Się tak zastanawiam, czy pisać, czy nie pisać.
Zawiesić bloga, czy skrobać.
Bo prawda jest taka, że nie da się ciągle pisać w samych superlatywach.
Na przykład o linii 10 złego słowa nie mogę powiedzieć.
Rozkład pięknie napisany, nie trzeba się śpieszyć. Można poczekać na dobiegających i czasami odpuścić jeden cykl świetlny.
Dobra robota ZTM!
Podobnie rzecz ma się z linią 14.
To jest taki jakby transformer. Wyjeżdża z zajezdni jako linia 1, potem się przebiera w 10, by na koniec przedzierzgnąć się właśnie w linię 14.
Trochę to wprowadza fermentu wśród pasażerów, ale na pewno ułatwia życie planistom i wykorzystuje w pełni tabor, bez potrzeby wyprowadzania dodatkowych składów na szlak.
Podoba mi się.
Jedyny mankament, to uciążliwy proces zmieniania tablic. Czasami trzeba się mocno nabiegać, ale w nowszych modelach, gdzie wyświetlacze są elektroniczne, to dla motorowego takie zmiany numeracji nie stanowią większego problemu.
Jest klawo.
Schody zaczynają się w momencie, gdy na twojej drodze stanie, albo co gorsza na nią wejdzie nierozgarnięty pieszy.
Tak właśnie miałem w okolicach Dworca Wileńskiego.
Jest tam standardowy skręt (od strony Starego Miasta).
Tramwaj sobie stoi grzecznie na światłach, a gdy dostanie sygnał startu, to sobie spokojnie wjeżdża na przystanek.
Przedtem jednak jest przejście dla pieszych i o tym właśnie przejściu będzie historia.
Ludzie tam dostają małpiego rozumu i nie patrzą.
Ba, nawet nie słuchają.
Biegają sobie tam i sam, a to do autobusu, a to by po prostu szybciej pokonać 3 metry po torowisku.
Trzeba się do tego przyzwyczaić.
Dlatego zawsze wjeżdżam tam z wciśniętym dzwonkiem ostrzegawczym.
Bywa, że muszę go użyć ponownie, by zwrócić uwagę pieszego na czterdzieści ton żelaza i stali w postaci tramwaju.
Jednak nie zawsze się to udaje.
I tak właśnie było wtedy, gdy pani pisząca SMSa nie zwróciła uwagi ani na światła, ani na nadjeżdżający tramwaj, ani na dwa dzwonki ostrzegawcze.
Dodam, że z przeciwnej strony inny skład ruszał z przystanku.
Ona i tak weszła.
Całe szczęście, że zwolniłem do minimum, bo nie byłem do końca pewny, czy kobieta zdaje sobie sprawę, w jakiej rzeczywistości funkcjonuje.
No i nastąpiło BUM w tramwaj.
Bardziej ona weszła na wagon, niż tramwaj ją uderzył.
Ale stres jest.
Najgorszy moment był wtedy, gdy po uderzeniu dziewczyna się przewróciła i zniknęła z mojego pola widzenia.
Nie wiedziałem, czy się odbiła i upadła na pupę, czy wciągnęło ją pod koła.
Horror.
Zatrzymałem wagon na środku skrzyżowania i wyszedłem (a właściwie wyskoczyłem) sprawdzić jaki jest stan rzeczy.
Na szczęście okazało się, że wystąpiła wersja z upadkiem na pupę.
Podniosłem panią, zapytałem jak się czuje, sprawdziłem odruchy i zaprosiłem do środka tramwaju.
Ona oczywiście jak nakręcona, że przeprasza, że się zagapiła, że przeprasza, że nic jej nie jest, że przepraszam, że się zagapiła, że ona do pracy, że przeprasza...
Znaczy nie jest najlepiej.
Zawiadomiłem Centralę Ruchu i po kilku minutach nadciągnęły posiłki z Nadzoru.
Panowie sprawnie zajęli się sytuacją, wezwali karetkę (chociaż pani nadal twierdziła, że nic jej nie jest i chce do pracy już jechać) i przystąpili do standardowych czynności.
Po kolejnych kilku minutach przyjechała karetka, panowie Ratownicy zadali kobiecie kilka testowych pytań i zaprosili do wnętrza swojego wehikułu by spisać dane i być może zbadać dokładniej.
I w sumie to by było na tyle.
Pani po opuszczeniu ambulansu jeszcze raz mnie przeprosiła za swoje gapiostwo.
Mogłem się tylko uśmiechać. Bo przecież nie będę pokazywał, że bardzo się tym przejąłem, a w głowie ciągle siedzi mi wersja z wciągnięciem pod koła. Dobra mina do słabej gry.
Po niecałych 20 minutach mogłem jechać dalej.
Najbardziej zaskoczyła mnie reakcja ludzi.
Wiecie, że nikt nie żałował tej pani? Nikt nad nią nie utyskiwał.
WSZYSCY chcieli jechać dalej. Wszystkim się śpieszyło. Niektórzy nawet próbowali wszczynać awantury, by przyśpieszyć proces.
No dobra, nie wszyscy.
Jeden pan, który jak się potem okazało był kierowcą - weteranem, podał mi numer telefonu do siebie i powiedział, że chętnie będzie świadkiem, bo widział, że jechałem z atencją i że używałem sygnałów dźwiękowych i że to ta pani wtargnęła pod jadący tramwaj.
Podziękowałem mu wylewnie.
Takie wyjątki przywracają wiarę w człowieka.
Jedna rzecz mnie tylko zastanawia.
Motorowy nie może jeść, pić czy rozmawiać przez telefon w trakcie jazdy (o papierosach nie wspominam, bo palenie w kabinie powinno być karane pręgierzem). Te czynności rozpraszają uwagę i takie tam sratatata.
Ale potrącenie człowieka nie rozprasza.
Można jeździć.
Jak dla mnie - dziwaczne.