Dzisiaj miałem bardzo nieprzyjemne zdarzenie.
W sumie to bardziej zderzenie, a nawet trzeba powiedzieć - kolizję.
Na szczęście nie był to wypadek, ale o tym dowiedziałem się dopiero po tym, jak panowie ze szpitala zadzwonili do panów policjantów i uprzejmie donieśli że poszkodowany jednak nie jest ranny.
Bo jak pewnie wiecie, jest zasadnicza różnica między kolizją, a wypadkiem.
Ale od początku.
Jechałem sobie jak Duch Maszyny przykazał, nie przekraczając 50 km/h. Długa prosta, same zielone światła.
Żyć nie umierać.
Niestety pan w Volvo wybrał opcję "umierać".
Motorowy jest w stanie przewidzieć wiele sytuacji. Niektórzy śmieją się, że firma powinna nam płacić za dodatkowe usługi.
Widzimy kobiety z dziećmi zanim wejdą na torowisko, widzimy samochody wjeżdżające pod ruszający z przystanku wóz, widzimy nawet auta, które ni z tego ni z owego potrafią zawrócić na podwójnej ciągłej, bo im się stanie w korku znudziło.
Ale czasami nasze moce nie są w stanie ogarnąć bezdennej studni ludzkiej głupoty.
No bo co trzeba mieć w głowie, żeby z lewego pasa (dla jadących na wprost) wykonać manewr skrętu w prawo, zajechać drogę innym samochodom jadącym skrajnym, prawym pasem i wpieprzyć się wprost pod jadący na zielonym świetle tramwaj?
Przepraszam za wulgaryzmy, ale pomimo upływu kilku godzin nadal targają mną emocje.
Taki manewr jest NIE DO PRZE WI DZE NIA!
No i przywaliłem panu mocno.
Auto odbiło się od tramwaju, skosiło nowiuteńki słupek sygnalizacji świetlnej i zatrzymało się na samochodzie monterów, którzy ten słupek właśnie osadzili w betonie.
Gdy jechałem tą trasą ponownie, zauważyłem, że dodatkowo został zdemolowany znak drogowy.
Potężny ambaras.
Można mówić, że motorowi to twarde ludzie są, ale w takich sytuacjach nerwy siadają.
Zebrałem się jednak w sobie i wykonałem telefon na Centralę. Szybkie podanie danych, miejsca zdarzenia, krótki opis sytuacyjny i już jechały ku mnie jednostki wsparcia.
Na miejsce pierwsi dojechali Ratownicy. Potem praktycznie równo dotarła Policja, Straż Pożarna i Nadzór Ruchu.
W trakcie dzwonienia kilka razy sprawdzałem jak mają się ludzie z feralnego samochodu, ale na szczęście wszystko wyglądało w miarę dobrze. W końcu trafiłem w Volvo.
Potem było dużo spisywania danych, dmuchania w "balonik", opowiadania o zaistniałej sytuacji i odpowiadania na pytania typu: dlaczego tramwaj nie może zawieźć pani do fryzjera, bo ona przecież taka bardzo umówiona była raz w roku.
Serio.
Tu auto rozwalone stoi, ludzie na noszach są wynoszeni, a jakieś osobniki co chwilę podchodzą i pytają, kiedy będą mogli jechać dalej.
Tu muszę podziękować panom z Nadzoru, bo swoją profesjonalną postawą uratowali moje nerwy i pomogli ogarnąć sytuację dużo sprawniej, niż zrobiłaby to policja.
Dzięki nim zatrzymanie trwało tylko 40 minut, a nie godzinę.
Na szczęście najbardziej poszkodowany pan kierowca Volvo po odwiezieniu do szpitala okazał się być tylko lekko splątanym. Znaczy nie był ranny, a co za tym idzie zdarzenie zostało zakwalifikowane jako kolizja, a nie jako wypadek.
To pozwoliło również uniknąć ściągania policyjnej załogi wypadkowej.
Potem był tylko powrót do bazy przez pętlę Gocławek.
Po dotarciu na miejsce musiałem jeszcze wypełnić raport opisujący cały ten bałagan.
Uczciwie się przyznam, że wspomniałem, iż dobrze by było, gdybym już dzisiaj nie wsiadał za stery tramwaju, bo nerwy mam napięte, a samopoczucie lekko mi szwankuje.
Jednak dyspozytor zaproponował, żebym sobie usiadł na godzinkę, odsapnął i podjął decyzję jeszcze raz.
Wiecie co? Miał facet rację.
Pogadałem z innymi motorowymi, usłyszałem kilka dobrych słów wsparcia i po 30 minutach poczułem się dużo lepiej.
Napięcie zeszło, humor się poprawił i mogłem dalej jeździć po Warszawie.
Na zakończenie porównanie obrażeń auta i tramwaju.
Jeszcze raz dziękuję za słowa otuchy i przyjazne poklepywanie po plecach. To było dla mnie bardzo ważne.