie w drzwi kierowcy. Okazało, że to był Rosjanin, a do tego podróżował w BMW.
Nawet zadrapania nie miał (znaczy ten Ruski, bo auto to do generalnego remontu się nadawało).
A w momencie zderzenia miałem maxymalnie 10 km/h. Może mniej.
Eh. Miałem nie pisać o tym, ale trochę mnie to jednak gniotło.
Mogłem zabić.

Z innej beczki to miałem heroiczny sen.
Śniło mi się, że na przystanku jakiś jemioł kopnął w drzwi i je popsuł. Znaczy zbił szybę czy coś tam.
No to ja (jako, że było to sen heroiczny), wyskoczyłem z kabiny w celu ujęcia draba.
No i udało mi się, ale się okazało, że wandali było dwóch.
Ująłem obu - w końcu było to sen heroiczny.
I kiedy już ich okiełznałem bynajmniej nie za pomocą lampki szampana (bo jak niektórzy wiedzą, złych chłopców nie okiełzna kielich szampana), to się okazało, że ktoś mi zajumał tramwaj.
Obudziłem się zlany zimnym potem, co jak się okazało wyszło mi na dobre, bo właśnie miałem wstawać do pracy. Była 2:50

Ale czasami sen wcale nie odbiega bardzo od rzeczywistości.
Autobus do rzeczonej pracy przyjechał o 3:19 - tylko kilka minut przed czasem. Na szczęście zawsze wychodzę nieco wcześniej z domu, żeby się nie denerwować, że mi transport "uciekł".
Wsiadam, toczę wzrokiem lekko pół śniętym po ludziach. Obserwuję.
Stoi jakiś gość w towarzystwie trzech podchmielonych podfruwajek (młodych dziewczyn znaczy się).
Ładne całkiem były.
Wszystkie się tulą do niego i siebie nawzajem. Miły obrazek dla oka - nie powiem, żeby nie.
Coś tam świergoczą do siebie - nie wiem zbytnio co, bo mam słuchawki na uszach.
Znaczy w uszach, takie malutkie do pracy w tramwaju, żeby nie było widać, że słucham muzyki, bo nam nie wolno. Ponoć muzyka dekoncentruje.
No i tak sobie patrzę. I patrzę. I dochodzę do wniosku, że coś mi nie gra.
Okazało się, że nie chodzi o słuchawki, a o buty. Buty nie grały, a dokładnie ich brak.
Jedna z dziewczyn była boso. Bez butów. Całkiem. Nawet w rękach nie trzymała.
Chciałem przetrzeć oczy ze zdumienia i wtedy zorientowałem się, że nie mam okularów.
Hehe - żartuję.
Wcześniej się zorientowałem, że nie mam okularów. Mniej więcej gdy byłem w połowie drogi na przystanek.
Powiem uczciwie, że chyba nigdy jeszcze tak szybko do domu nie wracałem.

I tu taka mała konkluzja.
Niby sprawdzają nas codziennie na obecność alkoholu w wydychanym powietrzu. Niby procedury i inne sratatata.
Ale powiedzcie uczciwie, czy bardziej niebezpieczny jest osobnik po spożyciu jednego piwa, czy osobnik, który zasypia na siedząco?
Tylko jak to sprawdzić? Na przykład podczas dziewiątej godziny pracy.
Fakt, że motorowy ma obowiązek stawić się do wykonywania obowiązków służbowych wyspany.
Wszystko pięknie, niby można się położyć o godzinie 19:00 i przespać 8 godzin.
Tylko jaka rodzina umożliwi takie zasypianie? Szczególnie jeżeli mieszka się w M1 z żoną i dwójką dzieci (a czasami i teściową).
Dobrze, że mi wystarcza kilka godzin snu.
Pewnie dlatego, że po przyjściu z pracy odsypiam brakujące godziny.
Sytuację ratowało by może ustawienie krótszych zmian dla pracujących na pierwszą zmianę?
A może Wy macie jakieś pomysły jak radzić sobie w zasypianiem w pracy?