Dzisiaj to był totalnie nie mój dzień.
Wpierw łapałem wszystkie (powtarzam WSZYSTKIE) czerwone światła na całej długości półkursu z Żerania na Banacha.
Potem chciałem być miły i poczekałem na dziadka, który wsiadał jakieś 30 sekund do wagonu (bez kitu).
Dzięki dobroci serca złapałem opóźnienie 2 minuty, bo musiałem stać na długim, czerwonym światle.
Potem ten sam dziadzio rozpoczął manewr wysiadania już po moim NIUT NIUT NIUT, co skończyło się ponownym utknięciem na światłach.
Teraz już miałem -4.
Ale nic to - myślę sobie. Za rondem babki Radosława odrobię.
Akurat, bo odrobiłem.
Wystarczyło, że lekko przyśpieszone 41 mnie zajechało (czyli wcisnęło się przede mnie na rondzie) i już nijak nie miałem możliwości wyrównania czasu.
Przez drogę z ronda Radosława do samej pętli na Żeraniu Wschodnim straciłem dodatkowe 2 minuty bo wlokłem się za tym nieszczęsnym 41, które sobie wytracało czas.
Bo jak wiecie, lepiej mieć opóźnienia niż złapać małe przyśpieszenie tramwajem.
Na końcowy przystanek przyjechałem opóźniony 6 minut.
Wstyd i hańba, bo numerem 1 jeździ się naprawdę bardzo sprawnie. Łatwiej na tej linii złapać przyśpieszenie niż opóźnienie.
Dodatkowo zaliczyłem opadnięcie pantografu (to te odbieraki prądu na dachu tramwaju) i musiałem resetować wagon, czyli odłączyć baterie, poczekać chwilę i załączyć ponownie.
Ja mu na gaz, a on mi zgasł - dosłownie. Wystąpił brak napięcia.
Takie wygibasy wcale nie pomagają w utrzymaniu terminowego przybywania na przystanki.
A potem była magiczna zwrotnica na rondzie Starzyńskiego.
Nie dość, że się nie przerobiła (znaczy nie ustawiła się poprawnie wedle mojego kursu), to potem miałem niejakie problemy z nastawieniem jej ręcznie.
Przy pierwszej próbie przełożenia wyrżnąłem się kijem w kolano tak, że mi mroczki zatańczyły przed oczami.
Przy drugiej próbie, zaliczyłem kolejne kolano.
Na szczęście podjechał drugi tramwaj, więc na miękkich nogach udałem się po posiłki.
Sprytny motorowy z dłuższym stażem i większym doświadczeniem szybko wcisnął kij w odpowiednią dziurę i przestawił prawidłowo zwrotnicę jednym ruchem.
Czułem się, jakbym stał koło Indiany Jonesa gdy znajdował Arkę Przymierza.
Podziękowałem, wskoczyłem do wozu i ruszyłem z kopyta.
Chciałem być punktualny, a wyszło jak zwykle. Na starcie miałem -5.
Na Żerań dotarłem opóźniony jedynie 4 minuty.
Miałem akurat tyle czasu, żeby zmienić tablice na zjazdowe do zajezdni i już całkiem nienerwowo dojechałem do domu, znaczy do roboty, czyli na R4 Żoliborz.
Kurde. Znowu nie napisałem o tej pozycji, która denerwuje motorowych :)
piątek, 30 sierpnia 2013
czwartek, 29 sierpnia 2013
"Zdanża" pan?
Przez kolejne dwa tygodnie mam zapewnioną zabawę od samego rana, a nawet nieco wcześniej.
Przy tak ułożonym grafiku przypomina mi się nieśmiertelny film mistrza Barei, którego fragment muszę zamieścić.
Tyle, że tam bohater dojeżdża do pracy na 7 rano.
Ja jestem lepszy, bo muszę być na zajezdni przed 4:00.
Rozwiązanie jest o tyle dobre, że wcześnie będę w domu :-)
Dzisiaj usłyszałem świetną historię jednej motorowej, która pokazuje jak fantastyczni ludzie pracują w Tramwajach Warszawskich.
Dziewczyna postanowiła zostać motorową. Uparta była i pomimo braku możliwości zrobienia kursu w Warszawie nie odpuściła.
Obdzwoniła inne miasta w Polsce w poszukiwaniu możliwości zdobycia uprawnień do prowadzenia tramwaju.
Okazało się, że w Krakowie akurat rozpoczyna się kurs.
Zapłaciła, pojechała i zdała. Dodam tylko, że taki kurs do tanich nie należy, bo kosztuje bagatela około 6 tysięcy złotych.
Nie było łatwo, bo wiecie, że w Krakowie za Warszawiakami nie przepadają. Oj nie lubią nas tam bardzo.
Na szczęście mądrzy ludzie tam mieszkają i kiedy poznali dziewoję bliżej, to zrozumieli, że ludzie z Warszawy to klawe są i warto mieć w nich przyjaciół.
Niewiasta już jako pani motorowa wróciła do stolicy i przedłożyła papiery zdziwionemu kierownictwu.
Angaż dostała po niewielkich perturbacjach czasowych, bo nikt nie wierzył, że można być tak zdecydowanym. Swoją determinacją zaskoczyła wszystkich.
Jeździ do dzisiaj i bardzo sobie chwali tak pracę jak i kumpli z Krakowa, z którymi nadal utrzymuje przyjacielskie kontakty.
Normalnie serce rośnie.
Przy tak ułożonym grafiku przypomina mi się nieśmiertelny film mistrza Barei, którego fragment muszę zamieścić.
Tyle, że tam bohater dojeżdża do pracy na 7 rano.
Ja jestem lepszy, bo muszę być na zajezdni przed 4:00.
Rozwiązanie jest o tyle dobre, że wcześnie będę w domu :-)
Dzisiaj usłyszałem świetną historię jednej motorowej, która pokazuje jak fantastyczni ludzie pracują w Tramwajach Warszawskich.
Dziewczyna postanowiła zostać motorową. Uparta była i pomimo braku możliwości zrobienia kursu w Warszawie nie odpuściła.
Obdzwoniła inne miasta w Polsce w poszukiwaniu możliwości zdobycia uprawnień do prowadzenia tramwaju.
Okazało się, że w Krakowie akurat rozpoczyna się kurs.
Zapłaciła, pojechała i zdała. Dodam tylko, że taki kurs do tanich nie należy, bo kosztuje bagatela około 6 tysięcy złotych.
Nie było łatwo, bo wiecie, że w Krakowie za Warszawiakami nie przepadają. Oj nie lubią nas tam bardzo.
Na szczęście mądrzy ludzie tam mieszkają i kiedy poznali dziewoję bliżej, to zrozumieli, że ludzie z Warszawy to klawe są i warto mieć w nich przyjaciół.
Niewiasta już jako pani motorowa wróciła do stolicy i przedłożyła papiery zdziwionemu kierownictwu.
Angaż dostała po niewielkich perturbacjach czasowych, bo nikt nie wierzył, że można być tak zdecydowanym. Swoją determinacją zaskoczyła wszystkich.
Jeździ do dzisiaj i bardzo sobie chwali tak pracę jak i kumpli z Krakowa, z którymi nadal utrzymuje przyjacielskie kontakty.
Normalnie serce rośnie.
środa, 28 sierpnia 2013
Pierwsze drzwi
Miałem napisać o przekleństwie pierwszych drzwi.
Słowo się powiedziało, kobyłka u płota.
Wedle większości motorowych, pierwsze drzwi w tramwaju powinny być albo zablokowane, albo otwierane jedynie w krytycznych sytuacjach (np. dobiegający pasażer).
Niestety otwierają się razem z pozostałymi drzwiami i generują masę nieprzyjemnych sytuacji.
Jak na zawołanie wczoraj właśnie miałem jedną z takich.
Kiedy skończyła się wymiana pasażerów (tak mi się wydawało) i wcisnąłem przycisk sygnału zamykania drzwi, który jest zintegrowany z ich zamykaniem, to się okazało (a właściwie usłyszało), że na schodkach znajduje się dziadzio, który powolutku próbuje opuścić pojazd.
Był na tyle niewielkich gabarytów, że w całości schował się w martwym punkcie. Nawet gdybym się odwrócił, to bym go nie zobaczył.
Takiej osoby nie widać ani we wstecznym lusterku, ani w bocznym, ani przez szybkę kabiny.
Normalnie jak ninja.
No, ale takiego ninja można przyciąć drzwiami i pociągnąć, a to jest mega hardcore, który może skończyć się zejściem śmiertelnym.
Nic śmiesznego.
Dziadka przeprosiłem, ale co się nasłuchałem, to moje.
Problem polega na tym, że motorowy NIE WIDZI kompletnie osób, które wysiadają pierwszymi drzwiami.
Znaczy widzi. Jeżeli odwróci się całkiem i ma przeszkloną dolną część kabiny. Ostatecznie może uchwycić kątem oka wysoką osobę, która ma niewielką szansę odbić się we wstecznym lusterku.
Więc jeżeli macie w rodzinach lub wśród znajomych niewielkie babcie lub dziadków, to uczulcie ich na to, że wysiadanie pierwszymi drzwiami jest zwyczajnie niebezpieczne. I to nie dla motorowego, ale dla starszych osób, które przycięte drzwiami mogą odnieść poważne obrażenia.
Drugim problemem pierwszych drzwi są osoby starsze lub słusznej postury, które wyposażone w dodatkowy bagaż typu przyczepka na kółkach próbują (często nieskutecznie) wtarabanić się do środka licząc na to, że otwór drzwi poszerzy się lub dopasuje do gabarytów ich bagażu.
I nie mam nic przeciwko ludziom jakimkolwiek, czy to starym, młodym, grubym czy chudym, ale jest łatwiejszy sposób na wejście do tramwaju. Drugie drzwi, które są wyposażone w podwójne poręcze i dają większe pole manewru gdy dysponuje się ekwipunkiem sporych rozmiarów.
Poza tym motorowy będzie widział co się dzieje i w przypadku problemów z wejściem chętnie pomoże (tak tak, zdarzały się takie sytuacje, w których motorowy wysiadał i pomagał starowince wejść do środka).
Gdy starsza osoba posiadająca doczepkę próbuje wysiąść z tramwaju pierwszymi drzwiami to już w ogóle jest jakaś magia kina.
Bo nie dość, że danej osobie jest mega niewygodnie, to jeszcze opuszczenie wagonu zajmuje jej dwa razy więcej czasu. No i jej nie widać (czasami słychać).
Często bywa również tak, że pasażer od razu wchodzi przed tramwaj przy próbie szybkiego przejścia na drugą stronę ulicy (przypominam, że nadal go nie widać).
Takie sytuacje są nagminne na przykład przy Hali Mirowskiej.
Tego typu zajście skończyło się kiedyś wypadkiem śmiertelnym.
Motorowa nie widziała staruszki, która weszła wprost pod wóz.
Tak więc BRB (nie chodzi o skrót internetowy be right back). Uważajcie na siebie i swoich bliskich.
Przekazujcie innym tajemnice tramwajów i Bądźmy Razem Bezpieczni.
Następnym razem napiszę o pozycji, która irytuje motorowych najbardziej (tak myślę).
Ale wcześniej pojeżdżę sobie numerem 1.
Słowo się powiedziało, kobyłka u płota.
Wedle większości motorowych, pierwsze drzwi w tramwaju powinny być albo zablokowane, albo otwierane jedynie w krytycznych sytuacjach (np. dobiegający pasażer).
Niestety otwierają się razem z pozostałymi drzwiami i generują masę nieprzyjemnych sytuacji.
Jak na zawołanie wczoraj właśnie miałem jedną z takich.
Kiedy skończyła się wymiana pasażerów (tak mi się wydawało) i wcisnąłem przycisk sygnału zamykania drzwi, który jest zintegrowany z ich zamykaniem, to się okazało (a właściwie usłyszało), że na schodkach znajduje się dziadzio, który powolutku próbuje opuścić pojazd.
Był na tyle niewielkich gabarytów, że w całości schował się w martwym punkcie. Nawet gdybym się odwrócił, to bym go nie zobaczył.
Takiej osoby nie widać ani we wstecznym lusterku, ani w bocznym, ani przez szybkę kabiny.
Normalnie jak ninja.
No, ale takiego ninja można przyciąć drzwiami i pociągnąć, a to jest mega hardcore, który może skończyć się zejściem śmiertelnym.
Nic śmiesznego.
Dziadka przeprosiłem, ale co się nasłuchałem, to moje.
Problem polega na tym, że motorowy NIE WIDZI kompletnie osób, które wysiadają pierwszymi drzwiami.
Znaczy widzi. Jeżeli odwróci się całkiem i ma przeszkloną dolną część kabiny. Ostatecznie może uchwycić kątem oka wysoką osobę, która ma niewielką szansę odbić się we wstecznym lusterku.
Więc jeżeli macie w rodzinach lub wśród znajomych niewielkie babcie lub dziadków, to uczulcie ich na to, że wysiadanie pierwszymi drzwiami jest zwyczajnie niebezpieczne. I to nie dla motorowego, ale dla starszych osób, które przycięte drzwiami mogą odnieść poważne obrażenia.
Drugim problemem pierwszych drzwi są osoby starsze lub słusznej postury, które wyposażone w dodatkowy bagaż typu przyczepka na kółkach próbują (często nieskutecznie) wtarabanić się do środka licząc na to, że otwór drzwi poszerzy się lub dopasuje do gabarytów ich bagażu.
I nie mam nic przeciwko ludziom jakimkolwiek, czy to starym, młodym, grubym czy chudym, ale jest łatwiejszy sposób na wejście do tramwaju. Drugie drzwi, które są wyposażone w podwójne poręcze i dają większe pole manewru gdy dysponuje się ekwipunkiem sporych rozmiarów.
Poza tym motorowy będzie widział co się dzieje i w przypadku problemów z wejściem chętnie pomoże (tak tak, zdarzały się takie sytuacje, w których motorowy wysiadał i pomagał starowince wejść do środka).
Gdy starsza osoba posiadająca doczepkę próbuje wysiąść z tramwaju pierwszymi drzwiami to już w ogóle jest jakaś magia kina.
Bo nie dość, że danej osobie jest mega niewygodnie, to jeszcze opuszczenie wagonu zajmuje jej dwa razy więcej czasu. No i jej nie widać (czasami słychać).
Często bywa również tak, że pasażer od razu wchodzi przed tramwaj przy próbie szybkiego przejścia na drugą stronę ulicy (przypominam, że nadal go nie widać).
Takie sytuacje są nagminne na przykład przy Hali Mirowskiej.
Tego typu zajście skończyło się kiedyś wypadkiem śmiertelnym.
Motorowa nie widziała staruszki, która weszła wprost pod wóz.
Tak więc BRB (nie chodzi o skrót internetowy be right back). Uważajcie na siebie i swoich bliskich.
Przekazujcie innym tajemnice tramwajów i Bądźmy Razem Bezpieczni.
Następnym razem napiszę o pozycji, która irytuje motorowych najbardziej (tak myślę).
Ale wcześniej pojeżdżę sobie numerem 1.
wtorek, 27 sierpnia 2013
O mały figiel
Pofiglować każdy lubi. Szczególnie dzieci, które biegają po lesie.
Ale co w głowach mają rodzice, którzy te rozbrykane dzieci puszczają samopas w pobliżu torów tramwajowych?
Puchatek miał przynajmniej trociny zdaje mi się, ale on był jedynie głupiutkim misiem.
Jakim trzeba być osobnikiem bez wyobraźni, żeby nie przewidzieć potencjalnych skutków brykania w pobliżu miejsca, gdzie widoczność jest ograniczona, a motorowy niekoniecznie widzi, co się dzieje za krzakami.
O tych krzakach traktuje film zaprzyjaźnionego motorowego, który prowadzi blog na twarzoksiążce (po polsku facebook).
Umieszczam go tu ku przestrodze, bo dzisiaj przemieliłbym kilkuletnią dziewczynkę wraz z jej bratem (albo innym kuzynem/sąsiadem).
Z natury jestem oazą spokoju, a nawet całym wagonem wypełnionym medytującymi mnichami tybetańskimi.
Laik może mnie określić jako flegmatyka, ale równie dobrze mógłby to powiedzieć w temacie Yody :) - on też poruszał się powoli, ale jak się potem okazało - zbierał punkty akcji na ostatni odcinek.
Nie jest łatwo wyprowadzić mnie z nerw.
Jednak ta sytuacja wytrąciła mnie nieco z równowagi. Gdybym jechał 50/h to pęd powietrza zwyczajnie zarzuciłby dzieciakiem i tragedia stałaby się faktem.
Na szczęście moja wyobraźnia trochę pracuje. Pomimo zielonego światła zwolniłem przed przejściem dla pieszych, chociaż kompletnie nie widziałem żadnego ruchu w tamtych okolicach.
Jak się okazało dzieci potrafią się poruszać dużo szybciej niż wskazuje na to ich wzrost i długość kończyn dolnych.
Dzieciak znalazł się między słupem a tramwajem.
Nie wiem czyj anioł zadziałał, ale na szczęście do tragedii nie doszło, chociaż bez płaczu podejrzewam się nie obyło.
Oto rzeczony film o cholernych krzakach, których miasto nie chce wyciąć:
Tutaj trzeba kliknąć by obejrzeć.
Oj leży mi to jeszcze na wątrobie, sercu i nieco w płucach zalega.
Za głupotę rodzica zapłaciłoby biedne, małe dziecko.
Ale co w głowach mają rodzice, którzy te rozbrykane dzieci puszczają samopas w pobliżu torów tramwajowych?
Puchatek miał przynajmniej trociny zdaje mi się, ale on był jedynie głupiutkim misiem.
Jakim trzeba być osobnikiem bez wyobraźni, żeby nie przewidzieć potencjalnych skutków brykania w pobliżu miejsca, gdzie widoczność jest ograniczona, a motorowy niekoniecznie widzi, co się dzieje za krzakami.
O tych krzakach traktuje film zaprzyjaźnionego motorowego, który prowadzi blog na twarzoksiążce (po polsku facebook).
Umieszczam go tu ku przestrodze, bo dzisiaj przemieliłbym kilkuletnią dziewczynkę wraz z jej bratem (albo innym kuzynem/sąsiadem).
Z natury jestem oazą spokoju, a nawet całym wagonem wypełnionym medytującymi mnichami tybetańskimi.
Laik może mnie określić jako flegmatyka, ale równie dobrze mógłby to powiedzieć w temacie Yody :) - on też poruszał się powoli, ale jak się potem okazało - zbierał punkty akcji na ostatni odcinek.
Nie jest łatwo wyprowadzić mnie z nerw.
Jednak ta sytuacja wytrąciła mnie nieco z równowagi. Gdybym jechał 50/h to pęd powietrza zwyczajnie zarzuciłby dzieciakiem i tragedia stałaby się faktem.
Na szczęście moja wyobraźnia trochę pracuje. Pomimo zielonego światła zwolniłem przed przejściem dla pieszych, chociaż kompletnie nie widziałem żadnego ruchu w tamtych okolicach.
Jak się okazało dzieci potrafią się poruszać dużo szybciej niż wskazuje na to ich wzrost i długość kończyn dolnych.
Dzieciak znalazł się między słupem a tramwajem.
Nie wiem czyj anioł zadziałał, ale na szczęście do tragedii nie doszło, chociaż bez płaczu podejrzewam się nie obyło.
Oto rzeczony film o cholernych krzakach, których miasto nie chce wyciąć:
Tutaj trzeba kliknąć by obejrzeć.
Oj leży mi to jeszcze na wątrobie, sercu i nieco w płucach zalega.
Za głupotę rodzica zapłaciłoby biedne, małe dziecko.
poniedziałek, 26 sierpnia 2013
Strata czasu
I wcale nie chodzi tu o opóźnienia, a o standardową głupotę, brak myślenia i ubytki w wyobraźni.
Kumpel miał dzisiaj kolizję w okolicach ronda babki Radosława (wiem, że nazwa jest dłuższa i zupełnie inna).
Sytuacja kuriozalna, bo nic nie dało się zrobić. Jakiś pacan wbił się na czerwonym świetle prosto pod przejeżdżający tramwaj i przygrzmocił w wóz mniej więcej w połowie jego długości.
No jakim trzeba być nieogarniętym indywiduum, żeby spowodować taką kolizję.
Specjalnie nie używam wyrazu "wypadek", bo wypadek jest wtedy, gdy są w straty w ludziach.
No i przez takiego pirata drogowego następuje zatrzymanie ruchu, ludzie się spóźniają, irytują i martwią. Do tego dochodzą opóźnienia tramwajów, które przecież nie ominą miejsca zderzenia.
Tworzy się długa kolejka wozów, często w obu kierunkach. No masakra normalnie.
I wszystko dlatego, że ktoś nie szanował swojego samochodu.
Jeszcze jak dojdzie do poważnych uszkodzeń, to przynajmniej wiadomo za co człowiek traci nerwy.
Ale większość kolizji kończy się na obtarciu samochodu bez większej szkody dla tramwaju.
Jednak procedury są takie same.
Trzeba wezwać Nadzór Ruchu. Chłopaki muszą przyjechać (a robią to naprawdę szybko). Pomimo tego, że często korzystają z teleportów, to dotarcie na miejsce zdarzenia zabiera im około 8 minut.
Przez te 8 minut wszystko stoi, a tramwaje jak wiecie, jeżdżą czasami co 2-3 minuty jeden za drugim.
Łatwo policzyć ile wozów potrafi brać udział w takim postoju.
Na szczęście mocarze z Nadzoru biorą na swoje barki użeranie się z kierowcami, a motorowy może jechać dalej.
Kumplowi na szczęście nic się nie stało i po spisaniu danych oraz nadmuchaniu balonika mógł kontynuować realizowanie rozkładu jazdy.
Ja też miałem dzisiaj mocno podbramkową sytuację, ale na szczęście kierowca pięknego suva miejskiego (czy jak to tam się teraz nazywa) zdążył wyhamować w ostatnim momencie.
Znajdował się tak blisko, że gdybym chciał wcisnąć między nas kij wekslowy, to pewnie miałbym z tym nielichy problem.
Jedyne co w tamtej sytuacji mogłem zrobić, to jechać powoli (co zresztą uczyniłem). Gdybym jechał 5 km/h szybciej, to gość by we mnie przydzwonił.
I co z tego, że nie moja wina?
I co z tego, że tramwaj nie odniósłby większych uszkodzeń?
Nic kurde.
Zatrzymanie by było, korek zatkałby skręt ze Stawek w Andersa i ogólnie wszyscy chodziliby zdenerwowani, a ja miałbym wpis w aktach, że brałem udział w kolizji.
Samo zło.
Więc miejcie oczy dookoła głowy (taka mała mutacja) i używajcie ich mądrze.
A następnym razem jak nie zapomnę, to napiszę dlaczego motorowi nie przepadają za pierwszymi drzwiami.
Kumpel miał dzisiaj kolizję w okolicach ronda babki Radosława (wiem, że nazwa jest dłuższa i zupełnie inna).
Sytuacja kuriozalna, bo nic nie dało się zrobić. Jakiś pacan wbił się na czerwonym świetle prosto pod przejeżdżający tramwaj i przygrzmocił w wóz mniej więcej w połowie jego długości.
No jakim trzeba być nieogarniętym indywiduum, żeby spowodować taką kolizję.
Specjalnie nie używam wyrazu "wypadek", bo wypadek jest wtedy, gdy są w straty w ludziach.
No i przez takiego pirata drogowego następuje zatrzymanie ruchu, ludzie się spóźniają, irytują i martwią. Do tego dochodzą opóźnienia tramwajów, które przecież nie ominą miejsca zderzenia.
Tworzy się długa kolejka wozów, często w obu kierunkach. No masakra normalnie.
I wszystko dlatego, że ktoś nie szanował swojego samochodu.
Jeszcze jak dojdzie do poważnych uszkodzeń, to przynajmniej wiadomo za co człowiek traci nerwy.
Ale większość kolizji kończy się na obtarciu samochodu bez większej szkody dla tramwaju.
Jednak procedury są takie same.
Trzeba wezwać Nadzór Ruchu. Chłopaki muszą przyjechać (a robią to naprawdę szybko). Pomimo tego, że często korzystają z teleportów, to dotarcie na miejsce zdarzenia zabiera im około 8 minut.
Przez te 8 minut wszystko stoi, a tramwaje jak wiecie, jeżdżą czasami co 2-3 minuty jeden za drugim.
Łatwo policzyć ile wozów potrafi brać udział w takim postoju.
Na szczęście mocarze z Nadzoru biorą na swoje barki użeranie się z kierowcami, a motorowy może jechać dalej.
Kumplowi na szczęście nic się nie stało i po spisaniu danych oraz nadmuchaniu balonika mógł kontynuować realizowanie rozkładu jazdy.
Ja też miałem dzisiaj mocno podbramkową sytuację, ale na szczęście kierowca pięknego suva miejskiego (czy jak to tam się teraz nazywa) zdążył wyhamować w ostatnim momencie.
Znajdował się tak blisko, że gdybym chciał wcisnąć między nas kij wekslowy, to pewnie miałbym z tym nielichy problem.
Jedyne co w tamtej sytuacji mogłem zrobić, to jechać powoli (co zresztą uczyniłem). Gdybym jechał 5 km/h szybciej, to gość by we mnie przydzwonił.
I co z tego, że nie moja wina?
I co z tego, że tramwaj nie odniósłby większych uszkodzeń?
Nic kurde.
Zatrzymanie by było, korek zatkałby skręt ze Stawek w Andersa i ogólnie wszyscy chodziliby zdenerwowani, a ja miałbym wpis w aktach, że brałem udział w kolizji.
Samo zło.
Więc miejcie oczy dookoła głowy (taka mała mutacja) i używajcie ich mądrze.
A następnym razem jak nie zapomnę, to napiszę dlaczego motorowi nie przepadają za pierwszymi drzwiami.
sobota, 24 sierpnia 2013
Gotowość do Pracy
Ostatnio niewiele się działo, bo w grafiku stało, że mam GDP, czyli gotowość do pracy.
Czyli przybywam na zajezdnię i rozpoczynam koczowanie czekając na wezwanie ze strony dyspozytora.
Kiedy tylko pojawia się zlecenie, to szybciutko zbieram się w sobie i ruszam w trasę. Nawet jeżeli ma to być połowa półkursu, albo nawet i mniej.
Taka prawie praca biurowa :) tylko nie ma biurek. I komputerów. I biura.
Ale mamy telewizor (całkiem spory i płaski) z kilkoma programami do wyboru.
Da się żyć i to całkiem miło.
Dodatkowo akurat trafił się dzień, w którym ogłoszono wyniki skuteczności jazd połączone z przyznaniem premii za skuteczność.
Powiem uczciwie, że nie spodziewałem się, iż premia motywacyjna może być tak hmmm motywująca.
Ale przecież nie może być wspaniale, bo to prawdziwy (w sensie, że realny) świat, a nie jakaś komputerowa zabawa.
ZTM (nie mylić z Tramwajami Warszawskimi) w ostatnim momencie pozmieniał nieco rodzaje tramwajów przydzielonych do konkretnych linii i kilku moich znajomych zostało przydzielonych do SWINGów, na które jeszcze nie mamy uprawnień.
Sprawa wyszła na jaw dopiero w momencie, w którym dotarli oni (w sensie koledzy, a nie tramwaje) na miejsce przejęcia wozów.
Taka sytuacja to spory kłopot tak dla motorowych (bo nie ma ich kto zmienić), którzy muszą jechać dalej pomimo teoretycznego zakończenia pracy, jak i dla dyspozytora, który momentalnie musi znaleźć odpowiednie zastępstwo dla przepracowanego motorowego.
Nie jest to wcale proste i absolutnie nie zazdroszczę nerwów, które są udziałem stron biorących udział w tej niespodziewanej zmianie miejsc.
Kiedy dyspozytor wyłuska odpowiednie zastępstwo, to taki zastępowy musi łapać docelowy tramwaj na mieście.
Bywało tak, że jeden motorowy podwoził drugiego prywatnym samochodem, żeby tylko jak najszybciej dotrzeć do punktu przejęcia.
O! A dzisiaj usłyszałem to, co prawie każdy kierowca chciałby usłyszeć.
Ruszyłem z pętli Żerań FSO tuż za poprzedzającym mnie wozem linii 20, a tu słyszę za plecami DU! DU! DU! DU! w szybkę cztery razy natarczywie.
Już miałem powiedzieć parę miłych słów na temat prób zniszczenia mienia spółki, ale kiedy usłyszałem:
- Panie! Za tym tramwajem! Szybko!
Zmieniłem zdanie i wdusiłem zadajnik jazdy oporowo.
Gnałem jak wiatr z przepisową prędkością do 50 km/h, ale linia 20 nie pokrywała się z moim rozkładem jazdy.
Pościg niestety nie powiódł się. Pani była zawiedziona, ale bardzo podziękowała za próbę i życzyła mi udanego dnia.
I w sumie dzień faktycznie był udany. Słoneczko świeciło, ładne panie spacerowały po mieście, deszcz nie padał, a na koniec dnia udało mi się kupić serię książek, na które od dawna ostrzyłem sobie zęby (nie to, żebym te książki jakoś zjadał czy coś).
Czyli przybywam na zajezdnię i rozpoczynam koczowanie czekając na wezwanie ze strony dyspozytora.
Kiedy tylko pojawia się zlecenie, to szybciutko zbieram się w sobie i ruszam w trasę. Nawet jeżeli ma to być połowa półkursu, albo nawet i mniej.
Taka prawie praca biurowa :) tylko nie ma biurek. I komputerów. I biura.
Ale mamy telewizor (całkiem spory i płaski) z kilkoma programami do wyboru.
Da się żyć i to całkiem miło.
Dodatkowo akurat trafił się dzień, w którym ogłoszono wyniki skuteczności jazd połączone z przyznaniem premii za skuteczność.
Powiem uczciwie, że nie spodziewałem się, iż premia motywacyjna może być tak hmmm motywująca.
Ale przecież nie może być wspaniale, bo to prawdziwy (w sensie, że realny) świat, a nie jakaś komputerowa zabawa.
ZTM (nie mylić z Tramwajami Warszawskimi) w ostatnim momencie pozmieniał nieco rodzaje tramwajów przydzielonych do konkretnych linii i kilku moich znajomych zostało przydzielonych do SWINGów, na które jeszcze nie mamy uprawnień.
Sprawa wyszła na jaw dopiero w momencie, w którym dotarli oni (w sensie koledzy, a nie tramwaje) na miejsce przejęcia wozów.
Taka sytuacja to spory kłopot tak dla motorowych (bo nie ma ich kto zmienić), którzy muszą jechać dalej pomimo teoretycznego zakończenia pracy, jak i dla dyspozytora, który momentalnie musi znaleźć odpowiednie zastępstwo dla przepracowanego motorowego.
Nie jest to wcale proste i absolutnie nie zazdroszczę nerwów, które są udziałem stron biorących udział w tej niespodziewanej zmianie miejsc.
Kiedy dyspozytor wyłuska odpowiednie zastępstwo, to taki zastępowy musi łapać docelowy tramwaj na mieście.
Bywało tak, że jeden motorowy podwoził drugiego prywatnym samochodem, żeby tylko jak najszybciej dotrzeć do punktu przejęcia.
O! A dzisiaj usłyszałem to, co prawie każdy kierowca chciałby usłyszeć.
Ruszyłem z pętli Żerań FSO tuż za poprzedzającym mnie wozem linii 20, a tu słyszę za plecami DU! DU! DU! DU! w szybkę cztery razy natarczywie.
Już miałem powiedzieć parę miłych słów na temat prób zniszczenia mienia spółki, ale kiedy usłyszałem:
- Panie! Za tym tramwajem! Szybko!
Zmieniłem zdanie i wdusiłem zadajnik jazdy oporowo.
Gnałem jak wiatr z przepisową prędkością do 50 km/h, ale linia 20 nie pokrywała się z moim rozkładem jazdy.
Pościg niestety nie powiódł się. Pani była zawiedziona, ale bardzo podziękowała za próbę i życzyła mi udanego dnia.
I w sumie dzień faktycznie był udany. Słoneczko świeciło, ładne panie spacerowały po mieście, deszcz nie padał, a na koniec dnia udało mi się kupić serię książek, na które od dawna ostrzyłem sobie zęby (nie to, żebym te książki jakoś zjadał czy coś).
czwartek, 22 sierpnia 2013
Deszczyk
Pada deszczyk nam na głowy
Srebrny, złoty, brylantowy
To klejnoty są nie deszcze
Jeszcze, jeszcze tak szeleszcze
Oj polizał nas listopad swoim mokrym językiem.
A idź pan w ch (znaczy odejdź i wychędoż się sam) z taką pogodą. Niech sobie pada w godzinach 3:00-4:00 bo wtedy relatywnie mało tramwajów jeździ po Warszawie.
No jakaś masakra normalnie.
Myślałem, że małpiego rozumu dostają jedynie kierowcy niedzielni z przyległych miejscowości, ale okazuje się, że ta dolegliwość dotyka również nas - motorowych.
W pochmurny i deszczowy dzień jeździ się tragicznie. Zwłaszcza gdy zapadnie zmrok.
Pół biedy gdy działa klimatyzacja, albo przynajmniej jakiś nawiew można skierować na szyby.
Jednak gdy wspomagania dmuchanego zabraknie, to szyby parują i ni cholery, nic nie widać.
Dosłownie czułem się jak dziecko we mgle.
Przód to jeszcze jak cię mogę, przecierałem rękawicą roboczą i coś tam z lewej strony szyby przedniej było widać, ale boczne to totalna porażka.
Lusterko, w którym niby mam obserwować pasażerów podczas wymian na przystankach było praktycznie bezużyteczne. I nie pomagało podgrzewanie oraz otwieranie okien. Nie widać i tyle.
Nerwy napięte jak postronki, gałki oczne z oczodołów wychodzą, a i tak trzeba używać mocy Jedi, żeby to wszystko ogarnąć.
Opóźnienia wpadały jak śliwki w przysłowiowy kompot (z rozbryzgiem), a do tego jeszcze było lekkie puknięcie w okolicach ulicy Wspólnej.
Rozładowanie zatoru trwało prawie godzinę.
Szok z horrorem. To co widać na zdjęciu, to nie jest brak ostrości. Tyle widziałem po przetarciu.
Pytałem nawet starszych motorowych, czy mają jakiś tajemniczy sposób lub eliksir na zaparowane szyby.
Odpowiedź jednego podsumowała skalę problemu, a brzmiała tak:
- A weź k...
(eee ladacznica, to na pewno była ladacznica albo wszetecznica)
A z innej beczki.
Niesprzyjającą aurę chciał wykorzystać pan Rumun.
Cwaniaczek w ząbek czesany próbował mi wcisnąć banknot 20 złotowy w celu rozmienienia na drobne.
Jednak trafił na tak zwaną kumulację.
Byłem opóźniony, nie miałem drobnych i tak, a do tego znam rumuńskie kung-fu (czyli te ich słabe chwyty).
Bo nie wiem, czy wiecie, ale numer z banknotem to ich stary system walki.
Są dwie szkoły. Jedna to wciskanie pomiętego papierka, który tylko z grubsza przypomina prawdziwe pieniądze, a druga - bardziej zaawansowana - to taka, w której dostajesz fałszywkę, której na pierwszy (a nawet na drugi) rzut oka nie rozpoznasz. Szczególnie, jeżeli jesteś w słabo oświetlonej kabinie, a do tego głowę masz zaprzątniętą sytuacją na ulicy.
Więc z pełną premedytacją odrzuciłem tę jakże lukratywną ofertę i skupiłem się na dotarciu do celu z jak najmniejszym opóźnieniem.
Szemrze, szepcze, szumi, śpiewa
Ptaki cieszą się i drzewa
Maj na ziemi, deszcz o wiośnie
Kogo zmoczy, ten urośnie
(wierszyk pisany z pamięci przedszkolnej)
Srebrny, złoty, brylantowy
To klejnoty są nie deszcze
Jeszcze, jeszcze tak szeleszcze
Oj polizał nas listopad swoim mokrym językiem.
A idź pan w ch (znaczy odejdź i wychędoż się sam) z taką pogodą. Niech sobie pada w godzinach 3:00-4:00 bo wtedy relatywnie mało tramwajów jeździ po Warszawie.
No jakaś masakra normalnie.
Myślałem, że małpiego rozumu dostają jedynie kierowcy niedzielni z przyległych miejscowości, ale okazuje się, że ta dolegliwość dotyka również nas - motorowych.
W pochmurny i deszczowy dzień jeździ się tragicznie. Zwłaszcza gdy zapadnie zmrok.
Pół biedy gdy działa klimatyzacja, albo przynajmniej jakiś nawiew można skierować na szyby.
Jednak gdy wspomagania dmuchanego zabraknie, to szyby parują i ni cholery, nic nie widać.
Dosłownie czułem się jak dziecko we mgle.
Przód to jeszcze jak cię mogę, przecierałem rękawicą roboczą i coś tam z lewej strony szyby przedniej było widać, ale boczne to totalna porażka.
Lusterko, w którym niby mam obserwować pasażerów podczas wymian na przystankach było praktycznie bezużyteczne. I nie pomagało podgrzewanie oraz otwieranie okien. Nie widać i tyle.
Nerwy napięte jak postronki, gałki oczne z oczodołów wychodzą, a i tak trzeba używać mocy Jedi, żeby to wszystko ogarnąć.
Opóźnienia wpadały jak śliwki w przysłowiowy kompot (z rozbryzgiem), a do tego jeszcze było lekkie puknięcie w okolicach ulicy Wspólnej.
Rozładowanie zatoru trwało prawie godzinę.
Szok z horrorem. To co widać na zdjęciu, to nie jest brak ostrości. Tyle widziałem po przetarciu.
A to i tak dobrze, bo jeszcze jasno było.
Pytałem nawet starszych motorowych, czy mają jakiś tajemniczy sposób lub eliksir na zaparowane szyby.
Odpowiedź jednego podsumowała skalę problemu, a brzmiała tak:
- A weź k...
(eee ladacznica, to na pewno była ladacznica albo wszetecznica)
A z innej beczki.
Niesprzyjającą aurę chciał wykorzystać pan Rumun.
Cwaniaczek w ząbek czesany próbował mi wcisnąć banknot 20 złotowy w celu rozmienienia na drobne.
Jednak trafił na tak zwaną kumulację.
Byłem opóźniony, nie miałem drobnych i tak, a do tego znam rumuńskie kung-fu (czyli te ich słabe chwyty).
Bo nie wiem, czy wiecie, ale numer z banknotem to ich stary system walki.
Są dwie szkoły. Jedna to wciskanie pomiętego papierka, który tylko z grubsza przypomina prawdziwe pieniądze, a druga - bardziej zaawansowana - to taka, w której dostajesz fałszywkę, której na pierwszy (a nawet na drugi) rzut oka nie rozpoznasz. Szczególnie, jeżeli jesteś w słabo oświetlonej kabinie, a do tego głowę masz zaprzątniętą sytuacją na ulicy.
Więc z pełną premedytacją odrzuciłem tę jakże lukratywną ofertę i skupiłem się na dotarciu do celu z jak najmniejszym opóźnieniem.
Szemrze, szepcze, szumi, śpiewa
Ptaki cieszą się i drzewa
Maj na ziemi, deszcz o wiośnie
Kogo zmoczy, ten urośnie
(wierszyk pisany z pamięci przedszkolnej)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
