sobota, 12 października 2013

Skarga

No i doigrałem się.
Tak to jest, jak się człowiek śpieszy. Wiecie kto się wtedy cieszy?
Ano właśnie, nikt fajny.

W sumie jak się coś przeskrobie, to trzeba honorowo brać na klatę i odpowiadać za swoje błędy.
Gorzej jeżeli się ich nie pamięta.
Bo system przyjmowania skarg jaki jest, taki jest i wiadomość o tym, że moje zachowanie nie przypadło komuś do gustu dotarła do mnie z blisko dwutygodniowym opóźnieniem.

I tu pojawia się dylemat jak na przesłuchaniu.
- Co pan robił 30 września 2013 o godzinie 6:15?
- Siedziałem z kalendarzem w ręku i patrzyłem na zegarek.

Przytoczę tutaj treść skargi, bo czuję się mocno odpowiedzialny za zaistniałą sytuację.

"Dzień Dobry

Chciałem zgłosić, że w dniu dzisiejszym (30.09.2013) o godzinie 6:15 motorniczy prowadzący skład tramwajowy o numerach 1129-1125 na linii 18 pokonał skręt w lewo z al. Solidarności w Marszałkowską w kierunku Służewca na czerwonym dla niego świetle. Skutkowało to tym, że musiałem odskoczyć od przejścia dla pieszych przez tory w stronę przyst. Metro Ratusz 55, bo tramwaj MUSIAŁ przejechać a ja miałem w momencie przechodzenia zielone światło.

Rozumiem, że czas przejazdu wcześnie rano jest mocno wyśrubowany, ale hasło BĄDŹMY RAZEM BEZPIECZNI nie dotyczy tylko i wyłącznie pieszych/kierowców. Dotyczy też motorniczych, którzy mają skłonność ruszać, zanim zapali się dla nich sygnał w kształcie kreski pionowej.

Oczekuję zajęcia stanowiska w opisanej powyżej sprawie."

Zapis oryginalny. Pan oczywiście nie podał swoich danych.
Czyli jak dla mnie to standardowy przykład małego członka społeczeństwa, któremu trudno zaakceptować fakt, że to on powinien dostosować się do otaczającego go świata, a nie na odwrót.

Dlaczego tak obcesowo traktuję tę sprawę?
Już tłumaczę.

To skrzyżowanie jest wyjątkowo nieprzychylne dla motorniczych.
Cykl świetlny dla skręcającego w lewo jest tak krótki, że często ruszając na zielonym, manewr opuszczania skrzyżowania kończymy na czerwonym.
Do tego dochodzą samochody zawracające na skrzyżowaniu, które swoim działaniem uniemożliwiają szybkie zjechanie ze skrzyżowania. A mają zielone światło razem z tramwajem.
Ponadto występuje coś takiego ja poślizg przy ruszaniu (szczególnie na tym przystanku przy niskich temperaturach i wcześnie rano).
Koła się kręcą, obroty rosną, ale tramwaj nie jedzie. Trzeba sypnąć piaskiem, powoli ruszyć, a cenne sekundy uciekają.
Jeżeli skład zostanie na przystanku, to powstaje strata czasowa, której bez naginania zasad bezpieczeństwa ruchu drogowego nijak nie da się potem odrobić.
Więc wynika dylemat. Dbać o dobro pasażerów, czy opóźniać odjazd.
Mało tego. Jeżeli akurat trafimy na koniec cyklu, to po minięciu sygnalizatora kompletnie nie widać czy mamy jeszcze zielone, czy już nie,
Zatrzymać się nie ma gdzie, bo po pierwszym metrze wjeżdżamy na torowisko dla składów nadciągających z przeciwnej strony, a po kolejnych dwóch metrach wtaczamy się na ulicę.
Dodam, że prędkość w trakcie całego manewru nie może przekroczyć 15 km/h (takie zasady ruchu) bo to przecież nie dość, że łuk to i zwrotnica jest i krzyżownice.
Przy podliczaniu punktualności nikt się nie będzie pytał, skąd odchyłka czasowa się wzięła.

Trochę rozgoryczony jestem i marudzę, bo spodziewałem się, że jeżeli wpłynie jakaś skarga, to będzie ona sygnowana przez uperdliwego pasażera.
A narazić się jest bardzo łatwo. Wystarczy "krzywy uśmiech", albo "to coś w oczach".
Czasami bywają i takie sytuacje:

- Pan tu skręca, czy prosto jedzie? - pyta babuleńka
- Prosto jadę - odpowiada motorowy siedząc w kabinie za zamkniętymi drzwiami.
- CO?! Gdzie jedzie? - pyta niewzruszona babina lekko się ewidentnie irytując.
- PROSTO jadę - odpowiada głośniej motorowy
- Czego się na mnie drzesz chamie!! - babcia zamienia się w niewielkiego demona wściekłości - Ja na Ciebie donos napiszę chamie ty!

A tutaj nie dość, że to nie pasażer napisał, to jeszcze był to pan, który nie do końca zdawał sobie sprawę ze specyfiki poruszania się tramwajem.
Rozumiem jego zbulwersowanie. Też bym się zirytował, gdyby mi taki wielki tramwaj przed nosem przejechał, ale donosicielstwo to jest rzecz ohydna i żaden prawdziwy mężczyzna nie zbrukałby swojego honoru czymś takim.
Zrozumiałbym  gdyby zamieścił swój podpis. Miałbym wtedy szansę się skonfrontować, wyjaśnić i przeprosić za zaistniałą sytuację.
To moje zdanie i można się z nim nie zgadzać bardzo swobodnie.

Zresztą taka uwaga. Gdyby on był tak bardzo zaskoczony i zmuszony do odskakiwania, to nie zapamiętałby numerów bocznych z obu wagonów, bo by ich zwyczajnie nie widział.

Eh, ciekaw jestem jak się ta sprawa skończy i czy ktoś z firmy weźmie moją stronę.
Ci, którzy mnie znają wiedzą, że jeżeli chodzi o przestrzeganie przepisów to jestem dość rygorystyczny w tej kwestii.
Obiecuję się więcej tak nie śpieszyć.

czwartek, 10 października 2013

Idę albo nie idę

Ostatnio z każdej strony męczą mnie tym nieszczęsnym referendum.
Gdzie nie spojrzę, tam albo gronkowiec, albo Gronkiewicz, albo Guział, albo guziec (taka świnia z Afryki).
I uczciwie powiem, że mam serdecznie dosyć tak namawiania mnie do tego głosowania, jak i zniechęcania mnie.
Bo coraz bardziej czuję się manipulowany.
Znaczy oni sobie mogą mną manipulować długo i namiętnie. Ja swój rozum mam i sam zdecyduję co będę robił.

Jednak wiele osób ma z tym niejaki problem.
Dla nich specjalnie zamieszczam mój ulubiony film dotyczący osób niezdecydowanych.


Bunkrów co prawda nie ma i nie trzeba oglądać do końca, ale i tak jest śmiesznie.

A nieco z innej beczki.
Jak już mnie tak bardzo zmęczyli tymi reklamami referendowymi, to w końcu przysnąłem na jednym z krańców (na pętli znaczy się).
Zmianę zaczynałem bardzo wcześnie (bo czwarta rano to chyba wcześnie), a linia 41 do wyjątkowo spokojnych należy i lekko usypiających.
Takoż i zmógł mnie sen na Woronicza (przystanek techniczny).
Jednak nauczony doświadczeniem wyniesionym z obcowania wśród doświadczonych motorowych, nastawiłem sobie budzik w telefonie.
Przerwa była wyjątkowo długa, bo ponad dwudziestominutowa, więc nawet się wyspałem.
Tak odświeżony mogłem bez zbędnego stresu przystąpić do kontynuowania pracy motorowego.

Opowieść, która nauczyła mnie za każdym razem używać budzika na krańcu brzmiała mniej więcej tak:

"Zatrzymałem się na pętli plac Narutowicza. Czasu było sporo to wyluzowałem z lekka. Oczy się przymknęły, szum tramwaju uspokajał, sen przyszedł nagle. Ale podświadomość okazała się być czujna.
Obudziłem się jakby polany zimną wodą z przeświadczeniem, że zasnąłem na światłach - na skrzyżowaniu znaczy się.
No to czym prędzej nacisnąłem pedał zadania jazdy i ... stuknąłem w tramwaj, który znajdował się przede mną.
Na szczęście delikatnie i śladu nie było, ale co się nerwów nazjadałem, to mi na pół roku wystarczyło."

Zatem jak widać lepiej dmuchać na zimne. Szkoda się potem turbować.

Idę, zjem coś sobie przed snem. Trochę tylko boję się otworzyć lodówkę, żeby przypadkiem nie wyskoczyło na mnie jakieś referendum czy inna cholera.

Ranny stres

Spokojnie.
Nie chodzi dzisiaj ani o rany postrzałowo szarpano cięte, ani nawet o ranne pantofle. Rozchodzi się o zwykły, ludzki opór szarych komórek w zetknięciu z godziną 4:00 rano na zajezdni.

Kumpel mi snuł opowieść w tej materii i w sumie pewnie nigdy bym o tym nie napisał, ale następnego dnia podobną historię usłyszałem od kolejnego znajomego.
Otóż gdy rano przychodzimy do pracy, musimy wpierw odebrać kartę wozu, a potem udać się na tak zwane "pole" w celu odnalezienia powierzonego nam składu tramwajowego.
Przedtem jednak trzeba namierzyć odpowiednie tablice boczne, na których jest jasno i klarownie napisane, z którego krańca będziemy wracać na zajezdnię - tak zwane "tablice zjazdowe".
Nie zawsze jest to łatwe, a czas ucieka. Bywa, że tablice złośliwie się schowają, albo nie ma ich tam, gdzie być powinny.
Wypada trochę pobiegać.
A czasu coraz mniej. Trzeba się pilnować, bo wyjazd z zajezdni jest kluczowym elementem dobrze rozpoczętego dnia pracy.
Kiedy już tablice są na miejscu, a my sprawdziliśmy wóz pod względem oświetlenia, hamowania, ruszania i ogólnego buczenia i grania, to możemy spokojnie zasiąść za pulpitem i rozkoszować się pozostałymi do odjazdu minutami.
Chyba że...
Czas właśnie minął.
La boga! Muszę jechać. Już! Teraz! Nagle!
I sru, z buta. Z piskiem opo... ekhem ten no, jak najszybciej do bramy, odbijamy kartę. Cyk, pstryk.
I hopsa na szlak.
A tu się okazuje, że jest 10 minut za wcześnie. Czeski błąd, cyferki zostały źle odczytane.
Oj kurde.
I skucha gotowa.

Nie jest łatwo odkręcić taką sytuację. Czasami jeden taki wyjazd pozbawia całej, miesięcznej premii związanej z punktualnością.

A nie zawsze rano jest tak różowo.
Bywa, że wóz nie jest do końca sprawny i trzeba go na szybko przywrócić do stanu użyteczności publicznej.
Czasami jest to szybka naprawa hamulca szynowego, niekiedy wystarczy wymiana żarówki, a zdarza się i tak, że cały wóz wraca na halę naprawczą, a my dostajemy inny, ale bardziej sprawny :)
To wszystko zabiera czas, a czas jak napisałem jest kluczowy w Tramwajach Warszawskich.
To od naszej (czyli motorowych) punktualności zależy, czy spółka zarobi odpowiednią ilość złota by móc potem wynagradzać odpowiednio swoich podwładnych (czyli motorowych).
Dołóżcie sobie do tego niską temperaturę, wiatr i dajmy na to deszcz kwasu.
No dobra, bez kwasu. Wystarczy sam deszcz.
Wedle zasad mamy na to wszystko 15 minut.
Dlatego ja przyjeżdżam zawsze dużo wcześniej. Bardzo nie lubię się śpieszyć.

Aha. Miałem o tajemnicy tramwajów napisać.
Rozpocznę jak zwykle krótką gawędą.

Dnia pewnego słonecznego na przystanku Metro Młociny (w kierunku Bemowa) podchodzi płowowłosa dziewoja trzymająca dziecko niewielkie za rękę i w te słowa się do mnie odzywa (znaczy pytanie zadaje).
- A czy ten tramwaj to teraz skręca w lewo?
Ja się patrzę wpierw na nią, potem na tory, które nijak inaczej niż w lewo leżeć nie chcą.
Szukam ukrytych szyn prowadzących w innych kierunkach, ale nie zauważam żadnych choć oko wykol.
Patrzę zatem znowu na dziewoję i elokwentnie odpowiadam w te słowa:
- No - a w myślach dorzucam "bo inaczej to nijak się nie da"
Na głos przecież nie powiem, bo by się dziewczę obraziło albo co gorsza skargę napisało.

No i teraz czas na tajemnicę.
Otóż.
Tramwaj jedzie tylko tam, gdzie tory prowadzą.
Chyba, że się wykolei, ale to innym razem przerobimy.

Gdy nie jesteśmy pewni czy dany skład jedzie w stronę, która nam odpowiada, rozejrzyjmy się dookoła.
Sprawdźmy układ torów, zerknijmy czy tramwaj błyska kierunkowskazem określającym kierunek jazdy, a także, jeżeli jest to miejsce zaopatrzone w zwrotnicę, zerknijmy w górę w poszukiwaniu znaczka, który pokazuje aktualne ustawienie zwrotnicy.
Znaczek dla tramwaju skręcającego w lewo wygląda tak:


Jeżeli wszystkie sposoby wymienione powyżej zawiodą, pozostaje jeszcze oznaczenie przystanku, które jest wykonane w celu ułatwienia orientacji w terenie.
Strzałki przy numerach oznaczają kierunek, jaki obiera tramwaj (lub autobus) po oddaleniu się z obecnego miejsca postoju (czyt. przystanku).


Ot i cała tajemnica.
Ja wiem, że wszystko jest klarowne, gdy się już o tym wie.
Teraz już wiecie :)

środa, 9 października 2013

Uciekający tramwaj

Ostatnio siedząc na zajezdni, prowadziliśmy z motorowymi ożywioną dyskusję na temat tak zwanych "potencjalnych pasażerów".
Bo to wiecie, pasażer to taki osobnik, co to już siedzi w środku maszyny. Może również stać, ale musi się wtedy trzymać rurki :)
Jednakże osoba na przystanku (lub poza nim) jeszcze się do tego miana nie kwalifikuje.

Będę się tu posiłkował filmem znalezionym na najlepszym fanpage o tramwajach
  Motorniczy na krawędzi tramwajów:




Dokładnie rozchodzi się o osoby dobiegające.
Mogą być również dochodzące. Ja takich delikwentów nazywam księżniczkami.
Idzie sobie taka księżniczka, obserwuje świat dziurkami od nosa i nie obchodzi jej, że tramwaj ma jakiś tam rozkład jazdy. Ożywia się dopiero w momencie usłyszenia sygnału zamykania drzwi.
Skąd ja niby mam wiedzieć, że rzeczona księżniczka wybierała się w odwiedziny konkretnie do mojego tramwaju?

Ale do rzeczy.

No i tak dywagowaliśmy, że trafiają się potencjalni pasażerowie, którzy piszą skargi na to, że motorowy złośliwie nie poczekał, czy tramwaj zamknął drzwi tuż przed nosem (albo odwrotnie).
Skargi to upierdliwość okrutna, bo do każdej trzeba się ustosunkować, odpowiedzieć, raport napisać i ogólnie udowadniać, że nie jest się wielbłądem.
A potem i tak istnieje możliwość, że się to odbije na premii.

Rozmowa była bardzo ożywiona i zakończyła się konkluzją.
Nikt nie pisze skarg na samolot, który odleciał O CZASIE.
Nikt nie pisze skarg na metro, które zamknęło drzwi i odjechało O CZASIE.
Dlaczego zatem czepiają się tramwajów, które RÓWNIEŻ odjeżdżają O CZASIE.
Ja wiem, że w innych miastach jest ciężko, sygnalizacja szwankuje, torowiska nie są wydzielone i jest ogólna masakra, ale piszę tu w kontekście Warszawy.

W końcu to nie motorowy złośliwie odjechał, a jedynie potencjalny pasażer zwyczajnie spóźnił się na tramwaj.
Więc proszę dwa razy pomyśleć następnym razem, zanim napiszecie skargę na motorowego, który jeździ według rozkładu jazdy.
My z przystanku mamy prawo odjechać maksymalnie minutę przed czasem określonym przez rozkład jazdy, ale zdarza się to nad wyraz rzadko.
Przecież my pracujemy dla Was i jeżeli tylko istnieje taka możliwość, to czekamy, czasami poświęcając swoje prywatne przerwy na krańcach.

wtorek, 8 października 2013

Rowerem po torach

O ludzie.
Jak chcecie sobie rwać ósemkę dolną, to bierzcie tydzień urlopu.
Bo jak wszystko pójdzie dobrze, to będzie bolało trzy, góra cztery dni.
A jak wda się gang bakterii, to na proszkach przeciwbólowych będziecie jechać ponad tydzień. Plus oczywiście dodatkowe wizyty w celu pozbycia się zagrożenia.
Na szczęście zatrudniająca mnie firma wyczuła pismo nosem i bez proszenia dała kilka dni urlopu. Wiem, pisałem o tym, ale bez tych dni wolnych nie byłbym w stanie funkcjonować jako motorowy.

Ale już czuję się lepiej, bakterii jakby mniej, ból jest do wytrzymania. Dam radę.

Ano właśnie, a propos rady, a raczej poradnika.
Mam dla Was taki oto prosty sposób, jak w kilku krokach zrobić z siebie cymbała.

Zaczynamy od założenia rodziny, potem z żoną ten tego, a potem są dzieci.
Jak już podrosną, to kupujemy rowerki dla wszystkich. Najlepiej takie drogie, żeby było wiadomo, kto rządzi na drodze.
I tymi rowerkami wyruszamy po chodnikach okolicznych w celu edukacji potomstwa i pokazania im, jak mają się zachowywać w betonowej dżungli by krzywda ich żadna nie spotkała.
Ale jest jedna, ważna rzecz. Musimy jechać pierwsi.
Najlepiej gdy z lewej strony nadciąga tramwaj. Wtedy wjeżdżamy pierwszym kołem na torowisko, orientujemy się, że rodzina nie przejedzie (no bo przecież czerwone jest, to być może się zatrzymają) i wtedy przystępujemy do realizacji planu zostania cymbałem.
1. Wciskamy hamulec ręczny na kierownicy.
2. Spadamy na ramę roweru boleśnie tłukąc się w przyrodzenie.
3. Drobimy kilka kroków jako ta balerina z Teatru Bolszoj.
4. Wciskamy hamulec mocniej.
5. Zatrzymujemy się centralnie przed jadącym tramwajem tracąc równowagę.
6. Wywalamy się koncertowo na torowisko z głupim wyrazem twarzy i rękami wciąż kurczowo ściskającymi kierownicę bicykla.

Proste prawda?
Tramwaj przecież wyhamuje. Każdy to wie.

A ile nerwów to człowiekowi napsuje.
Ostatnio słyszałem coś, co licuje do takich właśnie sytuacji. Będę parafrazował, bo nie pamiętam dokładnie.
"Głupi ludzie są jak tępe noże. Niby krzywdy nie zrobią, ale potrafią ostro zdenerwować".

No i o włos uniknąłem wczoraj zmasakrowania kierowcy w samochodzie typu Opel czy inny VW.
Młody był, to i głupi.
Znaczy jest, bo go nie trafiłem, ale gdyby  wjechał na skrzyżowanie o pół sekundy później, to przejechać by już nie zdążył.
Wcisnąłem i dzwonki i hamulce wszelakie, żeby nie było, że nie próbowałem uniknąć wypadku, ale nawet gdybym zwolnił w magiczny sposób do 40 km/h to i tak z tego auta nic by nie zostało.
Dodam, że młody dżigit pokonywał skrzyżowanie na czerwonym świetle.
I nie to, że ruszył, czy zjeżdżał na mocno pomarańczowym.
On z premedytacją nie zatrzymał się przed sygnalizatorem.
Tym razem "zdanżył".

A następnym razem zdradzę kolejną tajemnicę tramwajów :)

środa, 2 października 2013

Władza w ręce ludu

Władza w ręce Ludu Pracującego.

Mokrymi krokami, lekko utykając przyszedł październik roku 2013.
Przyniósł on podanie, które zostanie rozpatrzone w przyszłym miesiącu i wprowadzi drobną zmianę wpływającą na sposób korzystania z Tramwajów Warszawskich.
Otóż od listopada pasażerowie mają poniekąd obowiązek używania tajemniczych przycisków umiejscowionych w okolicach drzwi wejściowo - wyjściowych.

Przycisk ten, dla ułatwienia jego odnalezienia, jest oznaczony piktogramem (uwielbiam to słowo).
O takim:


I teraz to Wy będziecie rządzić otwieraniem drzwi.
Oczywiście tylko pozornie, bo nadal to Ja jestem władcą przycisków na konsolecie.
Ale nie będę nikomu zabierał zabawy i uczciwie obiecuję uruchamiać za każdym razem możliwość otwierania drzwi poprzez naciśnięcie guzika.
Żeby nie było zbyt łatwo (bo to przecież Polska właśnie), muszę dodać, że nie każdy ze składów jest w takie magiczne guziczki wyposażony.
Ale nie ma się co turbować, bo rzecz dotyczy jedynie 4% wszystkich wagonów w Warszawie.

Oczywiście inaczej działają guziki w nowych tramwajach i inaczej w starych.
W wersjach 105 (i pochodnych) sprawa ma się jasno i klarownie. Się naciska - się wsiada / wysiada.
Się nie naciska - drzwi się nie otworzą (chyba że motorowy postanowi inaczej).
Natomiast w nowych wozach typu PESA możemy dotknąć Wielkiego Świata.
Tam przyciski są programowalne i nawet podczas jazdy możemy wdusić okrągły klawisz.
Komputer zapamięta polecenie i po zatrzymaniu się wagonów na przystanku drzwi same się otworzą.
Nie trzeba powtórnie dusić guzika.
Znaczy nie do końca same, bo w skrajnych przypadkach ludzie by sobie wysiadali między przystankami.
Wszystko nadal jest w rękach motorowego, więc możecie klikać spokojnie bez obawy o to, że nastąpi samoistne otwarcie w niepożądanym miejscu.

Na zakończenie dodam, żebyście nie bali się naciskać.
Dzięki temu motorowy będzie wiedział, które drzwi ma obserwować, wymiana pasażerów nastąpi szybciej i sprawniej, a czas nie zostanie stracony bezpowrotnie.

W Gdańsku ponoć panuje taka moda wśród "moherków", że próby otwierania drzwi rozpoczyna się zawsze od naciskania naklejek informacyjnych - znaczy piktogramów (pisałem już, że lubię ten wyraz?).

A na prawdziwe zakończenie krótki dialog przekazany mi przez zaufanego pasażera.

Godzina 16:30. Tramwaj z Centrum w kierunku ul. Malczewskiego. Wchodzi pani z córką tak koło 5 lat.
Pani niezbyt urodziwa, a do tego trochę przygruba.
Dziecko drze twarzyczkę, że chce chipsy. matka się drze, że nie dostanie.
Standard. Zapowiada się upojna jazda do domu.
W którymś momencie pada pytanie zadane przez dziecko "a dlaczego?"
Matka odpowiada "bo będziesz gruba i brzydka!"
Młoda zamilkła, coś tam trybi w głowie i w końcu wypala "aaa, taka jak ty?"
Tramwaj się zaśmiał. Ba, nawet krzesełka zrobiły się jakby bardziej czerwone z radości.
Kobieta wyskoczyła na następnym przystanku ciągnąc uspokojone dziecko, które już nie chciało chipsów.

A ja tym czasem borem lasem udam się na zasłużony, chociaż kompletnie niespodziewany urlop wypoczynkowy.
Może skorzystam z okazji i wyrwę sobie jakiegoś zęba czy coś.

wtorek, 1 października 2013

Urlop z zaskoczenia

Nowy miesiąc zacząłem od... urlopu.
Tak tak. Firma wrzepiła mi kilka dni wolnego i nie było nawet o czym dyskutować.
Dowiedziałem się o tym sprawdzając wczoraj nowy grafik na ten miesiąc.
W sumie jak wezmę wszystkie za i sprzeciwy to nawet trafili w dobry moment. Jest też niewielka szansa, że czytają mi w myślach i wiedzę czego, oraz kiedy potrzebuję.

Dzięki takiemu zrządzeniu losu, mam czas na napisanie kilku słów o ciepłym guziku i o Jedi, którzy masowo wylegli teraz na ulice Warszawy.
Myślę, że w innych miastach sprawa ma się podobnie.

Zaczniemy od Jedi.
Są to osobnicy w kapturach, pogrążeni w analizowaniu reguł zakonu i zatopieni w myślach nad poszerzaniem swoich zdolności telekinetycznych.
Zaczęli się pojawiać jak grzyby po deszczu, albo jak studenci na zaliczeniu. Kręcą się głównie w okolicach torowisk i przejść dla pieszych.
Łatwo ich poznać, bo nie reagują na sygnały dźwiękowe, mając zapewne na uszach specjalne wytłumiacze bodźców zewnętrznych takich jak dzwonek tramwaju czy klakson samochodu.
Trzeba na nich uważać bardzo, albowiem moc silna w nich jest.
Znaczy tak im się wydaje. Są tacy, którzy próbują nawet zatrzymywać rozpędzone pojazdy wyciągniętą ręką.
Ostatnio natknąłem się na kilku przedstawicieli tychże Jedi. Ich zachowanie i wygląd są przeważnie takie same.
Lekko przygarbiona sylwetka, wzrok dziki, suknia plugawa.
Nie zwalniając kroku wchodzą przed jadący pojazd (niektórzy nawet odwracają wzrok) i wtedy używają MOCY. Wyciągają w bok rękę, palce dłoni rozwarte szeroko kierują w stronę zagrożenia i nie zwalniając kroku odchodzą w swoją stronę.
Nawet nie muszę hamować, bo tramwaj sam zwalnia. Czysta magia.

Niektórym padawanom (czyli początkującym adeptom) jednak się to nie udaje i sprawy mogą zakończyć się tak, jak na filmie poniżej.

Tu trzeba kliknąć, by zobaczyć film.
Niestety youtube nie chce współpracować, więc musicie zadowolić się linkiem do filmu.

Bywają również tacy, którzy wywołują lekki uśmiech na twarzy motorowych.
Bo wyobraźcie sobie sytuację, w której dany osobnik wysiada z tramwaju, przechodzi przed nim, a następnie wyciąga szyję sprawdzając, czy zza tramwaju, po drugim torowisku przypadkiem nie sunie "cicha śmierć".
No bo przecież tramwaje się wyprzedzają. Każdy to wie.
Wolę jednak takie zachowanie, niż kompletny brak myślenia zachowawczego.
Sam czasami z rozpędu sprawdzę, co tam z lewej strony jedzie.
Dobre przyzwyczajenia są zawsze w cenie.
Sezon jesienny rozpoczęty, więc Bądźmy Razem Bezpieczni i dbajmy o siebie.

Żeby nie przynudzać, to "guzik" załatwimy w kolejnym wpisie.